Doszczętna kompromitacja akcji #MeToo

Akcja #MeToo

 

O #MeToo pisałem już we wcześniejszym artykule. Jednak tam skupiłem się głównie na poczynaniach Codziennika Feministycznego. A po za tym minęło już trochę czasu i doszły nowe wydarzenia, o których warto wspomnieć. Stąd dzisiejszy wpis.

MeToo jak każda panika moralna i polowanie na czarownice w historii, po kilku miesiącach swojego funkcjonowania zaczyna powoli kończyć się kompletną klapą. To było nietrudne do przewidzenia. I wiele znanych osób od początku przed tym ostrzegało. Wśród nich znalazły się np. Catherine Deneuve, Brigitte BardotLiam NeesonMichael HanekeMatt DamonMarilyn Manson i wielu innych.

Do krytyków MeToo dołączyły nawet osoby z samego mainstreamu, takie jak Agnieszka Holland, Monika Olejnik, czy Magdalena Cielecka. Wśród nich znalazła się nawet wieloletnia ikona feminizmu, czyli Margaret Atwood.

 

Już kiedyś przerabialiśmy MeToo

Zanim na dobre przejdę do tematu na wstępie przypomnę pewien fakt. Otóż taka akcja wcale nie jest niczym nowym. W USA w okresie na przełomie XIX i XX w. gdzie często dochodziło do linczów na czarnoskórych mieszkańcach kraju, stosowano dokładnie tę samą retorykę, czyli zawsze „wierzyć ofiarom”. Polegało to na tym, że jeśli jakaś biała kobieta oskarżyła czarnoskórego mężczyznę o gwałt lub molestowanie, to należało zawsze uwierzyć jej na słowo. Bez żadnego procesu i udowodnienia winy. W ten sposób zlinczowano tysiące niewinnych ludzi. Tego typu akcje były podsycane przez rasistowskie organizacje, takie jak Ku Klux Klan.

Jedną z najbardziej szokujących spraw była historia Emmetta Tilla z Mississippi. Był to 14-letni, czarnoskóry chłopiec, który został fałszywie oskarżony o molestowanie przez białą kobietę Carolyn Bryant. W następstwie został brutalnie zamordowany. Po wielu latach kobieta przyznała się do kłamstwa. Pamiętajcie o tym, kiedy zobaczycie feministyczny transparent z napisem „Believe women”. Feministki po prostu przejęły metody działania po rasistach, tyle że zamiast w Murzynów, celują w mężczyzn.

 

Poradnik „Jak zniszczyć mężczyznę?”

Pewnej feministce znudziło się udawanie i wydała własną książką pt. „How to Destroy A Man Now (DAMN)”. Jest to książka nawiązująca do akcji #MeToo, opisująca porady w jaki sposób wykorzystać fałszywe oskarżenia do zniszczenia wybranego mężczyzny.

Taka gra w otwarte karty przez feministki nie jest niczym nowym. Wykorzystywanie fałszywych oskarżeń przeciwko mężczyznom w feministycznym slangu nazywa się „polowaniem na skalpy”. W poniższym artykule mamy przykład takiego polowania na programistów z branży open source.

 

Niezła draka w „Kawiarnii Amatorska” – jak feministki przegrały z Wykopem

W kwietniu tego roku doszło do dość kuriozalnej sytuacji w warszawskiej „Kawiarnii Amatorska”. Dwie feministki Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż zostały wyproszone z lokalu za agresywne zachowanie. Oficjalny powód wyproszenia to zabawa w rzucanie w ludzi kapslami.

Jednak dziewczyny obrażone na cały świat namówiły swoje feministyczne koleżanki i białorycerskich kolegów do hejtowania kawiarni na Facebooku i wystawiania oceny „1”. W tle poszło oskarżenie o „molestowanie”, którym miało być złapanie za rękę. Ale sprawa została szybko podchwycona przez internautów. Temat znalazł się na Wykopie. Prosty „Wykop efekt” sprawił, że liczba pozytywnych recenzji i ocen „5” znacznie przebiła liczbę feministycznego hejtu.

Przy okazji, te dwie feministki były współautorkami tekstu o „papierowych feministach”. Jego wiarygodność zatem poszła w górę jak nie wiem co. W dodatku Patrycja Wieczorkiewicz to jest dokładnie ta osoba, która atakowała Monikę Płatek w swoim tekście za to, że ośmieliła się stanąć w obronie domniemania niewinności. Jak dla mnie to kolejne potwierdzenie schematu. Feministki, które atakują domniemanie niewinności i naciskają na wierzenie „ofiarom” bez dowodów robią to właśnie po to, aby móc wykorzystywać fałszywe oskarżenia dla własnych prywatnych zemst. I tak przy okazji, nie jestem lekarzem, ale leki, do brania których przyznała się w tym artykule pani Wieczorkiewicz to zdaje są leki, które bierze się w leczeniu schizofrenii i choroby afektywnej dwubiegunowej. Jeśli się mylę, niech ktoś poprawi mnie w komentarzu.

 

Netta Barzilai zwycięża w konkursie Eurowizji

Tegoroczną Eurowizję wygrała reprezentantka Izraela z piosenką, o wyjątkowo mizoandrycznej treści. Można zobaczyć sobie tłumaczenie na język polski na portalu tekstowo.pl. Jeśli chodzi o wykonanie…. cóż, oceńcie sami:

 
Jakim więc sposobem taki gniot wygrał? Powodem jest to, że Netta Barzilai jest feministką. A sama piosenka nawiązuje do akcji #MeToo. Barzilai jako twarz MeToo? No cóż, jaka akcja, taka twarz.

Po raz kolejny widzimy też, że Eurowizja to żaden konkurs muzyczny, a zwykły polityczny folwark. Netta Barzlilai w dodatku postanowiła dodatkowo zaszokować tekstem: „Za rok w Jerozolimie”. Co było naprawdę bardzo „rozsądne” zważywszy na obecnie napiętą sytuację w tym regionie świata.

 

Fałszywe oskarżenie Morgana Freemana o molestowanie

Z całego repertuaru wymyślnych oskarżeń typu „właśnie sobie przypomniałam, że ten pan 20 lat temu poklepał mnie po plecach” w ostatnich dniach istny szczyt żenady osiągnęło oskarżenie wystosowane w stosunku do Morgana Freemana. Rzekome „molestowanie” wyglądało tak:

 
W dodatku telewizja CNN do całej sprawy dołożyła własnego fake newsa. Inne kobiety, które rzekomo miały być ofiarami molestowania, same temu zaprzeczyły. Teraz Morgan Freeman będzie się domagał od CNN przeprosin i być może odszkodowania.

