Incele – fakty i mity

Incele

O incelach pisałem już w jednym z wcześniejszych wpisów. Jednak tam skupiłem się głównie na wykorzystywaniu określenia incel przeciwko przeciwnikom politycznym i ideologicznym. Nie rozpisywałem się zbyt wiele o samych incelach, o których zresztą wtedy jeszcze zbyt dużo nie wiedziałem. Dlatego dziś przedstawię temat szerzej.

Incele i blackpill

Słowo incel oznacza człowieka, zazwyczaj mężczyznę żyjącego w mimowolnym celibacie (z ang. involuntary celibacy). A więc kogoś kto nie uprawia seksu, chociaż by chciał ze względu na problemy ze znalezieniem partnerki/a przez swoją nieatrakcyjność (lub samo przeświadczenie o niej), problemy w relacjach społecznych, niepełnosprawność i choroby, niski status społeczny, czy problemy emocjonalne (fobia społeczna, depresja, choroby psychiczne, zaburzenia osobowości). Z tymże często nie chodzi tylko o seks, a o problemy ze znalezieniem partnerki i ogromną samotność (wielu inceli nie ma nawet znajomych). Chociażby z tego powodu problemu nie rozwiązuje samo istnienie płatnego seksu (chociaż jego kryminalizacja może jeszcze pogarszać sprawę, zwłaszcza tyczy się to USA).

Choć społeczności inceli skupiają głównie mężczyzn, autorką określenia incel jest kobieta. Kanadyjska studentka o imieniu Alana w 1993 r. stworzyła stronę internetową, aby omówić z innymi swój brak aktywności seksualnej. Strona internetowa, zatytułowana „Alana’s Involuntary Celibacy Project”, była wykorzystywana przez osoby obojga płci do dzielenia się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami. W 1997 roku założyła listę mailingową na ten temat, używając skrótu INVCEL, później skróconego do „incel”, dla „każdego, niezależnie od płci, kto był samotny, nigdy nie uprawiał seksu lub nie miał związku od długiego czasu”. Obecnie społeczności inceli zbierają prawie samych mężczyzn. Kobiety incelki (których jest mniej) określa się mianem femcel. Funkcjonuje także określenie emcel, które oznacza kobietę, która nie tyle co ma problem ze znalezieniem seksu, co stałego związku, poznaniem mężczyzny, który by ją pokochał.

Incele odwołują się najczęściej do blackpill (czarnej pigułki). O ile redpill (czerwona pigułka) stawia głównie na samorozwój i walkę o swoje prawa, o tyle blackpill jest oparty na nihilizmie i defetyzmie. Według tego poglądu mężczyźni mocno nieatrakcyjni czy o niskim statusie społecznym mają w dużej mierze „pozamiatane” i niewiele mogą z tym zrobić. Choć funkcjonuje tu jednocześnie pojęcie looksmaxxingu, czyli starania się poprawić swój wygląd na ile to możliwe.

Incele i blackpill nie muszą oznaczać mizogini. Chociaż można się z nią spotkać na forach i grupach dyskusyjnych incel/blackpill nie każdy incel jest mizoginem. Większość z nich nie popiera stosowania przemocy. Nie jest to też grupa jednolita, zbiera osoby o bardzo różnych poglądach. Warto też pamiętać, że polska społeczność zorientowana zwłaszcza na Wykopie pod tagami #incel, #przegryw, #blackpill różni się od wersji amerykańskiej i jest mniej zradykalizowana. Ponadto na publicznych forach tego typu można spotkać wielu zwyczajnych trolli internetowych.

Z Moich obserwacji na temat blackpill mogę powiedzieć, że jest to toksyczne miejsce. Osoby zorientowane wokół niego mają dużą skłonność do nadinterpretacji wyników badań, cherry pickingu, odrzucania dowodów przeczących ich tezom i pogrążania się w nihilizmie. Jednak niewątpliwie są to bardzo cierpiący ludzie, nierzadko z widocznymi symptomami depresji. Pozostawienie ich samych sobie może jeszcze pogorszyć sprawę, prowadzić większą liczbę z nich do radykalizacji, zamykania się w bańki informacyjne i niszczenia psychiki. Tu potrzebne jest działanie psychiatrów, psychologów, a także szukanie rozwiązań systemowych.

Incele a przemoc

Media zazwyczaj nie interesują się problemami omawianymi w społecznościach inceli i blackpill. Ich uwagę przyciągają dopiero gdy pojawia się mizoginia lub przemoc. A już zwłaszcza w przypadku dokonania morderstw, co miało już miejsce kilka razy, m.in. Elliot Rodger, który w Isla Vista (Kalifornia) zabił 6 osób i popełnił samobójstwo, Alek Minnasian, który wjechał w tłum ludzi w Toronto zabijając 10 osób, czy Nikolas Cruz, który zastrzelił 17 osób w szkole średniej w Parkland (Miami).

Trzeba tu mieć na uwagę, że tych morderstw dokonali sprawcy, którzy mieli wyraźne problemy psychiczne już od najmłodszych lat. Nawet na zwykłej Wikipedii możemy przeczytać, że Elliot Rodger od najmłodszych lat wykazywał problemy antyspołeczne, spowodowane tym, że był prześladowany w szkole oraz odrzucany przez rówieśników. Leczył się psychiatrycznie. Narzekał na swoją frustrację seksualną. Przejaw również rasizm, niechęć do osób pochodzenia azjatyckiego.

Nikolas Cruz był niestabilny emocjonalnie w trakcie pobierania nauki w szkołach, począwszy od gimnazjum. Według niektórych doniesień, Cruz miał zespół Aspergera i zespół nadpobudliwości psychoruchowej. Cruz od września 2016 do lutego 2018 roku publikował w internecie niepokojące wpisy, zdjęcia i filmy. We wrześniu 2016 opublikował na portalu Snapchat zdjęcie swoich rąk po samookaleczeniu. Pod filmem na YouTube, będącym dokumentem o masowym mordercy Charlesie Whitmanie, zamieścił kometarz, że zamierza zrobić to samo co on. Pod koniec 2016 i na początku 2017 roku opublikował w internecie serię komentarzy o skrajnie prawicowym charakterze, w którym napisał m.in., że zamierza zginąć w walce, zabijając osoby, które nienawidzi oraz że chce zaatakować mniejszości etniczne, religijne i seksualne, ponieważ wierzył, że chcą zniszczyć świat. Fascynował się również masowymi strzelaninami, jak masakra w Columbine High School i masakra w Isla Vista (tej dokonanej przez Elliota Rodgera).

Alek Minassian uczęszczał do klasy specjalnej dla uczniów ze spektrum autyzmu. W artykule z 2009 roku cytuje się, że matka Minassiana powiedziała, że ​​jej syn ma zespół Aspergera. W uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził, że motywacje Minassiana są niejasne. Ponadto wszyscy biegli eksperci byli zgodni, że Minassian okłamał policję, a incelizm nie był główną siłą napędową jego ataku.

Większość tego typu sprawców nie było obecnych na forach o tematyce incel, jeśli już to zaliczyli obecność na stronach PUAhate i 4chan. W zasadzie to bardziej media próbują skojarzyć ich z incelami ze względu na cechy charakteru i styl życia obejmujący samotność, narzekanie na odrzucenie ze strony społeczeństwa, czy płci przeciwnej.

Większość inceli nie popiera przemocy. Wbrew dość powszechnej w mediach opinii większość inceli nie popiera legalizacji gwałtów (czy gwałtów w ogóle), ani nie domaga się przymusowej redystrybucji seksu.

Przychodzą feministki na Wykop, czyli inne spojrzenie na inceli na lewicy

Dwie feministki Aleksandra Herzyk i Patrycja Wieczorkiewicz postanowiły wyjść z bańki i założyć wspólne konto na Wykopie, żeby zaprosić chętne osoby do rozmowy na temat blackpillu, bluepillu, redpillu, inceli i manosfery. Wątek na Wykopie na ten temat możemy znaleźć pod tym linkiem. W wielu rozmowach (weryfikowanych głosowo przez skype) zostało potwierdzone, że większość inceli i „przegrywów” nie popiera przemocy etc. Są to przede wszystkim ludzie, głównie mężczyźni, którzy czują się wykluczeni ze względu na swoją nieatrakcyjność, problemy w relacjach i życiu społecznym, depresję, fobię społeczną, problemy ze zdrowiem psychicznym.

W następstwie powstała seria artykułów i podcastów na ten temat. W tym: artykuł Patrycji Wieczorkiewicz na Krytyce Politycznej, podcast z Herzyk i Wieczorkiewicz w TOK FM (paywall), podcast z samą Wieczorkiewicz u Zofii Krawiec (do wysłuchania za darmo), podcast z Wieczorkiewicz ponownie w TOK FM (paywall), a także wspólny artykuł Herzyk i Wieczorkiewicz na temat inceli w Krytyce Politycznej. W przyszłości ma również pojawić się reportaż w Dużym Formacie, gdzie sami incele i „przegrywi” mają przedstawić swoje historie.

W wymienionych wyżej materiałach przewijają się następujące wnioski:

  • Polskie społeczności inceli i „przegrywów” różnią się od amerykańskich, nie powinno się robić kalki z USA
  • Na publicznych forach można spotkać wielu trolli, którzy celowo podgrzewają emocje i psują dyskusję
  • Osobom, którzy chcieliby po prostu porozmawiać o swoich problemach przeszkadza mizoginia, toksyczne treści i trolling, więc przenoszą się na zamknięte grupy (np. na Discordzie)
  • Incel incelowi nie równy, są wśród nich osoby mocno mizoginistyczne, jak i zwykli normalni ludzie, u części mizoginia rozwinęła się na skutek częstego odrzucenia, cierpienia, negatywnych doświadczeń z kobietami
  • Blackpill miesza się z pseudonauką i zawiera wiele błędów poznawczych, jednak podnosi jednocześnie realne problemy takie jak lookism, czy heightism
  • Często problem leży nie tyle co w wyglądzie, a w psychice czy niskich umiejętnościach społecznych, nierzadko to skutek doświadczenia częstego poczucia odrzucenia i poniżenia jeszcze w czasach szkolnych. Do kompleksów przyczyniać się może także wychowanie w biedniej rodzinie, czy problemy finansowe w dorosłym życiu
  • Media raczej nie interesują się problemami omawianymi w społecznościach inceli czy blackpill, uaktywniają się dopiero, gdy pojawia się mizoginia lub przemoc, czy też akcje typu prowokacje na portalach randkowych
  • Wiele z omawianych tu problemów wymaga rozwiązań systemowych, z którymi zgadza się także lewica, jak zmniejszanie nierówności ekonomicznych, lepszy dostęp do służby zdrowia (do psychologów i psychiatrów, ale także np. stomatologów)
  • Istnieje niezdrowa presja na mężczyzn w naszym społeczeństwie, na udowodnienie, że są godni przynależności do swojej płci, a okazywana przez nich słabość rzadziej spotyka się ze zrozumieniem i współczuciem. Mężczyźni także powinni walczyć z dyskryminacją ich płci

Podjęcie tematu przez feministki podzieliło lewicę. Jedni to wspierają, inni krytykują. Tutaj również słówko ode mnie. Wcześniej na blogu i FB kilka razy krytykowałem Patrycję Wieczorkiewicz, m. in. za podejście do kwestii oskarżeń o przemoc seksualną (bagatelizowanie problemu fałszywych oskarżeń itd.) i inne rzeczy. Czy coś się zmieniło? Możliwe. Wieczorkiewicz w ostatnim czasie sama przyznała, że po wyjściu z bańki zaczęła uczyć się na nowo lubić mężczyzn, lepiej ich rozumieć oraz rozumieć, że tylko niewielki procent mężczyzn ma w życiu z górki, a płeć nie wszystkim daje taki sam przywilej.

Czy ktoś wcześniej badał temat inceli?

Konrad Hryszkiewicz, założyciel stron Męski Głos i Partia Rakłem, a także prowadzący kanał YT Nieznośny Ból Istnienia, swego czasu również badał temat inceli. Opisał to w artykule, który możemy zobaczyć pod tym linkiem.

Jak możemy przeczytać w tekście, społeczności inceli różnią się od obrazu przedstawianego w mediach. Są to przede wszystkim mężczyźni opisujący swoje nieudane życie, problemy w relacjach z kobietami, samotność. Wielu z nich ma wyraźne symptomy depresji lub innych problemów natury psychicznej. Nie są grupą jednolitą, są wśród nich przedstawiciele różnych ras, mają różne poglądy polityczne i filozoficzne. Określenie incel jest także nadużywane, feministki, lewica i niektóre media stosują je nierzadko błędnie w stosunku do osób, które nie są incelami. Zwłaszcza tyczy się to przeciwników politycznych i ideologicznych (prawica, MRA, manosfera, redpill).

Autora wspomnianego artykułu w sprawie inceli możemy także posłuchać na poniższym filmie:

W 2019 i w 2020 r. moderacja forum incels.co przeprowadziła wśród forumowiczów dwie ankiety z wieloma pytaniami. Wyniki mogą nieco przybliżyć nam charakterystykę społeczności inceli. Możemy je przeczytać w tym artykule (wiem, że ADL to przekłamana organizacja, ale w tym artykule tylko cytują wyniki badań z incels.co, niestety nie znalazłem innej strony, która by opublikowała je tak szczegółowo). W pierwszej z ankiet udział wzięło 550, a w drugiej 665 forumowiczów. Badanie zostało przeprowadzone na samych mężczyznach (forum zrzesza tylko mężczyzn, dwie odpowiedzi od kobiet, zostały wykluczone z badań).

