Polowanie na czarownice w sprawach oskarżeń o gwałt na amerykańskich kampusach

Fałszywe oskarżenia o gwałt na kampusach

 

Jednym z największych mitów rozpowszechnianych przez organizacje feministyczne od wielu lat jest rzekoma epidemia gwałtów i molestowań na amerykańskich uczelniach (kampusach). Od całych dekad powtarza się kłamliwie, że 1 na 4 lub 1 na 5 studentek pada ofiarą przemocy seksualnej.

Żeby zorientować się jak wielką jest to bujdą, wystarczy zajrzeć do metodologii tychże feministycznych „badań”. Pisała o tym już przed laty Christina Hoff Sommers, w swojej słynnej książce „Who Stole Feminism?”. Autorka opisała dokładnie jak wyglądało badanie sponsorowane przez MS magazine (feministyczne czasopismo) w 1985 r. na studentach college’u w USA, które miało wykazać, że około 25% kobiet w wieku 20 lat było ofiarami gwałtu lub próby gwałtu. Jak się okazuje za „gwałt” w tym badaniu uznawało się nawet jeśli kobieta dobrowolnie zgodziła się na seks po odrobinie alkoholu, bo alkohol „osłabił jej racjonalny osąd”. W rzeczywistości 73% kobiet uznanych za „zgwałcone” nie czuło się ofiarami gwałtu, a 40% z nich ponownie zdecydowało się na seks ze „sprawcą”. 

Oczywiście takie manipulacje stosuje się do dzisiaj. I pani Hoff Sommers nadal je śledzi. Np. poniżej podaje w jaki sposób odsetek kobiecych ofiar zawyża się z 2,5% do 20%. Hoff Sommers też nie jest jedyną osobą, która podnosi ten temat. O tych feministycznych manipulacjach w sprawie przemocy seksualnej powstają już całe książki, jak np. „Rape Culture Hysteria”, Wendy McElroy czy „The Campus Rape Frenzy: The Attack on Due Process at America’s Universities”, KC Johnson, Stuart Taylor JR. Jeśli chodzi o tę drugą pozycję, można również zobaczyć prezentację na YouTube przedstawiającą najważniejsze dane z książki.

Pytanie zasadnicze, po co to wszystko? Czemu mają służyć aż takie kłamstwa i manipulacje? Jak już wiemy, celem feminizmu nie jest żadne równouprawnienie, tylko ciągła walka z płcią męską, co jest ładnie kamuflowane pod nazwą „walki z patriarchatem”. Manipulacje zmierzają do celu, jakim jest atak na domniemanie niewinności i rzetelne procesy przy oskarżeniach o gwałt, bo wiadomo że łatwiej jest fałszywie oskarżyć mężczyznę. Tu zaznaczam, że jaka by tak naprawdę nie była liczba przestępstw i tak w niczym nie usprawiedliwia to łamania fundamentów prawa jakimi są domniemanie niewinności i prawo do sprawiedliwego procesu. Są to jedne z najbardziej podstawowych praw człowieka. Jak wiemy z historii, brak tych zasad przynosi straszliwe konsekwencje. Przykładowo w ZSRR do łagrów zamknięto od 40 do 60 mln niewinnych ludzi, a pozostałe 300 mln mieszkańców żyło w ciągłych strachu, że każdego dnia może przyjść po nich NKWD i wysłać ich na Syberię. Takie życie jest gorsze od śmierci, dlatego mieszkańcy ZSRR próbowali masowo uciekać z kraju z narażeniem życia lub zwyczajnie popełniali samobójstwa. Podobnie wyglądało to w innych państwach totalitarnych, III Rzeszy Niemieckiej, maoistycznych Chinach, Kambodży za czasów Pol-Pota czy obecnie w Korei Północnej. Dlatego ludzi atakujących domniemanie niewinności i rzetelnie procesy trzeba nazywać po imieniu, zbrodniarzami, bo właśnie dokładnie nimi są.

Ale tak jak już mówiłem, te wszystkie manipulacje są robione po coś, a nie tak po prostu. Przejdźmy zatem konkretnie do tematu. 

 

Szalona i tragiczna w skutkach dyrektywa Departamentu Edukacji USA za czasów Obamy

W 2011 r. Russlynn H. Ali, sekretarz Departamentu Edukacji USA ds. Praw obywatelskich wydała specjalną dyrektywę skierowaną do uczelni wyższych dotyczącą przemocy seksualnej. Powołując się na tzw. Title IX (podstawowy akt prawny mówiący o tym, że studenci mają prawo do edukacji wolnej od dyskryminacji ze względu na płeć) nakazała uczelniom przyjąć specjalne wytyczne, których nieprzyjęcie skutkować będzie utratą funduszy z rządu federalnego. 