W sprawie Morgana Freemana dochodzi jeszcze motyw polityczny. Freeman to czarnoskóry, ceniony aktor, który znany jest ze swojego sprzeciwu wobec poprawności politycznej i lewicowej retoryki.

 
Tak właśnie wygląda MeToo w praktyce, próba niszczenia niewygodnych ludzi. I tu możemy już postawić kropkę.

Reklamy

Erin Pizzey ujawnia prawdę o przemocy domowej

Erin Pizzey to założycielka pierwszego na świecie schroniska dla kobiet doświadczających przemocy domowej w Chiswick w Londynie w 1971 r. Od początku wiedziała, że kobiety również potrafią stosować przemoc wobec mężczyzn i dzieci, a większość przypadków przemocy domowej to przemoc wzajemna (obie strony stosują przemoc wobec siebie nawzajem), dlatego chciała pomagać również męskim ofiarom. A także zwrócić uwagę, na to że dzieci doświadczające przemocy, gdy dorosną często same stosują przemoc, zarówno mężczyźni, jak i kobiety.

Za głoszenie niewygodnej prawdy od lat jest bojkotowana przez środowiska feministyczne. Za to udało się jej nawiązać owocną w współpracę z ruchami broniącymi praw mężczyzn, w celu wspólnego obalania stereotypów na temat przemocy domowej. Poniższy film to fragment filmu „The Red Pill”, autorstwa Cassie Jaye własnie na ten temat:

 
Polecam także przeczytać moje artykuły: o Erin Pizzey i filmie „The Red Pill”.

Wirtualna Kampania przeciwko przemocy kobiet wobec mężczyzn i dzieci – Sabina Gatti przełamuje temat tabu

Wirtualna Kampania przeciwko przemocy kobiet wobec mężczyzn i dzieci

 

Sabina Gatti, kobieta posiadająca dużą wiedzę i doświadczenie w temacie przemocy w rodzinie (i nie tylko), znana z poruszania tematu tabu jakim jest przemoc kobiet wobec mężczyzn i dzieci w ostatnim czasie rozpoczęła swój nowy projekt.

 
Wirtualna kampania przeciwko przemocy kobiet wobec mężczyzn i dzieci, którą możemy śledzić na Facebooku zbiera fakty na temat przemocy stosowanej przez kobiety zarówno wobec mężczyzn, jak i wobec dzieci.

 
Cytując u źródła celem kampanii jest dostarczenie społeczeństwu wiedzy, o tym że:

 
-Przemoc nie ma płci:

http://mediumpubliczne.pl/2017/04/feminizm-a-prawda-o-przemocy-domowej-wobec-mezczyzn/

 
-Problem przemocy nie zaczyna się dopiero w związku osób dorosłych, ale ma swoje korzenie w dzieciństwie partnerów:

https://mediacje-rodzinne.eu/2016/07/22/dziecinstwo-a-wybor-partnera-w-zyciu-doroslym/

https://www.youtube.com/watch?v=GlvsYebSu9Q

https://sabinagatti.blogspot.com/2015/04/tak-bylismy-kochani-i-tak-nadal-kocha.html

 
Celem kampanii jest również obalenie stereotypów o kobietach i mężczyznach, bo tylko znając prawdę o obu płciach a nie tylko jednej, możemy zacząć przerywać błędne koło przemocy, o którym pisała Alice Miller , i wyeliminować przemoc w rodzinie:

https://mediarodzina.pl/autorzy/281/Alice-Miller

https://sabinagatti.blogspot.com/2013/12/z-forum-alice-miller.html

 
Przemoc można wyeliminować tylko, jeżeli będziemy starali się jej zapobiegać, a nie leczyć jej skutki. Ta kampania ma na celu zwrócenie uwagi na konieczność wprowadzenia profilaktyki zdrowia psychicznego dorosłych i dzieci:

https://sabinagatti.blogspot.com/2017/06/wczoraj-by-dzien-dziecka.html

https://www.facebook.com/Trauma-z-dzieciństwa-choroby-w-dorosłym-życiu-Sabina-Gatti-757241914403491/

 
Kampania nie jest nagonką na kobiety tylko przedstawia prawdę o kobietach. O mężczyznach wiemy już wszystko o kobietach bardzo mało i cały czas nie chcemy, żeby o niej głośno mówiono.

W rodzinie sprawców przemocy jest dwóch a nie jeden. Intensywne nagłaśnianie tylko i wyłącznie przemocy jednego sprawcy , to znaczy tego płci męskiej, a milczenie o tej płci żeńskiej, jest równoznaczne z dawaniem cichego przyzwolenia kobietom do stosowania bezkarnie przemocy wobec mężczyzn i dzieci.

Celem kampanii jest dostarczenie WIEDZY, przedstawienie PRAWDY i ROZWIĄZAŃ jak przerwać błędne koło przemocy i wyeliminować przemoc w naszym społeczeństwie:

https://www.youtube.com/watch?v=H9B5mYfBPlY

http://fundacja22.org/pl/czy-powszechne-ksztalcenie-przyszlych-rodzicow-moze-byc-droga-do-ewolucji-mentalnej-spoleczenstwa/

Epidemia fałszywych oskarżeń przeciwko mężczyznom i feministyczne szaleństwo w Izraelu

Izrael

 

W Izraelu od 150 do 200 rozwodzących się mężczyzn rocznie popełnia samobójstwo. Łącznie samobójstwo popełnia 400 mężczyzn rocznie. To bardzo duże liczby, jako że mówimy o kraju, w którym żyje zaledwie 3,5 mln mężczyzn. Główną przyczyną są tragedie jakie spotykają tysiące mężczyzn każdego roku w związku z fałszywymi oskarżeniami: o przemoc domową, gwałt, molestowanie itd.