W wynikach (z ankiety z 2020 r.) możemy znaleźć m.in. takie rezultaty:

  • 82% respondentów było w wieku 18 do 30 lat, w tym 36% w wieku 18-21, 27,9% w wieku 22-25, 18,1% w wieku 26-30 lat
  • 55% stanowią osobie białe/rasy kaukaskiej, 45% inne grupy etniczne i rasowe, osoby czarnoskóre, Latynosi, Hindusi, ludzie z Bliskiego Wschodu i inni
  • 43% ankietowanych pochodziło z Europy, 38% z Ameryki Północnej, niewielka część pochodziła z innych kontynentów
  • 84% respondentów przyznało, że nigdy nie byli w związku romantycznym, 85,4% nie uprawiało nigdy seksu, 63% nigdy się nie całowało, 20% skorzystało z usługi escort (jako, że tylko 14,6% ankietowanych przyznało, że uprawiało seks, część albo nie uznało seksu z escortą jako prawdziwy seks, albo niektórzy mogli wynająć ją, ale bez seksu)
  • 77,2%. respondentów stwierdziło, że nie są optymistycznie nastawieni do swojej przyszłości.
  • 88,3% badanych uznało się za nieszczęśliwych
  • 95,4% respondentów stwierdziło, że ideologia „blackpill” jest dokładnym odzwierciedleniem ich rzeczywistości
  • 67,5% respondentów stwierdziło, że doświadcza „długotrwałej” depresji
  • 74,1% badanych s​​twierdziło, że doświadcza niepokoju, stresu lub emocjonalnego niepokoju „w sposób ciągły”
  • 67,5% respondentów stwierdziło, że poważnie rozważało samobójstwo
  • 41,1% ankietowanych odpowiedziało że ma od 5 do 6 stóp wzrostu, 18% jest pomiędzy 6’1” i 6’4 – to pokazuje, że kwestia wzrostu nie aż tak istotną kwestią, jak się powszechnie wydaje w społeczności blackpill
  • Ponad 60% ankietowanych stwierdziło, że „rozważało operację w celu poprawy czysto estetycznej”. Jednak tylko 6,6% respondentów zgłosiło, że faktycznie przeszło operację plastyczną
  • Na pytanie o wybranie wszystkich czynników, które ich zdaniem uniemożliwiały im znalezienie partnerki, odpowiedzią numer jeden (86,5%) był ogólny wygląd fizyczny, a następnie „sylwetka” (58%), podczas gdy 48,5% wskazało „wzrost”, 31,4% wybrało „styl”, a 21,6% wybrało „wypadanie/łysienie włosów”

W innym badaniu (Hoffman, Ware i Saphiro, 2020) może znaleźć również informację, że 70% osób ze społeczności inceli cierpi na depresję, a 25% jest w spektrum autyzmu.

Kobiety wspierające walkę z dyskryminacją mężczyzn – Część druga

Jest to kontynuacja mojego wcześniejszego tekstu, gdzie wymieniałem kobiety wspierające prawa mężczyzn, sprzeciwiające się mizoandrii, dyskryminacji mężczyzn, itd.. Przypominam, że wymieniane panie to tylko przykłady, jest ich oczywiście więcej, niemniej postawiłem trochę uzupełnić listę o kolejne osoby.

Kobiety z Polski

Tym razem zacznę od kobiet z naszego kraju:

Anna Jastrzębska – psycholog, psychotraumatolog, ratownik, założycielka i prezes zarządu Fundacji Fortior. Jest to fundacja pomagająca mężczyznom, którzy padli ofiarą przemocy. Tyczy się to głównie przemocy seksualnej i przemocy domowej. Anna Jastrzębska jest także inicjatorką akcji Medycy na Ulicy, której celem jest udzielanie pomocy medycznej i psychologicznej osobom bezdomnym przez tworzone w tym celu zespoły ratowników medycznych, pielęgniarek i psychologów. O obu inicjatywach pisałem w tym wpisie.

Anna Czyrska – pisarka, z zawodu jest koordynatorem pieczy zastępczej i asystentem rodziny. Prowadzi także konsultacje w relacjach. Na swoim portalu Annlove.pl oraz w swoich social mediach często porusza problem dyskryminacji ojców i alienacji rodzicielskiej. A także inne kwestie dotyczące dyskryminacji mężczyzn, np. podwójnych standardów w kwestii przemocy domowej.

Jest też sporo kobiet aktywnie sprzeciwiających się alienacji rodzicielskiej, np. Sylwia Brzozowska, Bogusława Dreszczyk, Eva Lexander, Sybilla Mrowiec, Natalia Szarata. Tu polecam zainteresować się inicjatywami przeciwko alienacji rodzicielskiej, w które zaangażowani są i mężczyźni i kobiety, jak: Stowarzyszenie Nasze Dzieci – Razem Przeciw Alienacji w Rodzinie, czy akcja Szczyty Alienacji Rodzicielskiej.

Kobiety z zagranicy

To teraz panie z zagranicy:

Alison Tieman – Występująca także pod pseudonimem Typhonblue, Kanadyjka, jedna z założycielek i prezes ekipy Honey Badger Brigade, czyli grupy kobiet wspierającej prawa mężczyzn. O Honey Badger wspominałem w poprzedniej części, gdy pisałem o Karen Straughan, ale pomyślałem, że warto też trochę bardziej przybliżyć sylwetki innych osób z tej organizacji. Tieman jest również główną założycielką serii podcastów Honey Badger Radio. Jej zainteresowanie sprawami mężczyzn zaczęło się już w wieku 16 lat, gdy jej matka (co ciekawe feministka) dała jej do przeczytania książkę „Princess At the Window a New Gender Morality” – Donna Laframboise, stanowiącą krytykę wielu aspektów współczesnego feminizmu, niebezpiecznie skręcającego w stronę radykalizmu i mizoandrii.

Hannah Wallen – Jedna z trzech głównych założycielek Honey Badger Brigade obok Alison Tieman i Karen Straughan. Posiada także swój kanał na YT, w przeszłości prowadziła również bloga Breaking the Glasses.

Inne kobiety z grupy Honey Badger Brigade to m.in.: Rachel Edwards, Kristal Garcia, Jessica Kenney.

Diana Davison – Kolejna kobieta z Kanady. Artystka, pisarka, rysowniczka, z doświadczeniem w przemyśle filmowym. Znana z prowadzenia swojego kanału na YT, gdzie porusza wiele tematów dotyczących problemów mężczyzn. Jednym z najczęściej przewijających się tematów jest problem fałszywych oskarżeń. Założyła również inicjatywę The Lighthouse Project, której zadaniem jest pomoc dla fałszywie oskarżonych o przemoc domową lub przemoc seksualną, projekt jest utrzymany ze składek na portalu Patreon.

Roma Army – Znana także jako Chloe Roma, jej prawdziwe nazwisko to Chloe Sunderland, to kobieta rumuńskiego pochodzenia, mieszkająca w Kanadzie. Deklaruje się jako żeńska przedstawicielka men’s rights advocate, podpisuje się również pod egalitaryzem i prawdziwą równością płci. W tym celu tworzy wiele filmów, w których porusza takie tematy jak podwójne standardy przeciwko mężczyznom (np. w kwestii przemocy w związku), mizoandria, brak poszanowania dla męskich praw reprodukcyjnych, czerwone flagi dla mężczyzn, jakich toksycznych kobiet unikać, czasem mówi także o mizoginii i sprawach dotyczących kobiet. Popularność zyskała głównie na TikToku, jednak była tam wielokrotnie banowana (na tym samym TikToku, gdzie sceny przemocy, idiotyczne i niebezpieczne challenge nierzadko uchodziły płazem), m.in. z tego powodu na popularności zaczął zyskiwać jej kanał na YT i inne social media.

Sydney Watson – Australijska dziennikarka, komentująca sprawy polityczne w Australii i USA na swoim kanale na YT. Krytyczna wobec współczesnego feminizmu. W swojej działalności często porusza temat demonizowania mężczyzn przez feministki w Australii, była także organizatorką March For Men w Melbourne w 2018 r..

Dr Helen Smith – Amerykańska psycholog sądowa, specjalizująca się w zagadnieniach kryminalistycznych. Jest autorką popularnej książki „Men on Strike: Why Men Are Boycotting Marriage, Fatherhood, and the American Dream – and Why It Matters”, w której opisuje dlaczego mężczyźni coraz częściej unikają małżeństwa, a także m.in. studiów. Pod tym linkiem możemy także zobaczyć kompilację jej wypowiedzi w obronie mężczyzn i ich praw.

Stowarzyszenie „Eurydyka” i Mamy Mówią Dość – kilka słów o ich niepokojącej działalności

Dziś będzie o niepokojącym zjawisku, jakim jest działanie dwóch bardzo podobnych do siebie organizacji, czyli Stowarzyszenia „Eurydyka” i Mamy Mówią Dość. Celem tekstu nie jest obrażanie, ani „jechanie” po wszystkich osobach zaangażowanych w wyżej wymienione grupy, a jedynie zwrócenie uwagi na przebijające się tam bardzo niewłaściwe zachowania oraz polemika z najczęściej powtarzającymi się argumentami.

Stowarzyszenie „Eurydyka”

Stowarzyszenie Pomocy Kobietom i Matkom „Eurydyka”, bo tak brzmi ich pełna nazwa to organizacja zajmująca się teoretycznie pomaganiem kobietom przy sprawach okołorozwodowych. W praktyce jednak stowarzyszenie występuje głównie w obronie matek ukaranych za niezrealizowane kontakty ojca z dzieckiem po rozstaniu rodziców. To najczęściej poruszana przez ich kwestia. Dlaczego? W ich mniemaniu takie matki chronią dzieci przed przemocą albo też dziecko samo nie chciało spotkać się z tatą. Tyle, że takie kary finansowe są zarządzone za łamanie postanowień sądu, gdzie nie tylko nie ma dowodów, że ojciec stosował przemoc, ale ma on za sobą wyrok sądu, badania biegłych, że ma dobrą więź z dzieckiem, czy badania biegłych, że dziecko było nastawiane przeciwko niemu itd.., Wszystko wydane przez instytucje, które i tak są stronnicze bardziej na niekorzyść ojców. No i jak w takim razie egzekwować kontakty z dzieckiem gdy są utrudniane lub uniemożliwiane przez matkę?, jak zapobiegać manipulacjom, nastawianiem dziecka przeciwko drugiemu rodzicowi? Na te pytania trudno znaleźć odpowiedzi w „Eurydyce”.

„Eurydyka” zorganizowała swego czasu własną manifestację, na miejscu była także obecna grupa protestujących ojców. Członkinie „Eurydyki” nie wypadły najlepiej. Większość unikała dyskusji, a te które chciały rozmawiać, nie były w stanie odpowiedzieć na prawie żadne z pytań ojców. Możemy całą sytuację zobaczyć poniżej:

Jedna z pań widocznych na filmie powiedziała też coś niezrozumiałego na zwykłą logikę. Twierdzi, że była ofiarą alienacji rodzicielskiej, ale sama przyszła na protest przeciwko uznawaniu alienacji rodzicielskiej. Powiedziała też, każda matka chce dobrze dla swojego dziecka. Pytanie tylko jak to każda? Co z dzieciobójczyniami, przemocowymi, czy toksycznymi matkami?, co z matkami, które grają dziećmi po rozstaniu? Znowu pytania bez odpowiedzi. Dodam, że na FP Eurydyki można znaleźć filmy z tamtej manifestacji, ale tylko momenty bez ojców i niewygodnych pytań w stronę organizacji.

„Eurydyka” potrafi również formułować argumenty w dość osobliwy sposób. Przykładem niech będzie taki ich artykuł. Jest to nic innego jak przetłumaczenie na język polski artykułu z bloga o nazwie… revolution feministe, czyli rewolucja feministyczna. Treść wpisu zawiera rzecz jasna masę bzdur, mieszanie pojęć „zespól alienacji rodzicielskiej” i „alienacja rodzicielska”, które są dwoma odrębnymi terminami, pisanie nieprawdy o dr Richardzie Gardenerze, który nie był ani jedynym ani nawet pierwszym badaczem, który dostrzegał problem alienacji rodzicielskiej. Ale szerszym obalaniem argumentów wysnuwanych przez „Eurydykę”, jak i MMD zajmę się w dalszej części tekstu.

Mamy Mówią Dość

Mamy Mówią Dość to grupa działająca głównie jako FP pod tą nazwą, czasami również jako akcja w social mediach pod hasztagiem #MamyMówiąDość. Przedstawiają bardzo podobną retorykę do „Eurydyki”. Na ich stronie można zobaczyć dużo emocji i cóż, naprawdę niepokojące treści.

Zacznijmy od screena poniżej:

Widzimy tu zadowolenie z wybuchu pandemii koronawirusa, bo dzięki niej można łatwiej izolować dzieci od ojca.