Uczelnie zostały zobowiązane do powoływanie komisji dyscyplinarnych, które mają sprawdzać każdą sprawę oskarżenia studenta o gwałt, niezależnie od działania lokalnej policji. Pomysł jest o tyle absurdalny, że takie komisje złożone z profesorów, studentów i dziekanów nie posiadają kompetencji aby badać tak poważnych spraw jaki są sprawy o gwałt, podobnie jak nie są w stanie przeprowadzić śledztwa w sprawach morderstw czy porwań. Takie komisje do tej pory powoływano w takich sprawach jak np. oskarżenie o ściąganie na egzaminach, czy plagiatu pracy dyplomowej, a nie w poważnych sprawach kryminalnych, które wymagają specyficznej wiedzy i narzędzi badawczych.

Co gorsza, uczelnie zostały zobowiązane do przyjęcia najniższego progu dowodowego jakim jest „przewaga dowodów”, czyli krótko mówiąc student może zostać uznany za winnego nie jeśli winę udowodni się „ponad wszelką wątpliwość” (co najmniej 98% szansy na winę), ani nawet przy „jasnym i przekonywującym dowodzie” (około 80%), tylko jeśli szansa na jego winę wynosi nieco ponad 50%, choćby było to zaledwie 50,01%. Wygląda to jak zamach na edukację młodych mężczyzn. Praktycznie można tak zniszczyć karierę każdego wybranego studenta. Jaki cudem więc wprowadzono takie rozwiązanie w oparciu o akt prawny mówiący o równości dla obojga płci? Jawna kpina.

Jakie skutki przyniósł taki obrót spraw? Nietrudno zgadnąć. Fala fałszywych oskarżeń studentów o gwałt. Fałszywe oskarżenie stało się bardzo prostą w wykonaniu zemstą np. na byłym chłopaku, czy formą racjonalizowania żałowanej decyzji o pójściu do łóżka z danym facetem lub po prostu próbą zdobycia atencji ze strony otoczenia. W tej chwili już nawet oficjalne dane na szczeblu rządowym mówią o tym, że 90% oskarżeń to oskarżenia fałszywe

Aczkolwiek mokry sen feministek nie spełnił się tak do końca. Otóż studenci płci męskiej nie dali się tak po prostu zniszczyć. Fałszywie oskarżeni studenci, którym odmówiono prawa do rzetelnego procesu, sami zaczęli powoływać się na Title IX i pozywać uczelnie. Sprawy zaczęły trafiać do wyższych instytucji, takich jak Sądy Federalne. W obronie rzetelnych procesów stanęło środowisko profesorskie, pisząc w tej sprawie listy otwarte, takie jak ten z 2014 r., czy ten z 2016 r.. Powstały także organizacje w obronie studentów, tworzone przez ich rodziny takie jak, Families Advocating for Campus Equality (FACE) czy Save Our Sons, tworzone swoją drogą głównie przez kobiety, matki poszkodowanych studentów. System ten powoli odchodzi już do lamusa, jednak zanim przejdę do końcowej konkluzji pozwolę sobie opisać kilka przykładowych spraw, które są oczywiście tylko wierzchołkiem góry lodowej, ale są na tyle znamienne, że dosłownie przejdą do historii.

 

Sprawa Emmy Sulkowicz (Mattress Girl)

W 2013 r. Emma Sulkowicz, studentka sztuki wizualnej na Columbia University oskarżyła o gwałt studenta Paula Nungessera, domagając się jego wyrzucenia z uczelni. Pomimo obniżonego kryterium dowodowego student ten został oczyszczony z zarzutów. Sulkowicz nie mogąc się pogodzić się z decyzją władz uczelni w ramach protestu zaczęła nosić 50-funtowy materac, mający symbolizować ciężar jakie muszą dźwigać ofiary gwałtów, ale tak po prawdzie to był po prostu jej projekt w ramach pracy dyplomowej, o nazwie Mattress Performance (Carry That Weight)

Pomimo braku dowodów, a nawet oficjalnego uniewinnienia Nungessera, Emma Sulkowicz dostała gigantyczne wsparcie od feministycznego establishmentu. Udzielała wielu wywiadów, feministki z uczelni zaczęły współuczestniczyć w jej akcji, a Narodowa Organizacja Kobiet (National Organization for Women), czołowa organizacja feministyczna w USA przyznała jej nagrodę: „Woman of Courage” w 2016 r.