Wystarczy, że kobieta rzuci fałszywe oskarżenie o przemoc domową, a mężczyzna traci wszystko, zostaje wyrzucony na ulicę, traci mieszkanie, majątek i kontakt z dziećmi. Z kolei kobieta składająca fałszywe oskarżenia, otrzymuje pełną i darmową pomoc prawną. Sami prawnicy dają rady swoim klientkom jak kłamać i manipulować aby zniszczyć mężczyznę w sądzie. Fałszywe oskarżenia o przemoc domową stanowią w tym kraju oficjalnie ponad 50% oskarżeń. Jednak sędzia sądu rodzinnego Assaf Zagury, przyznał, że spośród kobiet wnoszących oskarżenie o przemoc domową, kiedy obie strony zostały poddane badaniu wariografem, okazało się, że fałszywe oskarżenia sięgnęły granicy 99%

Co więcej, kobiety składające fałszywe oskarżenia o przemoc domową, gwałt lub molestowanie do niedawna (dlaczego do niedawna napiszę na koniec) nie ponosiły za to żadnej odpowiedzialności karnej. Zostało to nawet dokładnie przyklepane prawnie w 1998 r. przez Ednę Arbel, która była wówczas prokuratorem stanowym. Więcej informacji w artykule.

Jak już mówiłem poza fałszywymi oskarżeniami o przemoc domową powszechne są również fałszywe oskarżenia o gwałt i molestowanie. Są na tyle częste, że stanowią wręcz stały element gry politycznej (w sensie często wykorzystuje się fałszywe oskarżenia do niszczenia przeciwników politycznych), oraz do prywatnych rozgrywek w codziennym życiu. 

Poniżej bardzo wymowny przykład jak to działa. Taksówkarz chciał wyprosić agresywną pasażerkę. Jako, że nie chciała ona opuścić pojazdu zadzwonił na policję. Wtedy zaczęła krzyczeć, że próbuje ją zgwałcić. Policjanci aresztowali faceta, chociaż to on po nich zadzwonił, po prostu uwierzyli kobiecie. Całe szczęście, że nagrywał całą sytuację:

 

Film dokumentalny na temat fałszywych oskarżeń przeciwko mężczyznom w Izraelu

Poniżej do obejrzenia szokujący film dokumentalny o fałszywych oskarżeniach o przemoc domową, gwałt, molestowanie wykorzystywanych przeciwko mężczyznom, pokazujący jak działa system w Izraelu:

 

Światełko w tunelu

Niedawno, bo w marcu 2016 r. w końcu zmieniono prawo, wprowadzając pojęcie złośliwego oskarżenia, czyli takiego, które zostało złożone fałszywie i celowo aby zaszkodzić niewinnej osobie i to już będzie karane przez prawo. Czas pokaże, na ile ta zmiana poprawi sytuację.

Dyskryminacja mężczyzn w Indiach – o czym nie usłyszycie w mainstreamowych mediach?

Dyskryminacja mężczyzn w Indiach

 

Indie w ostatnich latach w zachodnich mediach są przedstawiane jako kraj, w którym bardzo dyskryminuje się kobiety. Na każdym kroku dyskryminacja i przemoc wobec kobiet, rzekomo tolerowana przez społeczeństwo. Jednak obraz ten jest w dużym stopniu zakłamany oraz nie mówi się o wielu przykładach na dyskryminację płci męskiej, która w rzeczywistości przekroczyła w tym kraju wszelką skalę. Ale po kolei.

 

Jak media przekłamują obraz Indii?

Zacznę od tego, że trudno ten kraj nazwać „patriarchalnym”, jako że według tutejszej tradycji, to kobieta jest głową rodziny, konkretnie to teściowa panny młodej. W feministycznych artykułach bardzo często pisze się, że kobieta w Indiach wychodząc za mąż przechodzi pod panowanie „męża i jego rodziny”, ale to, że tak czy inaczej to kobieta stoi na czele rodu, to ona rozdziela pieniądze, które przynoszą do domu mężczyźni i o wszystkim decyduje już można pominąć, ot szczególik.

Jeśli idzie o przemoc wobec kobiet, kłaniają się dwie sprawy. Po pierwsze w Indiach obowiązuje system kastowy. A to sprawia, że ofiarami przemocy padają głównie kobiety z niższych kast. Ale tak samo ofiarami padają również mężczyźni z niższych kast. To nie dyskryminacja ze względu na płeć, tylko ze względu na przynależność do klasy społecznej. Indie to w dodatku bardzo skorumpowany kraj, dlatego wyższą pozycję, bardziej bezkarną zajmują osoby z elit, zarówno mężczyźni jak i kobiety.

A druga kwestia, przemoc wobec kobiet w Indiach nie jest ani powszechna ani tym bardziej społecznie akceptowana. Tutaj zachodnie media w ostatnich latach, bardzo mocno zafałszowały obraz. Otóż, co do gwałtów na kobietach, o których mówi się najwięcej. Podaje się nieustannie liczbę gwałtów rocznie, „zapominając” dodać, że to dane pochodzące z kraju, gdzie żyje ponad miliard ludzi, dokładnie to 1,3 mld ludności. Uwzględniając liczbę ludności, Indie mają jeden z najniższych odsetków gwałtów na świecie. Nie wierzycie? Zajrzymy po dane liczby gwałtów na 100 tys. mieszkańców w poszczególnych krajach. W Indiach mamy mniej gwałtów niż w USA i większości krajów Europy zachodniej.

Mało tego, te dane są i tak mocno zawyżone, i to z dwóch powodów. Po pierwsze za gwałciciela według prawa w Indiach uważa się także mężczyznę, który….. zerwał zaręczyny. Facet uprawiał seks z kobietą, której „obiecał małżeństwo”, nie ożenił się, według prawa jest skazywany jako gwałciciel. I taka absurdalna konstrukcja prawna, zawyża oficjalne statystyki. A druga sprawa, w Indiach bardzo powszechne są fałszywe oskarżenia o gwałt. Już nawet oficjalne dane rządowe przedstawiane przez Delhi Commission for Women, mówią o tym, że 53% oskarżeń o gwałt to oskarżenia fałszywe. Faktyczna liczba fałszywych oskarżeń prawdopodobnie jest jeszcze większa.

Kolejna kwestia, w ostatnich kilku latach zachodnie media bombardują nas szokującymi wydarzeniami z Indii jak np. zbiorowy gwałt, które zdarzają się w każdym jednym kraju na świecie, sugerując jakby to była jakaś indyjska norma. W dodatku jak wyszło na jaw, niektóre z tych zdarzeń były tylko kaczką dziennikarską i w ogóle nie miały miejsca. W efekcie tej nagonki na Indie, ten biedny kraj, gdzie nadal miliony ludzi żyje w biedzie, a dzieci mieszkają na ulicach bardzo mocno ucierpiał gospodarczo przez załamanie się turystyki.