Kolejna rzecz, o której chcę napisać. Prowadzący kanał „Zrozumieć Relacje” wrzucił na YT swego czasu taki film:

Jak widzimy ten pan poruszył temat alienacji rodzicielskiej czytając wpis z bloga kobiety, która krytykuje matki, które grają dziećmi po rozstaniu rodziców. Przeczytał także historie innych ludzi, napisane w komentarzach. Tymczasem pod tym filmem osoba od MMD stwierdziła, że to co robi ten mężczyzna to przemoc, nienawiść i manipulacja. Ale przecież on nawet nie mówi w tym materiale o swojej historii, tylko czyta wpis na blogu napisany przez kobietę oraz historie innych ludzi. Wypowiedź od MMD możemy zobaczyć na screenie poniżej:

Następna kwestia ważna do umówienia i naprawdę szokująca. Poniżej widzimy w jaki sposób na głównej stronie MMD bronią matki, która zabiła dwoje dzieci i siebie, dlatego, że nie mogła pogodzić się z tym, że główna opieka nad nimi przypadła ojcu:

Zwróćmy uwagę, że MMD stwierdzają, że każda matka chce dobrze dla swoich dzieci, wychodzi na to, że łącznie z dzieciobójczyniami, przemocowymi i toksycznymi matkami.

O szczegółach omawianej sprawy możemy poczytać np. tutaj.

Magdalena Z. mieszkała wspólnie z mężem w Niemczech. Para rozwiodła się na początku zeszłego roku, a kobieta w porozumieniu z byłym partnerem zabrała dzieci do Polski. Miała wrócić po dwóch miesiącach, ale tego nie zrobiła. Sprawa trafiła do sądu.

Sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Rzeszowie (czyli polski sąd), który na mocy Konwencji Haskiej zdecydował, że dzieci powinny mieszkać z ojcem. Wyrok zapadł w październiku zeszłego roku. Julia i Mateusz byli badani przez trzech psychologów, którzy orzekli, że dzieci są związane z dwójką rodziców, ale większą więź czują z tatą.

Kobieta nie zgodziła się z wyrokiem i odwołała się do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. W lutym zapadła ostateczna decyzja: dzieci mają wrócić do ojca w Niemczech.

W dzień tragedii dzieci miały zostać przekazane ojcu. Na miejscu byli kurator sądowa, psycholog i patrol policji. Kuratorka prosiła, żeby policjanci nie wchodzili do środka, bo widok munduru mógłby zestresować dzieci. Matka zamknęła się z dziećmi w łazience i tam zabiła je i siebie za pomocą noża.

Zwróćmy też uwagę w jaki sposób matka zabiła te dzieci. Wzięła nóż i je zadźgała, dzieci próbowały się szarpać… trudno sobie nawet wyobrazić jak to musiało wyglądać, prawdziwa masakra. Świadkowie mówią, że pomieszczenie dosłownie spłynęło krwią…

Z kolei osoby, które skrytykowały retorykę MMD w tej sprawie, zostały przez nich określone mianem „przemocowców”:

I to jest ważna kwestia do zrozumienia one tak każdego, kto się z nimi nie zgadza nazywają przemocowcami. To samo było z panem z kanału „Zrozumieć Relacje”, o czym pisałem wcześniej. Tak samo nazywają przemocowcami normalnych ojców, którzy chcą wychowywać swoje dzieci. Takie właśnie osoby sprzeciwiają się drukowi 63, pisząc nieprawdę, że to jakieś zmuszanie do częstych kontaktów czy opieki naprzemiennej dziecka z przemocowym ojcem. Tymczasem druk 63 przewiduje kary za łamanie postanowień sądowych, gdzie jak już wcześniej pisałem nie tylko nie ma dowodów, że ojciec stosował przemoc, ale ma on za sobą wyrok sądu, badania biegłych, że ma dobrą więź z dzieckiem.

Obalenie argumentów wysnuwanych przez „Eurydykę” i Mamy Mówią Dość na temat alienacji rodzicielskiej, opieki naprzemiennej, druku 63

Po dość obszernym przedstawieniu omawianych środowisk i wskazaniu co i jak robią źle pozwolę sobie jeszcze uczciwie odnieść się do argumentów, które przedstawiają w temacie alienacji rodzicielskiej, opieki współdzielonej i tematom pokrewnym. Obie grupy używają tu bardzo podobnej, niemalże takiej samej argumentacji.

Zacznijmy od tego, że błędem lub też celową manipulacją jest mieszanie pojęć alienacja rodzicielska i zespól alienacji rodzicielskiej. Dokładnie omówiłem to już w artykule „Stop alienacji rodzicielskiej”.

Dla przypomnienia w skrócie alienacja rodzicielska to forma przemocy emocjonalnej wobec dziecka, izolowanie dziecka od rodzica lub innego bliskiego członka rodziny (np. dziadka, babci), nastawianie dziecka przeciwko niemu itd.. Metody alienacji rodzicielskiej to manipulowanie strachem i lękami dziecka, szantaż emocjonalny, utrudnianie kontaktów oraz inne negatywne działania. Indukowane są w dziecku negatywne emocje, postawy i przekonania wobec drugiego rodzica. AR może przyczyniać się do powstawania zaburzeń emocjonalnych, rozwojowych, osobowościowych i psychicznych u dziecka. Dnia 25 kwietnia obchodzony jest międzynarodowy Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej.

I tak już pisałem w poprzednim tekście żaden rozsądny psycholog, czy naukowiec nie ma wątpliwości, że jest to przemoc wobec dziecka, przynosząca fatalne skutki dla jego psychiki. Jedyny spór naukowy jaki istnieje to, czy te negatywne skutki można ująć w jednorodny syndrom czy zespół, jako że mogą być one różnego rodzaju. Na tej samej zasadzie psycholodzy, psychiatrzy i seksuolodzy zastanawiają się czy można wyodrębnić konkretny syndrom traumy zgwałcenia (rape trauma syndrome – RTS). Nikt rozsądny jednak nie będzie negował faktu, że gwałt jest przemocą i może przynieść negatywne skutki dla ofiary i że powinien być karany jako przestępstwo.

Tu wchodzi zatem drugie pojęcie, czyli wspomniany zespól alienacji rodzicielskiej (parental alienation syndrome – PAS) . Określa on zaburzenie występujące u dziecka, które w trakcie rozwodu rodziców jest czynnie angażowane w potępianie i krytykowanie jednego z rodziców (zazwyczaj tego, który nie mieszka w domu). Krytyka ta jest najczęściej nieuzasadniona, zarzuty są albo nieprawdziwe, albo znacznie wyolbrzymione. W drastycznych przypadkach miłość, szacunek, przywiązanie do oczernianego ojca czy matki ulegają bezpowrotnie zniszczeniu. Zostają zastąpione przez wrogość, niechęć, pogardę. Stosowane wobec dziecka metody (pranie mózgu: manipulacja, szantaż emocjonalny, indoktrynacja) powodują daleko idące konsekwencje dla psychiki. Celem tych działań jest zaburzenie relacji dziecka z drugim rodzicem. Dziecko ma poczucie wyobcowania, negatywną samoocenę, problemy z tożsamością i autonomią, a w życiu dorosłym – trudności z nawiązaniem bliskich relacji, depresje, stany lękowe, fobie, łatwo się uzależnia.

Inicjatorem badań nad PAS w 1985 r. był dr Richard Gardner, amerykański psychiatra sądowy. Niestety jego badania, pomimo wielu trafnych wniosków nie zostały dokończone, a sam autor padł ofiarą czarnego PR-u, a w dodatku cierpiał na bolesną chorobę neurologiczną, co doprowadziło do jego samobójczej śmierci. Badania nad zespołem alienacji rodzicielskiej były jednak kontynuowane na początku XXI w., w tym również w Polsce. Zrealizowano je w Instytucie Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna w Krakowie. Wykazały one bezpodstawność zastrzeżeń osób zmierzających do zdyskredytowania syndromu.

Psycholog z Instytutu Ekspertyz Sądowych, Alicja Czerederecka, w swoim opracowaniu podkreśliła użyteczność PAS „w ustalaniu źródeł zaburzeń, ocenie nasilenia objawów i przewidywania konsekwencji dla dalszego rozwoju dziecka”. Wskazała na potrzebę kontynuowania badań w celu doprecyzowania użytych przez Gardnera sformułowań, ale jednocześnie opowiedziała się za odrzuceniem pochopnych wniosków krytycznych i trywializujących uproszczeń. Postulowała praktykę indywidualnego podejścia do każdego rozpatrywanego przez psychologów lub psychiatrów incydentu wykazującego cechy syndromu. Więcej na temat jej badań pisałem w wspomnianym wcześniej artykule „Stop alienacji rodzicielskiej”.

Przypinam także, że PAS jako jedna z form przemocy psychicznej został uznany przez Włoskie Towarzystwo Neuropsychiatrii Dzieci i Młodzieży (Società Italiana di Neuropsichiatria dell’Infanzia e dell’Adolescenza – SINPIA) w swoich wytycznych w sprawie znęcania się nad dziećmi, opublikowanych w 2007 roku.

Z kolei Oświadczenie Koordynatora Psychologii Prawnej Rady Głównej Oficjalnych Kolegiów Psychologów Hiszpanii z 2008 r. stanowi, że w sprawie zespołu alienacji rodzicielskiej badacze i psychologowie wykazują duży konsensus, gdy traktują to jako zmianę poznawczą, behawioralną i emocjonalną, w której dziecko gardzi i krytykuje jednego ze swoich rodziców. Takie zachowanie i postawa odrzucenia i niedowartościowania jest nieuzasadnione lub stanowi odpowiedź na wyraźną wyolbrzymienie rzekomych wad odrzuconego rodzica.

Wracając do samego pojęcia alienacji rodzicielskiej, to nie tylko jest nowszy termin niż zespól alienacji rodzicielskiej, używany we współczesnych badaniach. Ale także w drugą stronę, problem alienacji rodzicielskiej (pod inną nazwą) został zauważony jeszcze przed badaniami Richarda Gardnera, m.in. przez Judith Wallerstein i Joan Kelly w 1976 r. w American Journal of Orthopsychiatry.

Współczesne badania nad alienacją rodzicielską możemy znaleźć w publikacjach amerykańskiego psychologa sądowego dr Douglasa Darnalla. Głos szerokiego grona ekspertów na temat alienacji rodzicielskiej możemy zobaczyć pod tym linkiem, a także na tym filmie. O alienacji rodzicielskiej można też poczytać na portalu Niebieskiej Linii.

Problem alienacji rodzicielskiej ma także swoje odniesienie w DSM-5, czyli Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych, przygotowanym przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (American Psychiatric Association – APA). W kategorii problem relacji rodzic-dziecko, stwierdza, się że ​​postrzeganie przez dziecko alienowanego rodzica może obejmować negatywne atrybucje intencji drugiej osoby, wrogość wobec niej lub traktowanie jako kozła ofiarnego, oraz nieuzasadnione poczucie wyobcowania.

Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organization – WHO) w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD-11), również uwzględnia problem alienacji rodzicielskiej pod kodami: QE52.0 (Caregiver-child relationship problem) i QE52.1 (Loss of love relationship in childhood).

Problem alienacji rodzicielskiej rozpoznaje także Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych w Polsce:

Co się zaś tyczy opieki naprzemiennej, równoważnej, którą krytykują zarówno „Eurydyka”, jak i MMD, wiele badań i to opartych na metaanalizach potwierdza jej pozytywny wpływ na dziecko i inne zalety. Tak jak pisałem w poprzednim tekście, Edward Kruk w czasopiśmie „The American Journal of Family Therapy” w 2012 dokonał przeglądu literatury naukowej na temat opieki naprzemiennej, na podstawie których wymienił 16 podstawowych zalet takiego systemu opieki nad dzieckiem.

Pozytywne skutki opieki naprzemiennej potwierdzają także badania Roberta Bausermana, Lindy Nielsen, jak i wiele innych. Podobne wnioski wypłynęły także z międzynarodowej konferencji nt. naprzemiennej opieki rodzicielskiej, która odbyła się w Strasburgu w dniach 22 – 23 listopada 2018 r., uczestniczyło w niej 180 ekspertów z około 40 krajów. Pozytywnie zdanie o opiece naprzemiennej przedstawiła również Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Na koniec kwestia mitów dotyczących druku 63. Oczywiście nieprawdą jest, że wprowadza on przymus opieki naprzemiennej, a jedynie jej priorytet w orzecznictwie sądów, no i ogóle wprowadza takie pojęcie do KRiO. Nie powoduje on także zmuszania do szerokich kontaktów dziecka z przemocowym rodzicem. Przewidywane kary dotyczą łamania postanowień sądu, gdzie nie tylko nie ma żadnych dowodów, że rodzic stosował przemoc, ale także ma potwierdzenie na podstawie badań biegłych, że ma dobrą więź z dzieckiem, itd.. Druk 63 nie zmienia też żadnych procedur stosowanych w przypadku występowania przemocy.

Zbiór faktów i odkłamanie mitów na temat druku 63 może zobaczyć na poniższej stronie:
https://d63.pl/

PS. Polecam poczytać także moje artykuły „Stop alienacji rodzicielskiej” i „Dyskryminacja ojców w sądach rodzinnych”.

Fałszywe oskarżenia o gwałt w świetle badań naukowych

O fałszywych oskarżeniach o gwałt pisałem już dobrych kilka razy. Ale jak wiadomo człowiek ciągle uczy się czegoś nowego i moja wiedza także w tej kwestii jeszcze się zwiększyła. Stąd dzisiejszy wpis, będący przeglądem co na temat fałszywych oskarżeń o gwałt mówią różne badania.