Tymczasem sprawa od samego początku śmierdziała na kilometr. Oczyszczony z zarzutów Nungesser przedstawił serię prywatnych wiadomości jaką dostawał od Emmy. Zaledwie dwa dni po rzekomym gwałcie, dziewczyna wysyłała mu pełne miłości wiadomości na Facebooku, namawiające go do bycia jej chłopakiem. W ciągu najbliższych dni przychodziła cała masa kolejnych wiadomości tej treści. Ewidentnie oskarżenie o gwałt wyglądało jak zemsta za odrzucenie. W ogóle zeznania Emmy nie trzymały się kupy. Bardzo dobrze sprawa została omówiona w artykułach Cathy Young, polecam zwłaszcza ten, oraz ten. Dodam, że Sulkowicz w 2014 r. wniosła skargę także na policję, ale i tu Nungesser został oczyszczony z zarzutów. Dziewczyna ostatecznie sama przyznała się do kłamstwa, ale nadal taszczyła swój materac jako symbol ciężaru ofiar przemocy seksualnej. Feministki zaczęły głosić, że może to i nie była prawda, ale to jest „ich prawda”. Polecam także: podsumowanie najważniejszych faktów z tej sprawy.

 

Historia pewnego artykułu w „Rolling Stone”

W czasopiśmie „Rolling Stone” w 2014 r. ukazał się artykuł pt. „A Rape on Campus”, czyli „Gwałt na kampusie”. Opisywał on szokującą historię zbiorowego gwałtu na University of Virginia na studentce Jackie Coakley w ramach rytuału inicjującego przyjęcia do bractwa Phi Kappa Psi. Bractwo zostało zawieszone, a jego członkowie spotkali się z ostracyzmem społeczeństwa, a nawet z groźbami śmierci. Jednak jak wykazało śledztwo studentka całkowicie zmyśliła historię. Czasopismo wycofało swój artykuł, a po szeregu procesów sądowych wypłaciło poszkodowanemu bractwu odszkodowanie w wysokości 1,65 mln dolarów.

 

Przypadek Judith Grossman, czyli feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda twojego syna

Judith Grossman to feministka, która wspierała feministyczne porządki na kampusach, do czasu aż fałszywe oskarżenie o gwałt spotkało jej syna. Chłopak został oskarżony przez byłą dziewczynę o „niekonsensualny seks” sprzed kilku lat. Przeszedł przez piekło procesu przed komisją dyscyplinarną, która nie gwarantuje rzetelnego ani nawet profesjonalnego procesu, w dodatku nie kieruje się zasadą domniemania niewinności, tylko „przewagi dowodów”. Został bardzo szczęśliwie uniewinniony, dzięki właśnie pomocy matki, która akurat jest prawniczką z zawodu. Grossman zdała sobie sprawę z tego, że to co się dzieje na kampusach nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, a jest tylko zwykłą antymęską nagonką. Więcej o tej historii do poczytania pod tym linkiem.

 

Betsy DeVos i koniec ery polowania na czarownice na kampusach

Na jesieni 2016 r. w Ameryce nastąpił polityczny zwrot, nowym prezydentem został Donald Trump, który na stanowisko Sekretarza Edukacji Stanów Zjednoczonych powołał Betsy DeVos. Jedną z pierwszych rzeczy jaką zajęła się nowa pani minister, to właśnie wzięcie na tapet omawianej w tym tekście kwestii. W tym celu nawet spotkała się osobiście ze studentami poszkodowanymi przez fałszywe oskarżenia. Najbardziej absurdalne rozporządzenia administracji Obamy, jak to „przewadze dowodów” odchodzą do lamusa na rzecz uczciwych procesów. Możliwe, że w ogóle sprawy o gwałt na kampusach zostaną odebrane uczelniom i przekazane na rzecz organów właściwych, do tego przeznaczonych, czyli policji i prokuratury. Czas pokaże.

Dodam na koniec, że paradoksalnie to całe zamieszanie sprawiło, że jak nigdy dotąd problem fałszywych oskarżeń o gwałt przebił się do publicznej świadomości. A poparcie dla feminizmu i utożsamianie się z tym terminem w USA drastycznie spadło. Feministki zaczęły tym samym zjadać własny ogon. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się jeszcze więcej w omawianym temacie, polecam także: ten artykuł i ten film na YouTube.

Reklamy