No i kwestia rzekomej akceptacji przemocy wobec kobiet przez społeczeństwo. Jest to czysta bzdura. Kary za gwałty na kobietach, jak i inne formy przemoc wobec kobiet są surowo karane przez prawo. Oraz powszechne są w tym kraju lincze na przestępcach seksualnych, a nawet tylko oskarżonych o gwałt. Czy można mówić o akceptowaniu przemocy wobec kobiet w kraju, gdzie wielotysięczny tłum potrafi wziąć szturmem więzienie, żeby dokonać linczu ze skutkiem śmiertelnym na mężczyźnie oskarżonym o gwałt, czekającym na proces w areszcie? Kłania się zwykła logika. W dodatku w Indiach temat przemocy wobec kobiet jest non stop maglowany w mediach, nie ma drugiego takiego tematu, który byłby tak często podejmowany.

 

Prawna dyskryminacja mężczyzn w Indiach

Jak już wspominałem w Indiach bardzo powszechne są fałszywe oskarżenia o gwałt, a prawna definicja gwałtu obejmuje nawet zerwane zaręczyny. A to dopiero początek przykładów. Według indyjskiego prawa tylko kobieta może zostać uznana ofiarą przemocy domowej oraz tylko kobieta może zostać uznana ofiarą gwałtu. Tak więc przemoc domowa wobec mężczyzn i gwałt na mężczyźnie są legalne. W ostatnich latach podejmowano próby zmiany przepisów o przemocy na neutralne płciowo, ale wszystkie zostały zablokowane przez feministyczny establishment, który w ostatnich latach stał się bardzo silny w tym kraju.

Ale co najgorsze, w 1983 r. w Indiach weszło w życie prawo chroniące kobiety przed tzw. zabójstwami posagowymi. Zanim napiszę co jest nie tak z tym prawem wpierw parę słów wyjaśnienia co do samego pojęcia posagu i zabójstwa posagowego. Otóż jedną z indyjskich tradycji było wnoszenie posagu przez rodzinę kobiety biorącej ślub. Z tą tradycją od lat próbuje się walczyć jako, że prowadzi do różnych patologii takich jak znane wam już pewnie przypadki aborcji selektywnych ze względu na płeć czy nawet zabijanie dziewczynek przez rodziców z przyczyn finansowych. Dlatego w 1961 r. instytucja posagu została prawnie zakazana. Jednak część Hindusów o bardziej tradycjonalistycznych poglądach nadal kontynuuje stosowanie tradycji posagu.

Natomiast tzw. zabójstwo posagowe to sytuacja, w której wymusza się na kobiecie wniesienie wyższego posagu poprzez stosowanie przemocy, gróźb co może doprowadzić do jej śmierci lub samobójstwa.

OK, to co w takim razie poszło nie tak, z prawem z 1983 r., słynnym już paragrafem 498A IPC? Otóż system prawny został tak skonstruowany, że wystarczy, że kobieta tylko zgłosi, że padła ofiarą „napastowania posagowego” i mężczyzna wraz całą swoją rodziną (nawet łącznie z dziećmi) automatycznie trafia do aresztu i staje w obliczu wieloletniej batalii sądowej, grozi mu też 3 lata więzienia jeśli zostaje uznany za winnego. A w zasadzie to tak było do 2014 r., kiedy Sąd Najwyższy zakazał aresztowania bez dowodu. Ale po kolei.  

Taki obrót spraw doprowadził do ogromnej ilości fałszywych oskarżeń z tytułu 498A IPC. A w efekcie do ogromnej ilości niesłusznych aresztowań, przejmowania majątków na drodze szantażu i samobójstw fałszywie oskarżonych czy zastraszonych oskarżeniem mężczyzn.

A teraz trochę danych liczbowych. Na koniec 2015 r. statystyki wyglądały następująco: Z tytułu 498A IPC zostało aresztowanych łącznie 2,716,915 osób; w tym 2,112,264 mężczyzn; 604,651 kobiet i 7,707 nieletnich (krewni oskarżonego). Z czego tylko 276,640 okazało się być winnymi i skazanymi. Natomiast 477,986 spraw nadal czeka na rozpatrzenie, to 45% wszystkich spraw oczekujących na proces sądowy w Indiach. Etycy, prawnicy i obrońcy praw człowieka określają to prawo jako „legal terrorist”, „prawny terroryzm”

W końcu w 2014 r. Sąd Najwyższy Indii zakazał aresztowania bez dowodu, wydając specjalne wytyczne jakie kryteria powinny zostać spełnione, aby oskarżony z tytułu 498A mógł zostać tymczasowo aresztowany. I sam Sąd Najwyższy przyznał, że prawo to było wykorzystywane przez kobiety „bardziej jako broń, niż jako tarcza”. Niemniej jednak nadal fałszywe oskarżenia i szantaże są wykorzystywane na masową skalę, ponieważ brakuje stosownych kar za fałszywe oskarżenia i nadal jest to sposób na zniszczenie drugiego człowieka, który musi wówczas stanąć w batalii sądowej w kraju, gdzie takie sprawy trwają całymi latami, a system prawny i sądowniczy jest mocno patologiczny i skorumpowany. W dodatku osoby oskarżone z tytułu 498A spotykają się z ostracyzmem społeczeństwa oraz są narażeni na zostanie ofiarą linczu.

To jeszcze nie wszystko. Anty-męskich przepisów prawa w Indiach jest więcej. Przykładowo, jeśli żona w ciągu 7 lat od zawarcia związku małżeńskiego zginie w pożarze lub na skutek nieszczęśliwego wypadku mężczyzna może zostać uznanym winnym „śmierci posagowej”. Inny przykład, cudzołóstwo jest w Indiach prawnie karane ale tylko dla mężczyzn, kobiety dopuszczające się cudzołóstwa nie są karane.

 

Indyjski ruch na rzecz praw mężczyzn i Deepika Bhardwaj

Od lat 80-tych w Indiach zaczęły powstawać organizacje broniące praw mężczyzn, takie jak np. Save Indian Family, czy Vaastav Foundation, pomagające mężczyznom padającym ofiarą fałszywego oskarżenia z tytułu 498A, męskich ofiarom przemocy domowej, ojcom walczącym o swoje dzieci itd. Walczą także o wprowadzenie neutralnych płciowo przepisów prawnych co do przemocy, tak aby mężczyzna również mógł zostać uznany za ofiarę przemocy domowej czy ofiarę gwałtu lub molestowania. Na przestrzeni lat to właśnie indyjskie organizacje MRA stały się największe na świecie, przebijając nawet te amerykańskie. Pierwszym wymiernym sukcesem była wspomniana wcześniej decyzja Sądu Najwyższego z 2014 r.