Częstotliwość fałszywych oskarżeń o gwałt

Nie da się ustalić dokładnego odsetka fałszywych oskarżeń, ale istnieją badania, których celem jest jego oszacowanie. Regularnie wydawanie raporty FBI wskazują na wysokość 8-10%, jednak dane te są mocno zaniżone, jako, że uwzględnia się tu tylko sprawy gdzie znalazł się ewidentny dowód na kłamstwo. Na tyle, że sprawa została odrzucona już na wstępnym etapie przez policję i nie trafiła nawet do prokuratury. Wiadomo zatem, że fałszywe oskarżenia o gwałt stanowią więcej niż 10%. Ile dokładniej? To już trzeba sięgnąć po kolejne badania.

Eugene J. Kanin z Uniwersytetu Purdue w 1994 r. zbadał sprawy fałszywych oskarżeń o gwałt wniesionych w ciągu 9 lat w pewnej małej społeczności miejskiej (70 000 mieszkańców) w środkowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych. Żeby oskarżenie zostało uznane za fałszywe musiało zostać dokładnie sprawdzone. W tym celu użyto zarówno wariografu, a także za fałszywe oskarżenie uznano tylko te, gdzie oskarżająca osoba sama przyznała się do kłamstwa, a ponadto jej wersja wydarzeń (po zmianie zeznań na prawdziwe) pasowała do wersji zdarzeń osoby oskarżonej. Wyniki pokazały, że fałszywe oskarżenia stanowiły 41% wszystkich wniesionych oskarżeń. Głównymi motywacjami fałszywych oskarżeń okazały się być: chęć uzyskania alibi, zemsta lub próba zwrócenia na siebie uwagi.

Kanin następnie powtórzył to samo badanie na dwóch amerykańskich uczelniach. Tym razem odsetek fałszywych oskarżeń stanowił 50% oskarżeń.

Dr Charles McDowell, wraz ze swoim zespołem w czasie swojej pracy w Siłach Powietrznych USA w 1985 r. również przeprowadzili badanie na temat fałszywych oskarżeń o gwałt. Okazało się, że 27% kobiet zatrudnionych w Siłach Powietrznych, które twierdziły, że zostały zgwałcone przyznało się od razu do kłamstwa po zaproponowaniu badania wariografem. Następnie analizując przypadki fałszywych oskarżeń udało się opracować 35 kryteriów odróżniających fałszywe oskarżenia od prawdziwych. Trzech niezależnych sędziów zbadało pozostałe przypadki. Tylko jeśli wszyscy trzej badacze niezależnie stwierdzili, że pierwotne zarzuty dotyczące gwałtu były fałszywe, uznali je za „fałszywe”. Ostatecznie odsetek fałszywych oskarżeń sięgnął 65%.

McDowell postanowił następnie przejrzeć dokumentacje policyjne z miast (niestety nie wiadomo, których, ponieważ władze miast domagały się anonimowości), żeby sprawdzić, czy przypadkiem specyfika środowiska militarnego nie miała wpływu na wyniki badania. Jednak w miastach również jak się okazało fałszywe oskarżenia stanowiły około 60%. Do poczytania na ten temat pod linkiem.

Jeśli ktoś chciałby określić „absolutne minimum” odsetka, kiedy oskarżenie o przestępstwo seksualne okazuje się być nieprawdą, byłoby to około 25%. Tak wynika z amerykańskich rokrocznych statystyk zbieranych przez FBI w oparciu o analizę DNA. Każdego roku od 1989 r., w około 25% spraw o gwałt, główny podejrzany zostaje wykluczony za pomocą badań kryminalistycznych DNA. Dokładniej to 20% zostaje jednoznacznie wykluczonych, a kolejne 20% wskazuje na wynik niejednoznaczny, a więc zakres waha się tu od 20% do 40%, ostrożne szacunki mówią tu o około 25-26%. Poza fałszywymi oskarżeniami, w niektórych z tych spraw, mamy również do czynienia z błędną identyfikacją sprawcy. Należy też pamiętać, że samo badanie DNA zazwyczaj nie dowodzi jeszcze, czy gwałt faktycznie miał miejsce, więc znowu wychodzi, że fałszywych oskarżeń może być więcej. O tych badaniach możemy poczytać w artykule Wendy McElroy, czyli… feministki, przedstawicielki tzw. feminizmu indywidualistycznego, stojącego niejako w opozycji wobec głównych nurtów feministycznych.

Lista badań na temat fałszywych oskarżeń o gwałt z książki „Rape Investigation Handbook”, John O. Savino, Brent E. Turvey:

  1. Macdonald (1973): badanie wykazało, że w 1968 roku w całych Stanach Zjednoczonych fałszywych oskarżeń o gwałt było 18%. W mieście Denver – 25%
  2. Greenfield (1997): cytując Biuro Statystyki Stanów Zjednoczonych, podał ogólnokrajowy wskaźnik fałszywych oskarżeń na poziomie 8% w 1995 r. i 15% w 1997 r.
  3. Brown i współpracownicy (1997): przeprowadzono badania w celu rozwiązania problemów urazów narządów płciowych ofiar napaści na tle seksualnym kobiet, które zgłosiły się do izby przyjęć szpitala San Luis Obispo General Hospital w Kalifornii w latach 1985–1993. Ich badanie ujawniło odsetek fałszywych zgłoszeń wynoszący nieco ponad 13%, obejmujący kobiety, które ostatecznie wycofały się z prowadzonych badań
  4. Kanin (1994): badania w nienazwanym mieście w środkowych Stanach Zjednoczonych wykazały 41% fałszywych oskarżeń o gwałt
  5. Kennedy i Witkowski (2000): fałszywe oskarżenia o gwałt w Detroit, w latach 1988-1997 wyniosły 32%
  6. W kwietniu 2002 r. Inspektorat Prokuratury Koronnej Jej Królewskiej Mości i Inspektorat Policji Jej Królewskiej Mości opublikowały „Raport ze wspólnej inspekcji dochodzeń i ścigania w sprawach dotyczących zarzutów o gwałt”. Raport ujawnił, że z 1379 zbadanych przypadków, 11,8% to fałszywe doniesienia.
  7. Lea i współpracownicy (2003): zgromadzili dane w okręgu na południowym zachodzie Anglii od 1996 do 2000 roku. Ujawnili 11% odsetek fałszywych oskarżeń.
  8. Jordan (2004): akta policyjne dotyczące gwałtów i napaści seksualnych w Nowej Zelandii. Badanie wykazało współczynnik fałszywych zgłoszeń wynoszący 41%.

Jeśli komuś nie wyświetla się fragment książki pod wyżej podanym linkiem, poniżej wklejam go także w formie screena:

W Polsce nie prowadzi się niestety takich badań jak w USA i innych krajach anglojęzycznych. Jednak temat skali fałszywych oskarżeń o gwałt może nam przybliżyć fragment wywiadu dla Gazety Wyborczej z Ewą Pachurą, naczelnik wydziału dochodzeniowo – śledczego KWP w Gdańsku:

„- Śledztwo trwa, więc nie mogę mówić o tej konkretnej sprawie, ale jest jeszcze druga strona medalu. Należy pamiętać, że nie każdy czyn na tle seksualnym to gwałt. Jeżeli osoba dorosła uprawia seks i nie potrafi powiedzieć, czy wobec niej zastosowano przemoc albo grożono jej lub wprowadzono w błąd, to znaczy, że nie ma przestępstwa. Bo wśród zgwałceń – co też trzeba sobie jasno powiedzieć – jest dużo zgwałceń fikcyjnych. I policjant przyjmujący zawiadomienie musi to ocenić. I przyznaję – zdarza się, że się pomyli.

-Co skłania do złożenia fikcyjnego zawiadomienia?

– To są bardzo różne przypadki. Przez ponad 20 lat pracy spotkałam się np. z kobietami, które uprawiały seks za swoją zgodą, ale następnego dnia bardzo tego żałowały. I wyrzuty sumienia zaprowadziły je na komisariat. Tak to sobie wytłumaczyły. Sporo jest też przypadków, gdy kobieta uprawia seks z przypadkowym mężczyzną i w obawie przed ciążą zgłasza zgwałcenie, bo wtedy może dokonać aborcji. Jest też cały szereg różnych i nie do końca zrozumiałych powodów, jak zbyt późny powrót do domu. Spotkałam się też z tak absurdalnymi sytuacjami, jak zniknięcie na kilka dni, a potem przekonywanie, by wytłumaczyć się przed rodzicami, że było się przetrzymywaną na Półwyspie Helskim, a to zwykła balanga była. Dlatego policjant, przy tym pierwszym kontakcie, musi ocenić. Ale ta ocena oczywiście nie zawsze jest trafna. Pamięta pani te słynne seryjne zgwałcenia z okolic Zielonej Góry w 2010 r.?

-Doszło niemalże do psychozy, kobiety rozklejały rysopisy „wampira”.

Potem okazało się, że ok. 50-60 proc. zgwałceń była fikcyjna, a tam, gdzie doszło do przestępstwa, nie chodziło o tego samego sprawcę. Jak się ukazały pierwsze informacje w mediach, część kobiet chciała zaistnieć, inne wytłumaczyć swoją nieobecność w domu, a pewna grupa z tych, które kłamały, nie była nawet w stanie podać sensownej przyczyny.

-Teraz wychodzi na to, że to kobiety ponoszą odpowiedzialność za niski odsetek zgłoszonych zgwałceń, a tak nie jest.

– Absolutnie. Chcę także podkreślić, że odpowiedzialność za zgwałcenie zawsze ponosi gwałciciel. Prawda jest jednak taka i warto także o tym mówić, że przez dużą skalę fikcyjnych zgłoszeń, gdy przychodzi ofiara prawdziwego gwałtu, nie posiada śladów przemocy, jej relacja nie jest spójna, może zostać odebrana jako niewiarygodna„.

Motywy do złożenia fałszywego oskarżenia o gwałt

Motywy do złożenia fałszywego oskarżenia o gwałt mogą być różne. Jakie pojawiają się najczęściej postanowili sprawdzić trzej holenderscy badacze: André W. E. A. De Zutter, Robert Horselenberg, Peter J. van Koppen. Pełny opis ich badań możemy przeczytać pod linkiem. Wyniki badań możemy także zobaczyć w tabeli poniżej:

Widzimy zatem, że w 1,72% przypadków motywacją był zysk finansowy, w 60,35% „zysk emocjonalny” (np. chęć zwrócenia na siebie uwagi – 14,75%, zemsta – 7,94%, własne alibi – 22,5%, żal – 4,92%, itd.). Co ciekawe w 20,69% przypadkach fałszywego oskarżenia przyczyna brzmiała „nie wiem”, a w kolejnych 17,54% nie udało się ustalić przyczyny.

Feministyczne kompromitacje – ciąg dalszy

Feminizm

 

Wydawać by się mogło, że wraz z protestami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, polskie feministki dostały prezent i szansę, żeby mieć swoje 5 minut. Tyle, że feministka to często osoba, która jest jak ten lekkoduch, który jak dostanie w prezencie samochód, to pierwsze co z nim zrobi to rozbicie go na prostej drodze. Nie trzeba było długo czekać, jak jeszcze przed końcem minionego już roku po stronie feministycznej pojawią się przypały, które warto omówić.

 

Ogólnopolski Strajk Kobiet proponuje definicję gwałtu wykluczającą wiele ofiar

OSK na stronie loomio.org, którą używa do zamieszczania swoich postulatów i głosowania nad nimi, przedstawił propozycję zmiany definicji gwałtu (a raczej zgwałcenia, to tak to się określa w prawie). Nowa definicja miałaby brzmieć tak: „Gwałt to seksualna penetracja waginalna, analna lub oralna ciała innej osoby jakąkolwiek częścią ciała lub przedmiotem bez jej zgody”. Taka definicja jest gorzej niż zła, dlatego że zwyczajnie wyklucza wiele ofiar. Wyklucza to większość mężczyzn, którzy padli ofiarą gwałtu ze strony kobiety, dlatego, że mężczyzna zmuszony do seksu, jest zazwyczaj stroną „penetrującą”, a nie „penetrowaną”, tu polecam wygooglować sobie hasła „forced to penetrate” i „made to penetrate”, żeby poczytać więcej o tej kwestii. Taka definicja wyklucza także kobiety, które zostały zgwałcone przez kobiety, jak również kobiety zgwałcone w inny sposób niż przez penetrację. Wyklucza także wiele osób trans.

Skoro mowa już o osobach trans, ich środowisko bardzo mocno oburzyło się na taką propozycją, co możemy zobaczyć na poniższym screenie z FP Angry Trans:

Definicja gwałtu

 

To wszystko wywołało burzę wśród internautów i przedwczesne wycofanie ankiety z postulatem przez OSK. Następnie przedstawili nową propozycję, co do definicji gwałtu, która miała uwzględnić zgłaszane zastrzeżenia. Tyle, że tu też się nie popisali. Tym razem definicja jest zbyt długa i zawiła, zwyczajnie nie da się czegoś takiego wprowadzić do Kodeksu karnego. Nadal na pierwszym miejscu stawia się penetrację (bycie penetrowanym), a bycie zmuszonym do penetracji mogłoby być traktowane jako „inna czynność seksualna”, co mogłoby przekładać się na niższe wyroki i zaniżanie statystyk.