Co ciekawe największym wojownikiem o prawa mężczyzn w Indiach jest…. kobieta. Deepika Bhardwaj, indyjska dziennikarka i producentka filmów dokumentalnych, będąc niejednokrotnie świadkiem cierpienia mężczyzn (także z jej własnej rodziny) przez fałszywe oskarżenia o napastowanie posagowe postanowiła nagłośnić temat w opinii publicznej. W tym celu nakręciła film dokumentalny pt. „Martyrs of Marriage”. W swojej działalności podejmuje się również tematyki dyskryminacji mężczyzn także w pozostałych kwestiach. Więcej o tej kobiecie w tym krótkim artykule oraz w tym dłuższym.

 
Wystąpienie Deepiki Bhardwaj w TEDx Talks, gdzie omawia te wszystkie sprawy, które dziś opisałem: 

 
Trailer filmu „Martyrs of Marriage”:

Polowanie na czarownice w sprawach oskarżeń o gwałt na amerykańskich kampusach

Fałszywe oskarżenia o gwałt na kampusach

 

Jednym z największych mitów rozpowszechnianych przez organizacje feministyczne od wielu lat jest rzekoma epidemia gwałtów i molestowań na amerykańskich uczelniach (kampusach). Od całych dekad powtarza się kłamliwie, że 1 na 4 lub 1 na 5 studentek pada ofiarą przemocy seksualnej.

Żeby zorientować się jak wielką jest to bujdą, wystarczy zajrzeć do metodologii tychże feministycznych „badań”. Pisała o tym już przed laty Christina Hoff Sommers, w swojej słynnej książce „Who Stole Feminism?”. Autorka opisała dokładnie jak wyglądało badanie sponsorowane przez MS magazine (feministyczne czasopismo) w 1985 r. na studentach college’u w USA, które miało wykazać, że około 25% kobiet w wieku 20 lat było ofiarami gwałtu lub próby gwałtu. Jak się okazuje za „gwałt” w tym badaniu uznawało się nawet jeśli kobieta dobrowolnie zgodziła się na seks po odrobinie alkoholu, bo alkohol „osłabił jej racjonalny osąd”. W rzeczywistości 73% kobiet uznanych za „zgwałcone” nie czuło się ofiarami gwałtu, a 40% z nich ponownie zdecydowało się na seks ze „sprawcą”. 

Oczywiście takie manipulacje stosuje się do dzisiaj. I pani Hoff Sommers nadal je śledzi. Np. poniżej podaje w jaki sposób odsetek kobiecych ofiar zawyża się z 2,5% do 20%. Hoff Sommers też nie jest jedyną osobą, która podnosi ten temat. O tych feministycznych manipulacjach w sprawie przemocy seksualnej powstają już całe książki, jak np. „Rape Culture Hysteria”, Wendy McElroy czy „The Campus Rape Frenzy: The Attack on Due Process at America’s Universities”, KC Johnson, Stuart Taylor JR. Jeśli chodzi o tę drugą pozycję, można również zobaczyć prezentację na YouTube przedstawiającą najważniejsze dane z książki.

Pytanie zasadnicze, po co to wszystko? Czemu mają służyć aż takie kłamstwa i manipulacje? Jak już wiemy, celem feminizmu nie jest żadne równouprawnienie, tylko ciągła walka z płcią męską, co jest ładnie kamuflowane pod nazwą „walki z patriarchatem”. Manipulacje zmierzają do celu, jakim jest atak na domniemanie niewinności i rzetelne procesy przy oskarżeniach o gwałt, bo wiadomo że łatwiej jest fałszywie oskarżyć mężczyznę. Tu zaznaczam, że jaka by tak naprawdę nie była liczba przestępstw i tak w niczym nie usprawiedliwia to łamania fundamentów prawa jakimi są domniemanie niewinności i prawo do sprawiedliwego procesu. Są to jedne z najbardziej podstawowych praw człowieka. Jak wiemy z historii, brak tych zasad przynosi straszliwe konsekwencje. Przykładowo w ZSRR do łagrów zamknięto od 40 do 60 mln niewinnych ludzi, a pozostałe 300 mln mieszkańców żyło w ciągłych strachu, że każdego dnia może przyjść po nich NKWD i wysłać ich na Syberię. Takie życie jest gorsze od śmierci, dlatego mieszkańcy ZSRR próbowali masowo uciekać z kraju z narażeniem życia lub zwyczajnie popełniali samobójstwa. Podobnie wyglądało to w innych państwach totalitarnych, III Rzeszy Niemieckiej, maoistycznych Chinach, Kambodży za czasów Pol-Pota czy obecnie w Korei Północnej. Dlatego ludzi atakujących domniemanie niewinności i rzetelnie procesy trzeba nazywać po imieniu, zbrodniarzami, bo właśnie dokładnie nimi są.

Ale tak jak już mówiłem, te wszystkie manipulacje są robione po coś, a nie tak po prostu. Przejdźmy zatem konkretnie do tematu. 

 

Szalona i tragiczna w skutkach dyrektywa Departamentu Edukacji USA za czasów Obamy

W 2011 r. Russlynn H. Ali, sekretarz Departamentu Edukacji USA ds. Praw obywatelskich wydała specjalną dyrektywę skierowaną do uczelni wyższych dotyczącą przemocy seksualnej. Powołując się na tzw. Title IX (podstawowy akt prawny mówiący o tym, że studenci mają prawo do edukacji wolnej od dyskryminacji ze względu na płeć) nakazała uczelniom przyjąć specjalne wytyczne, których nieprzyjęcie skutkować będzie utratą funduszy z rządu federalnego. 

Uczelnie zostały zobowiązane do powoływanie komisji dyscyplinarnych, które mają sprawdzać każdą sprawę oskarżenia studenta o gwałt, niezależnie od działania lokalnej policji. Pomysł jest o tyle absurdalny, że takie komisje złożone z profesorów, studentów i dziekanów nie posiadają kompetencji aby badać tak poważnych spraw jaki są sprawy o gwałt, podobnie jak nie są w stanie przeprowadzić śledztwa w sprawach morderstw czy porwań. Takie komisje do tej pory powoływano w takich sprawach jak np. oskarżenie o ściąganie na egzaminach, czy plagiatu pracy dyplomowej, a nie w poważnych sprawach kryminalnych, które wymagają specyficznej wiedzy i narzędzi badawczych.

Co gorsza, uczelnie zostały zobowiązane do przyjęcia najniższego progu dowodowego jakim jest „przewaga dowodów”, czyli krótko mówiąc student może zostać uznany za winnego nie jeśli winę udowodni się „ponad wszelką wątpliwość” (co najmniej 98% szansy na winę), ani nawet przy „jasnym i przekonywującym dowodzie” (około 80%), tylko jeśli szansa na jego winę wynosi nieco ponad 50%, choćby było to zaledwie 50,01%. Wygląda to jak zamach na edukację młodych mężczyzn. Praktycznie można tak zniszczyć karierę każdego wybranego studenta. Jaki cudem więc wprowadzono takie rozwiązanie w oparciu o akt prawny mówiący o równości dla obojga płci? Jawna kpina.

Jakie skutki przyniósł taki obrót spraw? Nietrudno zgadnąć. Fala fałszywych oskarżeń studentów o gwałt. Fałszywe oskarżenie stało się bardzo prostą w wykonaniu zemstą np. na byłym chłopaku, czy formą racjonalizowania żałowanej decyzji o pójściu do łóżka z danym facetem lub po prostu próbą zdobycia atencji ze strony otoczenia. W tej chwili już nawet oficjalne dane na szczeblu rządowym mówią o tym, że 90% oskarżeń to oskarżenia fałszywe

Aczkolwiek mokry sen feministek nie spełnił się tak do końca. Otóż studenci płci męskiej nie dali się tak po prostu zniszczyć. Fałszywie oskarżeni studenci, którym odmówiono prawa do rzetelnego procesu, sami zaczęli powoływać się na Title IX i pozywać uczelnie. Sprawy zaczęły trafiać do wyższych instytucji, takich jak Sądy Federalne. W obronie rzetelnych procesów stanęło środowisko profesorskie, pisząc w tej sprawie listy otwarte, takie jak ten z 2014 r., czy ten z 2016 r.. Powstały także organizacje w obronie studentów, tworzone przez ich rodziny takie jak, Families Advocating for Campus Equality (FACE) czy Save Our Sons, tworzone swoją drogą głównie przez kobiety, matki poszkodowanych studentów. System ten powoli odchodzi już do lamusa, jednak zanim przejdę do końcowej konkluzji pozwolę sobie opisać kilka przykładowych spraw, które są oczywiście tylko wierzchołkiem góry lodowej, ale są na tyle znamienne, że dosłownie przejdą do historii.

 

Sprawa Emmy Sulkowicz (Mattress Girl)

W 2013 r. Emma Sulkowicz, studentka sztuki wizualnej na Columbia University oskarżyła o gwałt studenta Paula Nungessera, domagając się jego wyrzucenia z uczelni. Pomimo obniżonego kryterium dowodowego student ten został oczyszczony z zarzutów. Sulkowicz nie mogąc się pogodzić się z decyzją władz uczelni w ramach protestu zaczęła nosić 50-funtowy materac, mający symbolizować ciężar jakie muszą dźwigać ofiary gwałtów, ale tak po prawdzie to był po prostu jej projekt w ramach pracy dyplomowej, o nazwie Mattress Performance (Carry That Weight)

Pomimo braku dowodów, a nawet oficjalnego uniewinnienia Nungessera, Emma Sulkowicz dostała gigantyczne wsparcie od feministycznego establishmentu. Udzielała wielu wywiadów, feministki z uczelni zaczęły współuczestniczyć w jej akcji, a Narodowa Organizacja Kobiet (National Organization for Women), czołowa organizacja feministyczna w USA przyznała jej nagrodę: „Woman of Courage” w 2016 r.

Tymczasem sprawa od samego początku śmierdziała na kilometr. Oczyszczony z zarzutów Nungesser przedstawił serię prywatnych wiadomości jaką dostawał od Emmy. Zaledwie dwa dni po rzekomym gwałcie, dziewczyna wysyłała mu pełne miłości wiadomości na Facebooku, namawiające go do bycia jej chłopakiem. W ciągu najbliższych dni przychodziła cała masa kolejnych wiadomości tej treści. Ewidentnie oskarżenie o gwałt wyglądało jak zemsta za odrzucenie. W ogóle zeznania Emmy nie trzymały się kupy. Bardzo dobrze sprawa została omówiona w artykułach Cathy Young, polecam zwłaszcza ten, oraz ten. Dodam, że Sulkowicz w 2014 r. wniosła skargę także na policję, ale i tu Nungesser został oczyszczony z zarzutów. Dziewczyna ostatecznie sama przyznała się do kłamstwa, ale nadal taszczyła swój materac jako symbol ciężaru ofiar przemocy seksualnej. Feministki zaczęły głosić, że może to i nie była prawda, ale to jest „ich prawda”. Polecam także: podsumowanie najważniejszych faktów z tej sprawy.

 

Historia pewnego artykułu w „Rolling Stone”

W czasopiśmie „Rolling Stone” w 2014 r. ukazał się artykuł pt. „A Rape on Campus”, czyli „Gwałt na kampusie”. Opisywał on szokującą historię zbiorowego gwałtu na University of Virginia na studentce Jackie Coakley w ramach rytuału inicjującego przyjęcia do bractwa Phi Kappa Psi. Bractwo zostało zawieszone, a jego członkowie spotkali się z ostracyzmem społeczeństwa, a nawet z groźbami śmierci. Jednak jak wykazało śledztwo studentka całkowicie zmyśliła historię. Czasopismo wycofało swój artykuł, a po szeregu procesów sądowych wypłaciło poszkodowanemu bractwu odszkodowanie w wysokości 1,65 mln dolarów.

 

Przypadek Judith Grossman, czyli feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda twojego syna

Judith Grossman to feministka, która wspierała feministyczne porządki na kampusach, do czasu aż fałszywe oskarżenie o gwałt spotkało jej syna. Chłopak został oskarżony przez byłą dziewczynę o „niekonsensualny seks” sprzed kilku lat. Przeszedł przez piekło procesu przed komisją dyscyplinarną, która nie gwarantuje rzetelnego ani nawet profesjonalnego procesu, w dodatku nie kieruje się zasadą domniemania niewinności, tylko „przewagi dowodów”. Został bardzo szczęśliwie uniewinniony, dzięki właśnie pomocy matki, która akurat jest prawniczką z zawodu. Grossman zdała sobie sprawę z tego, że to co się dzieje na kampusach nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, a jest tylko zwykłą antymęską nagonką. Więcej o tej historii do poczytania pod tym linkiem.