Niezbyt jasne jest także definiowanie zgody jako: „dobrowolne, świadome i jednoznaczne wyrażenie woli na każdym etapie stosunku seksualnego lub czynności o charakterze seksualnym, przy czym osoba udzielająca zgody musi być uprawniona do jej udzielenia, a wyrażenie zgody musi być wynikiem swobodnej i świadomej decyzji tej osoby”. Przy takiej definicji wyrażanie zgody musiałoby mieć charakter werbalny, brakuje chociażby wyrażania zgody gestem, co jest uwzględnione nawet w osławionym prawie szwedzkim. W dodatku takie „jednoznaczne wyrażanie woli na każdym etapie stosunku”, oznaczałoby że trzeba udzielać zgody przed każdym kolejnym pocałunkiem, dotykiem, czy drobną nawet zmianą pozycji. Na jeden stosunek trzeba by zadać z 10 pytań. Widać, że to propozycja przedstawiana bez konsultacji z prawnikami i niezbyt przemyślana.

To, że OSK przestawił taką propozycję zmiany definicji gwałtu zawężonej tylko do penetracji nie było przypadkiem. Taki postulat został im przesłany przez Fundację Feminoteka. Na dowód screen poniżej z ich FB:

Feminoteka

 

To nie pierwszy raz kiedy Feminoteka wyskakuje z taką propozycją. W lutym 2019 r. wystosowali petycję do Ministerstwa Sprawiedliwości, w której domagali się aby gwałt był definiowany jako „seksualna penetracja bez zgody ofiary”. Pisałem o tym dokładnie w tym artykule.

 

Maja Staśko i jej seksistowski artykuł

Feministka Maja Staśko napisała artykuł dla Gazety Wyborczej, teoretycznie o problemie molestowania oraz o flirtowaniu w współczesnym świecie (po #MeToo itd.). W praktyce jednak tekst jest bardzo generalizujący i seksistowski w stosunku do mężczyzn. Już na wstępnie autorka pisze: „Jeszcze przed pandemią chodziłam do klubów jak na pole walki, by bronić się przed molestującymi z każdej strony facetami. W klubach byłam jak Kobieta Kot – jednego z łokcia, drugiego z wykopu, od trzeciego się odbiłam. Patrzyłam z góry, czy ktoś nie obmacuje wbrew woli. Podlatywałam i wyrzucałam na drugi koniec sali albo z kopa z klubu. Po chwili na parkiecie tańczyły same dziewczyny. I to był dopiero raj”. Nie ma to jak pisać artykuł przeciwko przemocy i jednocześnie samemu chwalić się stosowaniem przemocy (a raczej fantazjowaniem o przemocy, ale o tym za chwilę). W dodatku widzimy, że Staśko wszystkich mężczyzn traktuje jak molestatorów i marzy jej się parkiet bez żadnych facetów, z samymi tylko kobietami.

W tekście możemy znaleźć więcej takich kwiatków. Np. autorka pisze, że coraz częściej ma poczucie, że nie znajdzie faceta i czuje z tego powodu ulgę. Albo cytując: „Męczyłyśmy się z tym latami, obwiniałyśmy się, rozmawiałyśmy ze sobą, pisałyśmy książki i prowadziłyśmy wykłady. Teraz wy się trochę pomęczcie, gdy musicie się pogimnastykować, żeby zaprosić nas na randkę czy zapytać o zgodę na seks. Wiem, nieprzyjemnie, niekomfortowo. Ale mam opowiedzieć, jak nieprzyjemnie i niekomfortowo jest być gwałconą?”. Staśko nawet zbytnio nie kryje się z tym, że nie chodzi jej o ofiary, tylko o zemstę i nienawiść w stosunku do płci męskiej.

Jak widać w komentarzach, czytelnicy Wyborczej, a więc ludzie o przeważnie lewicowych i liberalnych poglądach w większości oceniają artykuł negatywnie. W zasadzie to prawie wszystkie komentarze są mocno krytyczne.

Do tekstu w satyryczny sposób odniósł się również dziennikarz sportowy Krzysztof Stanowski:

 

Odpowiedzią Mai Staśko było odwrócenie kota ogonem i twierdzenie, że Stanowski wyśmiewa się z ofiar przemocy, co zostało podłapane przez sprzyjające feministce media (Wyborcza, Wysokie Obcasy, ASZdziennik itp.). Jednak jak widać na filmie, w żadnym razie dziennikarz nie wyśmiewa się z żadnych ofiar, tylko krytykuje samą Staśko i jej artykuł. Niemniej każdemu polecam najpierw obejrzeć to wideo i dopiero wtedy wyrobić sobie własne zdanie.

A już wyjątkowo tragikomicznie Staśko odniosła się do samego początku swojego tekstu, co możemy zobaczyć na screenie poniżej:

Maja Staśko

Pani Maja przyznała tu, że historie o molestowaniu w klubie były wymyślone, „taka konwencja”, jak w filmie. Nadal pozostaje też kwestia jej zwyczajnego fantazjowania o przemocy i wyrzucaniu ludzi siłą z parkietu (wszystkich mężczyzn na parkiecie).

To nie pierwszy taki przypał Mai Staśko. Swego czasu napisała artykuł na Krytyce Politycznej, w którym zwykłych patostreamerów określiła mianem „przedstawicieli czwartej fali feminizmu”. Pod postem FP Krytyki Politycznej o tym tekście możemy zobaczyć, że praktycznie 100% komentarzy czytelników KP (a więc w większości ludzi o poglądach lewicowych) ocenia ten artykuł bardzo negatywnie. Komentarze w necie co prawda jeszcze niczego nie udowadniają, ale faktem jest, że omawiana feministka dokonała niezłej sztuki napisanie dwóch tekstów, które oceniają negatywnie prawie wszyscy z jej własnego kręgu ideowego.

Staśko ma na koncie także stworzenie dwóch list seksistów, gdzie wymieniała z imienia i nazwiska ludzi, którzy mieli dopuścić się seksistowskich czynów, nie tylko nie podając żadnych dowodów, ale nawet tego o co w ogóle ich oskarża. Pisałem o tym tutaj. Przypomnę także co takich akcjach napisały inne feministki, które ją znają:

Co ciekawe, o pomysłach Mai Staśko na walkę z seksizmem nie chciały z WP rozmawiać znane w środowisku feministki. Dwie z nich odmówiły komentarza. Jedna powiedziała, że po prostu „boi się Staśko, bo ona jest nieprzewidywalna i miała już z nią konflikt, a nie chce następnego„.

Inna autorka feministyczna, mówi WP anonimowo: – Seksizm jest zjawiskiem powszechnym, ale metoda publicznego napiętnowania znanych osób na podstawie anonimowych doniesień to słaby pomysł na jego likwidację. Jest to natomiast rewelacyjny sposób na skłócenie środowiska. I forma autopromocji. Maja Staśko jest w środowisku znana z tego, że biada każdej i każdemu, kto jej podpadnie. Masz wątpliwości co do jej metod? No to jesteś seksistą! To nie ma nic wspólnego z feminizmem! Nazwałabym to raczej rodzajem inkwizycji.

Zamieszanie po decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji

manifestacja

 
Dnia 22 października br. Trybunał Konstytucyjny dość niespodziewanie dla wielu ludzi orzekł, że jedna z trzech przesłanek dopuszczających legalną aborcję w Polsce, tj. duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu jest niezgodna z konstytucją. Stało się to punktem zapalnym dla dużych protestów na ulicach i w internecie i ogólnie narobiło niezłego bigosu.

 

Kwestia wyroku TK

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy wyrok TK były efektem upolitycznienia instytucji, czy zwyczajnie polska konstytucja jest tak napisana. Najlepiej chyba opisał to Robert Gwiazdowski. Otóż przepisy konstytucji są tu na tyle niejasne, że Trybunał mógłby wydać wyrok zarówno w jedną, jak i w drugą stronę.

Co zaś się tyczy samej aborcji, muszę przyznać, że nie mam wyrobionego jednoznacznego stanowiska. Słuchając argumentów różnych stron tego sporu można zauważyć, że to jeden z tematów, w których nie ma jakiejś jednej wielkiej prawdy. Czego się również nauczyłem zgłębiając w ten temat, to fakt, że w prawie każdym kraju prawo w sprawie aborcji jest efektem pewnego społecznego kompromisu. W krajach, które skrótowo określa się jako te, gdzie aborcja jest legalna, prawo dokładnie określa w jakich ramach jest ona dopuszczalna, tzn. do którego tygodnia ciąży, jak wygląda procedura, tj. czy wymagana jest konsultacja psychologiczna przed podjęciem decyzji, itd.. Z kolei w krajach, o których skrótowo mówi się, że aborcja jest nielegalna, prawo określa konkretne wyjątki, w których można dokonać jej legalnie.

W Polsce większość ludzi popiera tzw. kompromis aborcyjny, czyli ustawę obowiązującą od 1993 r., wedle której aborcja jest dopuszczalna w trzech przypadkach: zagrożenia życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, ciężkiej wady płodu i w przypadku ciąży z gwałtu. I stało się to niepisaną zasadą, że ruszanie tej ustawy jest bardzo ryzykowne. Wiedzieli o tym także politycy PIS-u regularnie oddalający do sejmowej zamrażarki wszystkie ustawy o zaostrzeniu prawa aborcyjnego składane np. przez Ordo Iuris czy Kaję Godek. Teraz jednak w szczycie pandemii COVID-19 nagle stało się inaczej, podobnie jak rząd dwa lata temu wycofał się z zakazu hodowli zwierząt futerkowych, po czym niedawno wyskoczył z dużo dalej idącą „piątką dla zwierząt”, z której to jednak się wycofał po protestach rolników. Co raz bardziej widać, że rząd zwłaszcza w trakcie pandemii działa ad hoc, czego najlepszą laurką była zapowiedź Jacka Sasina, że nie będzie zamknięcia cmentarzy na Dzień Wszystkich Świętych, po czym na drugi dzień premier Mateusz Morawiecki ogłosił zamknięcie cmentarzy.

 

Protesty, protesty, co z tym protestami?

Zaczęło się nie najgorzej. Pierwsze protesty wyglądały na dosyć spontaniczne i raczej pokojowe. Jednak szybko podczepiły się pod nie organizacje skrajnie lewicowe i feministyczne. Zaczęły się więc ataki na kościoły, do tej pory uszkodzono 79 elewacji kościołów, a także kilka, kilkanaście pomników i zabytków. Protesty przynajmniej w pewnej części stały się wulgarne, a nawet agresywne. Doszło także do różnych innych incydentów, jak fałszywe oskarżenie o pobicie kobiety kickboksera Maksymiliana Bratkowicza, atak niemieckiej Antify, czy zniszczenie samochodu, w którym brał/a udział znany/a już opinii publicznej Margot.

Swoje 5 minut próbuje znaleźć także Marta Lempart, wraz ze swoją nieco zapomnianą inicjatywą Ogólnopolski Strajk Kobiet. Organizacja ta nie tylko w dość samozwańczy sposób stara się odgrywać rolę głównej zarządzającej protestami, ale także stara się przedstawiać jako wielka siła, która obali rząd i zaprowadzi własne lewicowe rządy. W tym celu nawet powołano Radę Konsultacyjną o mocno podejrzanym składzie, a także z bardzo naiwną listą postulatów.

Abstrahując nawet od tego, że większość Polaków, w tym wielu protestujących na ulicach nie popiera aborcji na życzenie, a do wprowadzenia takiego rozwiązanie potrzebna jest zmiana konstytucji, same postulaty gospodarcze są tu zwyczajnie nierealne. Na przykład, żeby zwiększyć wydatki na służbę zdrowia do 10% PKB potrzeba dodatkowych około 100 mld zł. A już teraz mamy 110 mld deficytu. Wielu protestujących wyszło na ulicę, także ze względu na przesadne restrykcje uderzające w gospodarkę. Ciężko, żeby byli oni zadowoleni z ponad 200 mld deficytu, dalszego podwyższania podatków i inflacji (efekt dodruku pieniądza). A tu jeszcze mowa o refundowaniu antykoncepcji i tym podobne postulaty pochłaniające duże środki finansowe.

Niejasny jest także postulat o zakazywaniu działalności organizacji subiektywnie nazywanych faszystowskimi, zwłaszcza że, według Marty Lempart nawet Agnieszka Gozdyra wspiera-legitymuje faszyzm, zapraszając do swoich programów polityków Konfederacji.

Tymczasem ludzie biorący udział w protestach w większości po prostu sprzeciwiają się decyzji TK i nie podpisaliby się pod takimi postulatami. Wielu nawet pewnie nie wie o istnieniu jakiegoś OSK, Marty Lempart, czy Klementyny Suchanow. Sam zauważyłem, że niektóre moje znajome na FB wsparły protest wstawiając stosowną grafikę w zdjęciu profilowym, niektóre nawet wzięły udział w manifestacjach, ale żadna, dosłownie żadna z nich nie lajkuje, ani nie komentuje nic na FP OSK, ani w ogóle na żadnym z charakterystycznych feministycznych FP.

Osobiście doradzam, jeśli ktoś chce protestować, wspierać ogólnie protesty przeciwko wyrokowi TK i jakieś antyrządowe inicjatywy jak Strajk Przedsiębiorców, ale od Ogólnopolskiego Strajku Kobiet trzymać się z daleka. Przykłady z KOD-em, Kijowskim, Margot itp., powinny być tu najlepszą przestrogą. Zwłaszcza że same organizatorki już „kulturalnie” odpowiedziały Szymonowi Hołowni, czy polskim libertarianom.