 

Betsy DeVos i koniec ery polowania na czarownice na kampusach

Na jesieni 2016 r. w Ameryce nastąpił polityczny zwrot, nowym prezydentem został Donald Trump, który na stanowisko Sekretarza Edukacji Stanów Zjednoczonych powołał Betsy DeVos. Jedną z pierwszych rzeczy jaką zajęła się nowa pani minister, to właśnie wzięcie na tapetę omawianej w tym tekście kwestii. W tym celu nawet spotkała się osobiście ze studentami poszkodowanymi przez fałszywe oskarżenia. Najbardziej absurdalne rozporządzenia administracji Obamy, jak to „przewadze dowodów” odchodzą do lamusa na rzecz uczciwych procesów. Możliwe, że w ogóle sprawy o gwałt na kampusach zostaną odebrane uczelniom i przekazane na rzecz organów właściwych, do tego przeznaczonych, czyli policji i prokuratury. Czas pokaże.

Dodam na koniec, że paradoksalnie to całe zamieszanie sprawiło, że jak nigdy dotąd problem fałszywych oskarżeń o gwałt przebił się do publicznej świadomości. A poparcie dla feminizmu i utożsamianie się z tym terminem w USA drastycznie spadło. Feministki zaczęły tym samym zjadać własny ogon. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się jeszcze więcej w omawianym temacie, polecam także: ten artykuł i ten film na YouTube.

Fala fałszywych oskarżeń o przemoc domową w Hiszpanii – prawo przeciwko mężczyznom

Fałszywe oskarżenia o przemoc domową w Hiszpanii

 

W Hiszpanii kobiety składają około 400 oskarżeń dziennie o przemoc domową przeciwko mężczyznom. Rocznie takich oskarżeń jest około 142 tys. z czego 90% stanowią oskarżenia fałszywe. Ponad 126 tys. mężczyzn rocznie pada ofiarą fałszywego oskarżenia o przemoc domową. Jak doszło do aż tak ogromnej skali nadużyć? Co dzieje się z fałszywie oskarżonymi mężczyznami? O tym mocno przemilczanym w mediach skandalu będzie dzisiejszy wpis.

 

Rząd Zapatero – początek nieszczęścia

Wszystko zaczęło się kiedy w 2004 r. do władzy doszła Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza, a jej lider José Luis Rodríguez Zapatero został premierem. Rządzący socjaliści wraz z współpracującymi z nimi feministkami powołali do życia nową instytucję o nazwie, (to nie żart): Ministerstwo ds. Równości – Instytut Kobiet. Tak, instytucja mająca dbać o rzekome równouprawnienie obojga płci została nazwana Instytutem Kobiet. Oryginalna nazwa to Ministerio de Igualdad – Instituto de la Mujer.

Socjalistyczno-feministyczny establishment wprowadził szereg reguł prawnych przeciwko „przemocy ze względu na płeć”. Ano właśnie, nowy porządek prawny z góry zakłada, że ofiarą przemocy domowej może być tylko kobieta. System działa tak, że wystarczy, że kobieta złoży zawiadomienie o rzekomej przemocy w związku, mężczyzna zostaje automatycznie aresztowany na co najmniej 48 godzin, po czym staje przed uprzedzonym do mężczyzn sądem jako oskarżony. W dodatku nie może już wrócić do domu, bo kobieta może składać kolejne fałszywe zawiadomienia o przemocy i ponownie wysłać go do aresztu. Przykładowo mężczyzna o nazwisku José Manuel Tome, był tak oskarżany 22 razy z rzędu, co 2-3 weekend spędzał w areszcie, dlatego że jego żona nie chciała, że miał kontakt z ich córką. Jak widać, brakuje również kar za fałszywe oskarżenia.

Dodatkowo system oferuje szereg benefitów dla kobiet, podających się za ofiary przemocy. Są to duże świadczenia socjalne, darmowy dostęp do prawników, a nawet pierwszeństwo w sprawie ofert pracy. A więc system dosłownie zachęca do składania fałszywych oskarżeń. Z kolei mężczyźni będący ofiarami fałszywego oskarżenia nie mogą liczyć na żadne wsparcie, tracą mieszkania, pracę, lądują na bruku, popełniają samobójstwa, wpadają w depresję, tracą kontakt z dziećmi itd. Oprócz mężczyzn ofiarami systemu są też dzieci tracące kontakt z ojcami oraz dziadkowie i babcie tracące kontakt z wnukami. 

Więcej szczegółów można poznać w artykule na A Voice for Men oraz w poniższym filmie dokumentalnym na ten temat: 

 

Szansa na zmiany?

Zapetero i spółka pożegnali się z władzą w 2011 r. Świadomość problemu ogromnej ilości fałszywych oskarżeń i wadliwego systemu zaczęła trafiać do opinii publicznej. Są osoby, które bardzo aktywnie walczą w tej sprawie jak pani sędzia Maria Sanahuja, czy sędzia rodzinny Francisco Serrano Castro, zwykli Hiszpanie regularnie protestują w tej sprawie na ulicach. Ale nie jest to wszystko takie proste. Jak podaje artykuł z Avoice for Men z 2013 r., pomimo, że lewica już nie rządzi w Hiszpanii, wciąż ma sporo swoich przedstawicieli w parlamencie, Trybunale Konstytucyjnym, mediach i różnych innych instytucjach. Dlatego odkręcanie sytuacji wcale nie jest takie łatwe. Mówiąc prawdę w tej sprawie można podpaść wielu nadal wpływowym osobom. Od czasu powstania tego artykułu minęło kolejne 5 lat i nadal problem istnieje, co potwierdza ten artykuł z 2016 r., aktualizowany w lutym 2017 r. Miną jeszcze długie lata zanim realnie uda się naprawić sytuację.

Plaga fałszywych oskarżeń o gwałt w Wielkiej Brytanii – kompromitacja wymiaru sprawiedliwości

fałszywe oskarżenie o gwałt

 

W ostatnim czasie w Wielkiej Brytanii doszło do dość osobliwego wydarzenia. Prokurator generalny Jeremy Wright zarządził aby wszystkie sprawy o gwałt z ostatnich lat zostały ponownie rozpatrzone. Skąd ta decyzja? Dlaczego przeciętny Brytyjczyk poczuł się niczym mieszkaniec Związku Sowieckiego, gdzie w każdej chwili można było aresztować niewinnego człowieka i skazać bez żadnych dowodów? Dlaczego brytyjski wymiar sprawiedliwości musi się teraz dwoić i troić, żeby odzyskać zaufanie obywateli? O tym właśnie będzie dzisiejszy wpis. 