 

Prawa reprodukcyjne mężczyzn

Dużo mówi się o prawach reprodukcyjnych kobiet, a często pomija prawa reprodukcyjne mężczyzn. A te wyglądają naprawdę nieciekawie. Cassie Jaye w filmie dokumentalnym „The Red Pill” zrobiła zestawienie jak to wygląda po stronie mężczyzn i kobiet i wyszło, że po stronie męskiej jest tylko prezerwatywa (i ewentualny celibat, ale trudno to traktować jako poważną opcję) a po stronie kobiet cała reszta, niemal cała antykoncepcja, decyzja o aborcji, wiedza o tym kto jest ojcem i całkowita pewność, że sama jest matką. Kobieta może łatwo oszukać mężczyznę na antykoncepcji (w internecie można znaleźć masę postów o tym jak wrobić faceta w dziecko), dokonać aborcji wbrew woli ojca dziecka, może także wrobić mężczyznę w wychowywanie nieswojego dziecka (i dziecko co do tego, kto jest jego ojcem). Do tego problem alienacji rodzicielskiej, nastawiania dziecka przeciwko drugiemu rodzicowi, co częściej tyczy się matek, dlatego że to one częściej dostają opiekę nad dzieckiem po rozstaniu.

Rozwiązania na te problemy nie zawsze są łatwe i wzbudzają pewne kontrowersje. Wśród takich rozwiązań wymienia się np. współdecydowanie ojca przy decyzji o aborcji, czy tzw. aborcję prawną, czyli dobrowolną rezygnacją z wszelkich praw, przywilejów i obowiązków wobec dziecka jeszcze przed jego narodzeniem, do tego samego tygodnia ciąży, do którego prawo dopuszcza aborcję. Pierwsze rozwiązanie jest już proponowane, w niektórych stanach w USA, a drugie miało swoje próby (na razie bez powodzenia) w Szwecji i Danii. Chociaż trzeba pamiętać, o tym, że takie rozwiązania wiążą się jednocześnie z prawem do aborcji na życzenie.

Natomiast nie powinno wzbudzać kontrowersji karanie oszukania na antykoncepcji (czy wrobienia w dziecko w inny sposób, np. przez użycie nasienia z prezerwatywy), a także bezproblemowe zaprzeczanie ojcostwa i karanie za oszukanie na ojcostwie. Oszustwa powinny być karane, prawo powinno chronić ofiary oszustwa, a nie ich sprawców. Potrzebne jest także skuteczniejsze przeciwdziałanie alienacji rodzicielskiej, łącznie z karami więzienia w skrajnych przypadkach, jak już jest w Niemczech, Francji, czy Belgii.

Ofiary przemocy zasługują na coś lepszego niż zła akcja #MeToo

 

 

Krytykując skompromitowaną akcję #MeToo można spotkać się czasem z pytaniem: Co z ofiarami? Jeśli potępiamy #MeToo, to co zrobić z faktem, że przemoc istnieje i stanowi problem społeczny? A ja myślę, że odpowiedź jest tu bardzo prosta. Ofiary przemocy zasługują na coś lepszego niż zła akcja #MeToo.

 

Dla przypomnienia, dlaczego akcja #MeToo jest zła?

W ruchu #MeToo od samego początku brakowało zdrowego rozsądku, jasnych zasad i kryteriów. Co gorsza nie zadbano o przestrzeganie tak elementarnych zasad jak domniemanie niewinności w poza procesowym charakterze, czy jasne definicje i kryteria aktów przemocy i molestowania. Szybko więc zapanował chaos, powstało wielu irracjonalnych lub zwyczajnie fałszywych oskarżeń, wielu ludzi którzy podłączyli się pod akcję okazało się być zwykłymi hipokrytami (jak np. Asia Argento). W dodatku #MeToo ma wprost tragiczny bilans. Przez 3 lata nie udało się nikogo skazać, nikomu nie udowodniono winy, za jednym tylko wyjątkiem jakim jest Harvey Weinstein, który ostatecznie został skazany na 23 lata więzienia.

A i tu w zasadzie można powiedzieć, że to nie do końca jest taki wyjątek. Bo sprawa Weinsteina nie miała miejsca „w ramach akcji #MeToo”, tylko najpierw mieliśmy aferę Weinsteina, a dopiero potem ruszała akcja #MeToo. O licznych kompromitacjach #MeToo pisałem kilkukrotnie na blogu, w przerwach po kilka miesięcy, jako że co i rusz dochodziły nowe fakty, które jeszcze bardziej dyskredytowały tę inicjatywę. Można o tym wszystkim poczytać, zaglądając na tag „#metoo”, na mojej stronie. Od ostatniego mojego wpisu w tym temacie, doszła kolejna sprawa będąca ciosem dla zwolenników MeToo. Joe Biden, kandydat demokratów na prezydenta USA i główny rywal Donalda Trumpa, gorąco popierający MeToo, głoszący wcześniej hasła typu „believe women”, sam został oskarżony o molestowanie.

Kolejna rzecz, w tym artykule, pisałem o tym, że poza fałszywymi oskarżeniami np. o molestowanie, dochodzi jeszcze taka kwestia, że zmierzamy w stronę świata, gdzie każdego można oskarżyć o wszystko. Wspominałem, że np. J. K. Rowling została oskarżona o rasizm, bo w jej filmie rolę węża Lorda Voldemorta zagrała azjatycka aktorka. Tylko w ostatnich tygodniach mieliśmy wiele więcej takich przykładów. Agnieszka Gozdyra, została oskarżona przez działaczy LGBT o „transfobię” i „misgenderowanie”, za skrytykowanie postawy Margot, który/a swoją drogą sam/a siebie określa męskim zaimkiem. Dziennikarka Polsat News już wcześniej została oskarżona przez Martę Lempart o to, że „wspiera-legitymizuje faszyzm”, bo zaprasza do swojego programu polityków Konfederacji. „Faszystką” została ostatnio także Monika Jaruzelska, córka gen. Wojciecha Jaruzelskiego, radna Warszawy, startująca w wyborach z list SLD, za to, że zaprosiła do swojego programu Grzegorza Brauna i mu nie przerywała. Stowarzyszenie „Nigdy Więcej” z tego powodu nawet chciało ją umieścić w „Brunatnej Księdze”. I takich przykładów można by mnożyć i mnożyć.

 

Co w takim razie zamiast akcji #MeToo?

Oczywiście zamiast oferować hasztagi potrzebna jest realna pomoc dla ofiar przemocy. Zamiast sądów ludowych na Twitterze i Facebooku potrzebny jest dobrze funkcjonujący wymiar sprawiedliwości, od policji, po prokuraturę, aż po sądy. W Polsce prawo akurat jest dość dobre (tylko trzeba je egzekwować), procedury też nie najgorsze, o czym pisałem tutaj, ale trzeba pamiętać, że pewne rzeczy kosztują. Na przeszkolony personel, psychologów obecnych przy składaniu zeznań etc. potrzeba pieniędzy. Dlatego potrzebne jest coś dokładnie odwrotnego niż to co proponują fantaści od „defund the police”.

Na wymiarze sprawiedliwości temat jednak się nie kończy. Potrzebne jest także zapobieganie przyczynom przemocy przez przerwanie błędnego koła przemocy. W skrócie chodzi tu o przeciwdziałanie przemocy wobec dzieci i promocję zdrowia psychicznego, w celu zapobiegania powstawania postaw przemocowych w wieku dorosłym. Potrzebna jest także edukacja psychologiczna, uświadamianie społeczeństwa na temat mechanizmów takich jak wyuczona bezradność, fazy przemocy w rodzinie, syndrom sztokholmski, zespół współuzależnienia, gaslighting etc. Przy okazji podkreślam, że w tytule wpisu nie bez powodu napisałem „ofiary przemocy”, a nie np. ofiary przemocy seksualnej, dziś piszę o wszystkich ofiarach przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej itd. Jedna uwaga na koniec, edukacja to nie indoktrynacja, tym powinni zająć się psychologowie, psychiatrzy, seksuologowie, a nie feministki czy działacze LGBT. Od siebie polecam na początek cykl wykładów Uniwersytetu SWPS na ten właśnie temat.

Konwencja Stambulska – fakty i mity

Konwencja Stambulska

 
Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro pod koniec lipca br. złożył wniosek o wycofanie tzw. Konwencji antyprzemocowej, znanej też jako Konwencja Stambulska (Istanbul Convention). Z tego względu pozwolę sobie pochylić się nad tym dokumentem, i czy faktycznie powinniśmy go wycofać.

 

Czym jest Konwencja Stambulska, i co jest w niej zawarte?

Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, bo taka jest jej pełna nazwa została opracowana przez Radę Europy. Jej teoretycznym celem jest zwalczanie przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Jej treść możemy przeczytać pod tym linkiem.

Problem z konwencją jest taki, że jest praktycznie niczym więcej jak ideologicznym manifestem, konkretnie manifestem feministycznym i do tego genderowym. Na żadną z założonych tez nie przedstawia żadnych dowodów ani badań.

Możemy w niej przeczytać, że „przemoc wobec kobiet jest manifestacją nierównego stosunku sił pomiędzy kobietami a mężczyznami na przestrzeni wieków który doprowadził do dominacji mężczyzn nad kobietami i dyskryminacji tych ostatnich, a także uniemożliwił pełną poprawę sytuacji kobiet”. Oraz, że „przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję”.

Konwencja przedstawia więc to trochę tak, jakby istniał męski spisek przeciwko kobietom. Tymczasem przyczyny przemocy są zupełnie inne, o czym więcej za chwilę. Pozostaje również pytanie: skoro przyczyną przemocy wobec kobiet jest patriarchat, to co jest przyczyną przemocy kobiet wobec mężczyzn? Zwłaszcza, że sama konwencja mówi nam dalej o tym, że mężczyźni również mogą być ofiarami przemocy domowej.

Dokument mówi nam również o tym, że „kobiety i dziewczęta są często narażone na poważne formy przemocy takie jak: przemoc domowa, molestowanie seksualne, gwałt, małżeństwo z przymusu, tak zwane „przestępstwa w imię honoru” i okaleczanie narządów płciowych, które stanowią poważne naruszenie praw człowieka wobec kobiet i dziewcząt i główną przeszkodę w osiągnięciu równouprawniania kobiet i mężczyzn”. Tymczasem nie dość, że na takie formy przemocy są narażeni również mężczyźni i chłopcy, to jeszcze pominięto tu morderstwa i ciężkie pobicia, którym ofiarami, akurat częściej padają mężczyźni.

Możemy również przeczytać, że „stałe łamanie praw człowieka podczas konfliktów zbrojnych, dotykające ludność cywilną, przede wszystkim kobiety, przybierające formę systematycznego stosowania na szeroką skalę gwałtów oraz przemocy seksualnej, powoduje eskalację przemocy ze względu na płeć zarówno w trakcie konfliktu, jak i po jego zakończeniu”. I znowu nie dość, że pominięto przemoc seksualną wobec mężczyzn w czasie wojen, to jeszcze przemilczano fakt, że mężczyźni stanowią większość ofiar śmiertelnych na wojnach.

Z kolei fragment „uznając, że kobiety i dziewczęta są bardziej niż mężczyźni narażone na przemoc ze względu na płeć” de facto sugeruje nam, że mężczyzna również może doświadczyć „przemocy ze względu na płeć”. Jednak w definicjach konwencja podaje na tylko hasło „przemoc wobec kobiet, ze względu na płeć”, a nie podaje nam hasła „przemoc wobec mężczyzn ze względu na płeć”.

W dokumencie kilkanaście razy zostało użyte określenie „płeć społeczno-kulturowa”, a to dlatego, że ta konwencja mówi tylko o przemocy i nie ma nic wspólnego z teorią gender. 😉

 

„Nie dla legalizacji przemocy domowej” – kolejna feministyczna histeria

Przeciwko planom wycofania Konwencji Stambulskiej odbyły się feministyczne manifestacje, krzyczące o „legalizacji przemocy domowej”, co jest oczywiście bzdurą. Polskie prawo zakazuje przemoc domowej niezależnie od konwencji. Co więcej do zwalczania przemocy wobec kobiet zobowiązuje nas już od 1993 r. Deklaracja o eliminacji przemocy wobec kobiet, przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. O przeciwdziałaniu przemocy mówią także inne akty prawa międzynarodowego.

Feministyczne protesty miały miejsce głównie przed siedzibą konserwatywnej organizacji Ordo Iuris, która również podchodzi do sprawy ideologicznie, starając się forsować swoje bardziej konserwatywne podejście do przeciwdziałania przemocy. Chociaż trzeba przyznać, że Ordo Iuris przynajmniej podaje jakieś argumenty, np. to, że konwencja błędnie identyfikuje przyczyny przemocy.

Tymczasem jedynym argumentem jaki przedstawiły feministki to złożenie petycji pod tytułem… „Przestańcie nas wku**iać”. Taka ciekawostka: petycję złożyła Klementyna Suchanow, która ostatnio została oskarżona o molestowanie seksualne. I to nie przez byle kogo, tylko samego/samą Margot, osobę która na lewicy stała się ostatnio niemal święta, za napaść na kierowcę furgonetki organizacji pro-life, zniszczenie mienia i kradzież. Po lewej stronie Monty Python trwa nieprzerwanie.

 

Czynniki ryzyka przemocy w rodzinie

Feministki podchodzą do tematu podług swojej ideologii, Orgo Iuris podług swojej. Tymczasem co o przemocy mówią eksperci? Przykładowo możemy to zobaczyć w poniższym wykładzie dr hab. prof. Danuty Rode:

 
W skrócie czynniki ryzyka przemocy w rodzinie to:

  • doświadczenie przemocy w okresie dzieciństwa
  • alkohol
  • status socjoekonomiczny rodziny
  • status zawodowy małżonków
  • psychopatologia sprawców

 
Tymczasem żaden z tych czynników nie został wymieniony w Konwencji Stambulskiej. Nic dziwnego, że w krajach, gdzie od wielu lat stosuje się takie podejście przemocy domowej jest więcej. Bo tak się składa, że według badań Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej, Polska ma najmniej przemocy wobec kobiet ze wszystkich krajów UE. Badanie zostało przeprowadzone na podstawie anonimowych ankiet, dlatego wyniku nie można zgonić na niską zgłaszalność, która w dodatku w tym samym badaniu również wypadła najlepiej z całej UE.

Polecam także mój artykuł o tym, że przemoc nie ma płci oraz krytykę Konwencji Stambulskiej przez Męski Głos.

Stop alienacji rodzicielskiej

Alienacja rodzicielska

 
Ze względu na wznowienie prac w Senacie nad drukiem 63, który jest kontynuacją druku 776 z poprzedniej kadencji Parlamentu, warto przywołać temat prawa do kontaktu dziecka z obojgiem rodziców i przeciwdziałaniu alienacji rodzicielskiej. Druk zakłada zmiany w prawie rodzinnym, wprowadzające opiekę naprzemienną jako priorytetową oraz wprowadzenie wyższych sankcji za izolowanie dziecka od drugiego rodzica, w tym kary ograniczenia, a nawet pozbawienia wolności do 2 lat, w przypadku gdy inne środki (kary grzywny) okazały się nieskuteczne.

 

Alienacja rodzicielska a syndrom alienacji rodzicielskiej

Zacznijmy od tego, że alienacja rodzicielska i syndrom alienacji rodzicielskiej to dwa różne pojęcia. Jest to ważne do zrozumienia z uwagi na propagandę, mającą na celu zdyskredytowanie problemu alienacji rodzicielskiej, przez niektóre środowiska, np. Stowarzyszenie Eurydyka.

 
Alienacja rodzicielska jest to zespół świadomych lub nieświadomych zachowań, prowadzących do powstawania zaburzeń w relacji pomiędzy dzieckiem, a co najmniej jednym z rodziców, w sytuacji rozpadu rodziny i nieprawidłowego funkcjonowania instytucji prawa rodzinnego. Jest to przemoc emocjonalna wobec dziecka. Metody alienacji rodzicielskiej to manipulowanie strachem i lękami dziecka, szantaż emocjonalny, utrudnianie kontaktów oraz inne negatywne działania. Indukowane są w dziecku negatywne emocje, postawy i przekonania wobec drugiego rodzica. AR może przyczyniać się do powstawania zaburzeń emocjonalnych, rozwojowych, osobowościowych i psychicznych u dziecka.

I żaden rozsądny psycholog, czy naukowiec nie ma wątpliwości, że jest to przemoc wobec dziecka, przynosząca fatalne skutki dla jego psychiki. Dlatego 25 kwietnia na całym świecie obchodzony jest Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej. Jedyny spór naukowy jaki istnieje to, czy te negatywne skutki można ująć w jednorodny syndrom czy zespół, jako że mogą być one różnego rodzaju. Na tej samej zasadzie psycholodzy, psychiatrzy i seksuolodzy zastanawiają się czy można wyodrębnić konkretny syndrom traumy zgwałcenia (rape trauma syndrome – RTS). Nikt rozsądny jednak nie będzie negował faktu, że gwałt jest przemocą i może przynieść negatywne skutki dla ofiary i że powinien być karany jako przestępstwo.

 
Zespół alienacji rodzicielskiej (parental alienation syndrome – PAS) określa zaburzenie występujące u dziecka, które w trakcie rozwodu rodziców jest czynnie angażowane w potępianie i krytykowanie jednego z rodziców (zazwyczaj tego, który nie mieszka w domu). Krytyka ta jest najczęściej nieuzasadniona, zarzuty są albo nieprawdziwe, albo znacznie wyolbrzymione. W drastycznych przypadkach miłość, szacunek, przywiązanie do oczernianego ojca czy matki ulegają bezpowrotnie zniszczeniu. Zostają zastąpione przez wrogość, niechęć, pogardę. Stosowane wobec dziecka metody (pranie mózgu: manipulacja, szantaż emocjonalny, indoktrynacja) powodują daleko idące konsekwencje dla psychiki. Celem tych działań jest zaburzenie relacji dziecka z drugim rodzicem. Dziecko ma poczucie wyobcowania, negatywną samoocenę, problemy z tożsamością i autonomią, a w życiu dorosłym – trudności z nawiązaniem bliskich relacji, depresje, stany lękowe, fobie, łatwo się uzależnia.

Problem został początkowo zasygnalizowany w 1985 r. przez amerykańskiego psychiatrę sądowego – dr Richarda Gardnera. Jednak jego badania, pomimo wielu trafnych wniosków nie zostały dokończone, a sam autor padł ofiarą czarnego PR-u, w dodatku cierpiał na bolesną chorobę neurologiczną, co doprowadziło do jego samobójczej śmierci.

Badania nad zespołem alienacji rodzicielskiej były kontynuowane na początku XXI w., w tym także w Polsce. Zrealizowano je w Instytucie Ekspertyz Sądowych im. prof. dra Jana Sehna w Krakowie. Wykazały one bezpodstawność zastrzeżeń osób zmierzających do zdyskredytowania syndromu.

Psycholog z Instytutu Ekspertyz Sądowych, Alicja Czerederecka, w swoim opracowaniu podkreśliła użyteczność PAS „w ustalaniu źródeł zaburzeń, ocenie nasilenia objawów i przewidywania konsekwencji dla dalszego rozwoju dziecka”. Wskazała na potrzebę kontynuowania badań w celu doprecyzowania użytych przez Gardnera sformułowań, ale jednocześnie opowiedziała się za odrzuceniem pochopnych wniosków krytycznych i trywializujących uproszczeń. Postulowała praktykę indywidualnego podejścia do każdego rozpatrywanego przez psychologów lub psychiatrów incydentu wykazującego cechy syndromu.

W materiałach informacyjnych przygotowanych przez A. Czerederecką w 2008 roku na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości znajduje się ostrzeżenie przed możliwością udziału drugiego rodzica w pogłębianiu syndromu oraz wskazanie roli związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy stosowaniem przemocy emocjonalnej przez głównego opiekuna a kształtowaniem się u dziecka zaburzeń w postaci odrzucania wbrew sobie drugoplanowego opiekuna, a nawet jego najbliższych krewnych.

Według A. Czeredereckiej PAS prawidłowo opisuje objawy i zależności będące następstwem relacji pomiędzy pierwszoplanowym rodzicem a dzieckiem. Autorka zaproponowała, aby zamiast syndromu alienacji rodzicielskiej używać w polskiej literaturze naukowej pojęcia „oddzielenie od drugoplanowego opiekuna”. Jednocześnie zaleciła rozpoznawanie syndromu z dużą ostrożnością, zwłaszcza w zakresie proponowania przez biegłych daleko idących rekomendacji w sprawie radykalnego rozwiązania trudnej sytuacji rodzinnej.

W wydanej w 2008 roku publikacji A. Czerederecka zwróciła uwagę na:

  • docenianie przez większość amerykańskich psychologów i psychiatrów wkładu Gardnera w opisanie zjawiska przy jednoczesnej zmianie jego nazwy na parental alienation (alienacja rodzicielska);
  • fakt, że w USA tylko sporadycznie podważa się zaobserwowane przez R.A. Gardnera zależności „pomiędzy stosowaniem przemocy emocjonalnej przez głównego opiekuna a kształtowaniem się u dziecka zaburzeń w postaci odrzucania drugiego opiekuna oraz jego najbliższej rodziny”;
  • sytuacje, w których oboje rodzice mają udział w powstawaniu zaburzeń u dzieci;
  • powinność bezstronnego i indywidualnego rozpoznawania każdego przypadku oraz bezzwłocznego reagowania na manipulowanie psychiką dziecka.

Z badań Teresy Jaśkiewicz-Obydzińskiej i Alicji Czeredereckiej wynika, że z upływem czasu postawa dziecka wobec wyalienowanego rodzica może się zmieniać, to znaczy stopniowo ewoluować w kierunku akceptacji. W konsekwencji procesu usamodzielniania się dorastający syn lub córka może inaczej oceniać zachowanie opiekuna pierwszoplanowego: zdarzało się bowiem, że postawa aprobująca przeobrażała się w jednoznacznie wrogą i odrzucającą.

Uwaga, powyższy fragment tekstu, umieszczony na portalu Polki.pl to fragment książki Mariana Cabalskiego „Przemoc stosowana przez kobiety”. Nie jest więc to tylko jakiś randomowy artykuł z sieci, a merytoryczne przedstawienie tematu, ze źródłami naukowymi. Więc o badaniach dr Czeredereckiej można poczytać w poniższych źródłach:

  • A. Czerederecka Syndrom odosobnienia od jednego z rodziców u dzieci z rozbitych rodzin, „Nowiny Psychologiczne”, 1999; 4
  • A. Czerederecka Syndrom oddzielenia od drugoplanowego opiekuna (PAS) – przydatność analizy w badaniach sądowych w kontekście krytyki zjawiska, „Nowiny Psychologiczne” 2005, 3
  • A. Czerederecka, Manipulowanie dzieckiem przez rodziców rywalizujących o udział w opiece, „Dziecko Krzywdzone” 2008, 4 (25)

Włoskie Towarzystwo Neuropsychiatrii Dzieci i Młodzieży (Società Italiana di Neuropsichiatria dell’Infanzia e dell’Adolescenza – SINPIA) w swoich wytycznych w sprawie znęcania się nad dziećmi, opublikowanych w 2007 roku , uznało PAS za jedną z możliwych form przemocy psychicznej.

Oświadczenie Koordynatora Psychologii Prawnej Rady Głównej Oficjalnych Kolegiów Psychologów Hiszpanii z 2008 r. stanowi, że w sprawie zespołu alienacji rodzicielskiej badacze i psychologowie wykazują duży konsensus, gdy traktują to jako zmianę poznawczą, behawioralną i emocjonalną, w której dziecko gardzi i krytykuje jednego ze swoich rodziców. Takie zachowanie i postawa odrzucenia i niedowartościowania jest nieuzasadnione lub stanowi odpowiedź na wyraźną wyolbrzymienie rzekomych wad odrzuconego rodzica.

Wbrew opiniom rozpowszechnianych przez niektóre środowiska, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (American Psychiatric Association – APA) nie ma negatywnego stanowiska do PAS, w tej sprawie nie zajmuje żadnego oficjalnego stanowiska, twierdząc, że potrzeba więcej badań. Jednocześnie jednak w swoich „Wytycznych oceny opieki nad dzieckiem w postępowaniu rozwodowym”, cytuje trzy książki Richarda Gardnera: „Family evaluation in child custody mediation, arbitration, and litigation”, „The parental alienation syndrome: A guide for mental health and legal professionals” oraz „True and false accusations of child abuse”.

Co więcej w DSM-5, czyli Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych, przygotowanym przez APA, możemy znaleźć coś bardzo zbliżonego do PAS. A mianowicie w kategorii psychicznego znęcania się nad dzieckiem uwzględnia się „niezamierzone werbalne lub symboliczne działania rodzica lub opiekuna dziecka, które powodują lub mogą spowodować znaczną szkodę psychiczną dziecku”. I co ważniejsze w kategorii problem relacji rodzic-dziecko, stwierdza, się że ​​„postrzeganie przez dziecko alienowanego rodzica może obejmować negatywne atrybucje intencji drugiej osoby, wrogość wobec innych lub traktowanie jako kozła ofiarnego, oraz nieuzasadnione poczucie wyobcowania”.

Także Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organization – WHO) w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (ICD-11), uwzględnia problem alienacji rodzicielskiej pod kodami: QE52.0 (Caregiver-child relationship problem) i QE52.1 (Loss of love relationship in childhood).

Temat alienacji rodzicielskiej jako takiej został także dobrze omówiony w wielu publikacjach amerykańskiego psychologa sądowego dr Douglasa Darnalla.

Więcej na temat alienacji rodzicielskiej i zespołu alienacji rodzicielskiej możemy poczytać także w polskich źródłach, autorstwa Macieja Wojewódki, tutaj i tutaj.

 

Opieka naprzemienna, wspólna, równoważna w świetle badań naukowych

Edward Kruk w czasopiśmie „The American Journal of Family Therapy” w 2012 dokonał przeglądu literatury naukowej świadczącej o zaletach wprowadzenia w systemie prawnym priorytetu równego czasu opieki nad dzieckiem w sporach rozwodowych (equal parenting – dziecko jest wychowywane przez obojga rodziców po połowie np. co dwa tygodnie przenosi się do drugiego rodzica). Wymienia on 16 podstawowych zalet takiego systemu opieki nad dzieckiem, przeprowadzając dla każdego z nich dyskusję literatury psychologicznej i prawnej świadczącej o pozytywnych skutkach opieki, jak i poglądów krytyków:

    1. Równy czas opieki pozwala dziecku na zachowanie relacji z obojgiem rodziców, podczas gdy ograniczenie czasu spędzanego z jednym z rodziców wpływa negatywnie na poczucie bezpieczeństwa dziecka.
    2. Ograniczanie kontaktu z dzieckiem jednemu z rodziców wpływa negatywnie na jego zdrowie fizyczne i psychiczne, zwiększa skłonność do depresji, co przekłada się jednocześnie na obniżenie poczucia własnej wartości u dziecka.
    3. Równy czas opieki zmniejsza konflikt pomiędzy rodzicami i zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia przemocy domowej.
    4. Równy czas opieki pokrywa się z preferencjami dzieci oraz ich poglądami o swoich potrzebach i własnym dobru.
    5. Równy czas opieki jest zgodny z preferencjami rodziców i ich poglądami na temat potrzeb i dobra dziecka.
    6. Opieka równoważna odzwierciedla opiekę nad dzieckiem przed rozwodem. Pogląd, że to głównie matka opiekuje się dzieckiem jest zdaniem autora przestarzały i nie znajduje potwierdzenia we współczesnych badaniach empirycznych.
    7. Polepsza się jakość relacji rodziców z dzieckiem.
    8. Zmniejsza się liczba sporów sądowych między rodzicami.
    9. Równy czas opieki stwarza bodźce do negocjacji, mediacji i rozwoju planu wychowawczego pomiędzy rodzicami.
    10. Klarowne i spójne wskazówki dla sądowego podejmowania decyzji.
    11. Równy czas opieki zmniejsza ryzyko wystąpienia i nasilenia zjawiska alienacji rodzicielskiej.
    12. Równy czas opieki pozwala na wprowadzenie stałego porządku wychowawczego.
    13. Ochrona relacji dziecka z obojgiem rodziców zostaje zostaje zapewniona w największym stopniu.
    14. Równy czas opieki to spełnienie zasad sprawiedliwości społecznej w odniesieniu do władzy, autonomii, równości, praw i obowiązków rodziców.
    15. Model opieki sprawowanej przez jednego rodzica nie znajduje poparcia w badaniach empirycznych, prowadzi do osłabienia więzi dziecka z jednym rodziców, braku pewności siebie oraz pogorszenia emocjonalnego samopoczucia.
    16. Model równej odpowiedzialności w wychowaniu dziecka po rozwodzie ma swoje poparcie w badaniach empirycznych, autor przytacza w tym punkcie 13 innych artykułów naukowych.

 
Wiele innych badań, również potwierdza zalety opieki naprzemiennej. Robert Bauserman w artykule w czasopiśmie „Journal of Family Psychology” z 2012 r. w oparciu o metaanalizę niepublikowanych badań klinicznych i innych badań opublikowanych przeanalizował 1846 przypadków dzieci wychowujących się przy jednym rodzicu  oraz 814 przypadków, kiedy dzieci spędzały porównywalną ilość czasu z obojgiem rodziców po rozwodzie. Wykazał on, iż dzieci wychowywane w ramach opieki naprzemiennej wykazywały lepsze zdolności adaptacyjne (przystosowanie społeczne), niż dzieci wychowywane przez jednego rodzica, porównywalne do zdolności adaptacyjnych dzieci wychowywanych w rodzinach nienaruszonych. System opieki naprzemiennej miał jego zdaniem także pozytywny wpływ na angażowanie się obojga rozwiedzionych rodziców w opiekę nad dzieckiem.

Linda Nielsen z Katedry Edukacji na Uniwersytecie Wake Forest (USA) w czasopiśmie „Journal of Divorce & Remarriage” z 2014 r. przedstawia wyniki 40 badań z lat 1989-2014 prowadzonych w Szwecji, Norwegii, Holandii, Kanadzie, Danii, Australii, Wielkiej Brytanii i USA, które porównywały sytuację dzieci które mieszkają z każdym z rodziców co najmniej 35% czasu w porównaniu do dzieci, które mieszkają przede wszystkim z matką i spędzają mniej niż 35% czasu ze swoim ojcem. Wyniki badań wyraźnie wskazują, że dzieci w rodzinach stosujących pieczę naprzemienną wykazywały lepsze wyniki w pomiarach ich samopoczucia emocjonalnego, behawioralnego i psychologicznego, a także były zdrowsze fizycznie i miały lepsze relacje ze swoimi matkami i ojcami. Korzyści te występowały także w przypadku wysokiego poziomu konfliktu pomiędzy ich rodzicami.

W Strasburgu w dniach 22-23 listopada 2018 r. odbyła się międzynarodowa konferencja nt. naprzemiennej opieki rodzicielskiej. Celem konferencji było omówienie w jaki sposób systemy wymiaru sprawiedliwości oraz działania pomocy społecznej uznają, że w życiu dzieci kluczowe znaczenie ma obecność obojga rodziców, nawet po separacji czy rozwodzie. Zastanawiano się, dlaczego naprzemienna opieka rodzicielska wydaje się środkiem zapewniającym przestrzeganie zasad i artykułów Konwencji ONZ o prawach dziecka. Zasadniczym punktem konferencji było więc podkreślenie, dlaczego naprzemienna opieka rodzicielska, postrzegana jako leżąca w nadrzędnym interesie dzieci rodziców żyjących w separacji, jest kwestią kluczową dla praktyków i decydentów odpowiedzialnych na całym świecie za dostosowanie prawodawstwa i praktyki do artykułów Konwencji ONZ o prawach dziecka.

Konferencja miała charakter interdyscyplinarny, specjaliści z różnych krajów w dziedzinie naprzemiennej opieki rodzicielskiej, reprezentujący środowiska naukowe, zawody prawnicze i zawody zajmujące się rodziną zostali poproszeni o przedstawienie wyników najnowszych badań oraz praktyki wykonywania zawodu. Grupa uczestników liczyła 180 osób z około 40 krajów.

Wyniki badań potwierdzają, że naprzemienna opieka rodzicielska zapewniana przez rodziców żyjących w separacji korzystnie wpływa na samopoczucie i zachowanie dzieci. Między nastolatkami, które pozostają pod naprzemienną opieką rodziców a nastolatkami, które żyją z obojgiem rodziców w rodzinach dwupokoleniowych nie istnieją istotne różnice pod względem zdrowia fizycznego, emocji i zachowań społecznych. W przypadku naprzemiennej opieki rodzicielskiej ani dzieci, ani rodzice nie czują się pokrzywdzeni z powodu częstych zmian miejsca pobytu dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które pozostają pod równo podzieloną naprzemienną opieką rodziców wykazują tak samo dobre samopoczucie, jak dzieci z rodzin pełnych. Korzyści z takiego podziału opieki dotyczą też małych dzieci w wieku poniżej trzech lat. Niezależnie od skali konfliktu rodziców, poziomu ich wykształcenia czy dochodów sprawdza się zasada, że jeżeli dziecko nocuje równie często u ojca, jak u matki, to w młodym wieku dorosłym jego relacje z obojgiem rodziców są dobre i zrównoważone.

Pozytywne zdanie o opiece naprzemiennej wyraziła także Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

 

Wracając do druku 63

Druk senacki 63 to kontynuacja druku 776 z poprzedniej kadencji Parlamentu, który został zainicjowany z inicjatywy obywatelskiej i powstał ponad partyjnymi podziałami. W jego powstanie i promowanie mieli udział m. in. tacy politycy jak senatorowie: Aleksander Pociej (PO), Bogusława Orzechowska (PIS), Jan Rulewski (PO), czy posłanka Kornelia Wróblewska (PO). W obecnej formie, czyli druku 63 trafił on do senatu, ponownie na wniosek senatora Aleksandra Pocieja.

Możemy dyskutować, co do szczegółów, jak powinny wyglądać zmiany. I po to jest procedura legislacyjna, żeby projekt w swojej ostatecznej formie został napisany jak należy, bez błędów. Ale ogólne założenie jest słuszne, a zmiany potrzebne. W krajach skandynawskich, Niemczech, Francji, Anglii, USA, Kanadzie opieka naprzemienna jest bardzo popularna już od lat. W Niemczech, Francji, Belgii za utrudnianie kontaktów z dzieckiem drugiemu rodzicowi grożą nie tylko kary finansowe, ale w cięższych przypadkach także kara więzienia. O potrzebie wprowadzenia takiej sankcji do Kodeksu karnego mówił już dawno poprzedni Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak.

Sprawy bieżące

Newsy

 
Trochę o tym, co się dzieje ostatnio w Polsce i na świecie.

 

Prezydent podpisał ustawę „antyprzemocową”

Prezydent RP Andrzej Duda niestety podpisał kontrowersyjną i źle napisaną ustawę o „natychmiastowej izolacji sprawcy od ofiary”. Oznacza to, że policja będzie mogła wydać nakaz opuszczenia mieszkania osobie uznaną przez nich za sprawcę przemocy domowej. Swoją krytyczną opinię na temat tych przepisów opisywałem tutaj i tutaj.

 

Śmierć George’a Floyda i zamieszki w USA

W dniu 25 maja 2020 roku w Minneapolis w stanie Minnesota życie stracił czarnoskóry obywatel USA George Floyd. Wszystko przez interwencję policji po próbie zapłaty sfałszowanym banknotem. Derek Chauvin, białoskóry policjant wezwany na miejsce zdarzenia, skuł kajdankami 46–letniego George’a Floyda, a następnie przez kilka minut przyciskał jego kark kolanem do ziemi, ignorując błagania mężczyzny, który nie mógł oddychać, co doprowadziło do jego śmierci. Wszystko to trwało przez 8 minut i 46 sekund, z czego przez 2 minuty i 53 sekundy Floyd był już nieprzytomny. Zajście zostało nagrane smarfonami przez przechodniów i opublikowane w mediach społecznościowych.

Wyniki sekcji zwłok potwierdziły, że przyczyną śmierci Floyda było uduszenie. Derek Chauvin został aresztowany i postawiono mu zarzuty, najpierw morderstwa trzeciego stopnia, a następnie prokuratura podniosła je do morderstwa drugiego stopnia. Pozostali trzej policjanci biorący udział w interwencji zostali zwolnieli ze służby i postawiono im zarzuty obejmujące pomoc i zachęcanie do dokonania czynu Dereka Chauvina.

Sprawa ta wywołała masowe zamieszki w całych Stanach. Płonące samochody, okradane sklepy, wśród poszkodowanych znaleźli także i czarnoskórzy. Taka „logika” protestujących, czarnoskóry przestępca (wcześniej siedział m. in. 5 lat za napad) zostaje zabity przez policjanta, który to słusznie poniesie konsekwencje swojego czynu, więc trzeba napadać na sklepy, kraść, niszczyć własność i narażać przypadkowych ludzi. To tak jakby w Polsce, po zabiciu Igora Stachowiaka, Polacy zaczęli latać po ulicach i okradać co się da.

Niektórzy pytają też, a co było gdyby to czarnoskóry policjant zabił białego? Tak się składa, że taka sytuacja niedawno miała miejsce w samym Minneapolis, Mohamed Noor niekompetentny policjant pochodzenia somalijskiego, który dostał pracę tylko dzięki poprawności politycznej (biegli psychiatrzy uznali, że kompletnie nie nadaje się do pracy w policji, był zbyt niecierpliwy, miał niską odporność na stres, nie wyróżniał się bystrością i wykazywał cechy aspołeczne) zastrzelił białą kobietę. Zdarzenie miało miejsce 15 lipca 2017 roku, 40-letnia Justine Ruszczyk Damond wezwała policję, gdyż miała podejrzenie, że w pobliskim domu ma miejsce gwałt. Na miejsce podjechał radiowóz policyjny, obaj policjanci mieli przygotowaną broń, gdy nagle kobieta (Justine Damond) bez broni i bosa zapukała do okna auta. Mohamed Noor, który siedział rzekomo na miejscu pasażera obok kierowcy od razu strzelił w jej brzuch. Późniejsze badania DNA nie wykazały, że Damond dotknęła auto, czyli zeznania policjantów były kłamstwem. Kamery były wyłączone. Sąd skazał Noora na 12.5 roku więzienia. Po tej sprawie rzecz jasna nie było żadnego plądrowania sklepów ani zamieszek. Więcej o tej sprawie tutaj i tutaj.

Oczywiście do zamieszek po śmierci Floyda po prostu przyłączyli się zwykli bandyci, którzy korzystają z okazji do grabienia czego się da. Nie da się jednak pominąć udziału w tym wszystkich takich organizacja jak Antifa, Black Live Matter, jak i różnych działaczy skrajnie lewicowych w tym feministycznych. A politycy Demokratów już totalnie błysnęli intelektem likwidując oddział policji w Minneapolis. W Seatle powstała „strefa wolna od policji”, gdzie kontrolę przejęła Anfita i BLM. W ciągu dwóch pierwszych tygodni, doszło tam już do trzech strzelanin

 

Zaczynam przygodę z Hive Blog

Platforma Steem, na której kiedyś pisałem, przeszła niedawno przez tzw. hard fork i podzieliła się na dwa blockchainy Steem i Hive. Jako, że ten drugi stał się bardziej funkcjonalny, postanowiłem do niego dołączyć. Jednocześnie wszystkie moje stare artykuły ze Steem automatycznie się tam przeniosły. Od czasu do czasu będziecie mogli zobaczyć moje wpisy także i tam. Zainteresowanych zapraszam poniżej:
https://hive.blog/@ludomir/posts