 

Fałszywe oskarżenia o gwałt i skandaliczne błędy policji i prokuratury

Powodem powyższej decyzji o ponownym przejrzeniu spraw o gwałt było wyjście na jaw skandali związanych z fałszywymi oskarżeniami i błędami policji i prokuratury. Kilka przykładów dla zobrazowania sytuacji.

 
Sprawa 22-letniego Liama Allana:

Liam Allan został fałszywie oskarżony o 12 gwałtów przez swoją koleżankę. Policja długo nie chciała ujawnić 40 tys. wiadomości, które oskarżony otrzymał od oskarżającej, jednoznacznie wskazujących na jego niewinność. Ostatecznie został bardzo szczęśliwie oczyszczony z zarzutów po 2 latach.

 
Sprawa Danny’ego Kaya:

26-letni Danny Kay niesłusznie spędziła 2 lata w więzieniu, za gwałt, którego nie popełnił. Wszystko przez zmanipulowanie wiadomości na Facebooku, którego dokonała kobieta, która go fałszywie oskarżyła. Mężczyźnie udało się cudem wyjść na wolność, po tym jak współwięzień doradził mu w jaki sposób odzyskać usunięte wiadomości z Facebooka. Przekazał następnie tę wiedzę swojej szwagierce, która zrobiła to czego nie raczyła zrobić policja ani prokuratura, czyli znaleźć wiadomości wskazujące na jego niewinność. Nie zajęło jej to więcej niż 5 minut.   

 
Jemma Beale i jej seryjne fałszywe oskarżenia:

O tej sprawie już kiedyś wspominałem na blogu. 25-letnia Brytyjka Jemma Beale, w ciągu 3 lat fałszywie oskarżyła o gwałt kolejno 15 mężczyzn. W końcu sama została skazana za rzucanie fałszywych oskarżeń na 10 lat więzienia. No, naprawdę brawo dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, do 15 razy sztuka.   

 
Opisane powyżej przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej. W tych sprawach traf chciał, że akurat znalazły się jednoznaczne dowody wskazujące na niewinność oskarżonego. W ilu sprawach prawda nie wyszła na jaw? Jak wiele osób zostało skazanych za niewinność?

 

Dlaczego Wielka Brytania ma taki problem z fałszywymi oskarżeniami o gwałt?

W Wielkiej Brytanii od lat coraz mocniejszą pozycję zyskiwały środowiska feministyczne i to takie o orientacji niezbyt przychylnej mężczyznom. A wiadomo, że o gwałt łatwiej oskarżyć mężczyznę niż kobietę, co więcej akurat w Wielkiej Brytanii według prawa tylko mężczyzna może zostać skazany za „gwałt”, kobieta może zostać skazana tylko z innych artykułów prawnych jak np. „napaść na tle seksualnym”.  

Czytając na brytyjskich portalach informacyjnych jak wyglądają sprawy oskarżeń o gwałt w tym kraju, nietrudno wyczuć ducha feministycznego zindoktrynowania. Duże nastawienie na to, że kobieta musi mówić prawdę, pomimo wątpliwości w danej sprawie, pomimo tego, że fałszywe oskarżenia nie tylko istnieją, ale są nawet powszechne, a nawet pomimo dowodów na niewinność oskarżonego mężczyzny. Wygląda to na swego rodzaju nagonkę na płeć męską. Jesteś winny z samego faktu bycia mężczyzną. Nic dziwnego, że tak trudno wykaraskać się z fałszywego oskarżenia.

Kolejna sprawa, w UK bardzo łatwo zwykły seks może zostać uznany za gwałt. Wystarczy, że np. kobieta napiła się odrobiny alkoholu. Alison Saunders, feministka będąca dyrektorką Prokuratury koronnej od stycznia 2015 r. zaczęła wydawać specjalne wytyczne dla policjantów i prokuratorów w tej sprawie, bardzo niejasne i dające dużo pole do nadużyć. Była za to wielokrotnie krytykowana, przykładowo przez dziennikarki Julię Hartley Brewer, czy Allison Pearson

Pułapek w systemie brytyjskim, które sprawiają, że fałszywe oskarżenie o gwałt to doskonały sposób na zemstę, zniszczenie faceta itd. jest więcej. Przykładowo były chłopak pewnej dziennikarki BBC, został przez nią fałszywie oskarżony o kilkadziesiąt gwałtów. Co ciekawe wszystkie stosunki były przez nich nagrywane, a więc jego niewinność została potwierdzona w 100%. Pomimo oczyszczenie się z zarzutów, jego nazwisko nadal widnieje w policyjnych kartotekach jako „potencjalny gwałciciel”. Przy okazji, jak widzimy problem z fałszywymi oskarżeniami został już dostrzeżony nawet na kobiecych portalach.

Kolejny przykład, Brytyjczyk John O’Neill, chociaż został oczyszczony z zarzutów o gwałt…. musi się stawiać na komisariat na 24 godziny przed każdym planowanym seksem. A to dlatego, że policja dopatrzyła się u niego specyficznych upodobań seksualnych.

Oskarżeni o gwałt w Wielkiej Brytanii nie mają nawet gwarantowanej anonimowości do czasu wydania wyroku skazującego, jak jest w pozostałych krajach europejskich. To nie tylko uderza w domniemanie niewinności, ale odbiera oskarżonemu zwykłe prawo do obrony. Bo nawet jeśli otrzyma wyrok uniewinniający i tak jego nazwisko jest publikowane w mediach, i wiele osób i tak uważa, że ten człowiek był winny. Łatka gwałciciela zostaje na całe życie. Przekłada się to na zniszczoną karierę, ostracyzm społeczny, depresję i często samobójstwo zupełnie niewinnego człowieka. A rykoszetem obrywa jeszcze cała rodzina fałszywie oskarżonego.  

Ten problem (anonimowość oskarżonych o gwałt) jest od lat szeroko komentowany w UK. Możliwe, że w najbliższym czasie się to zmieni. Coraz częściej mówi się o tym na wysokich szczeblach politycznych. Poparcie społeczne jest bardzo duże. Ankieta przeprowadzona w październiku 2015 r. na znanym portalu Telegraph wskazała, że anonimowość dla oskarżonych poparło 97% respondentów. Z tymże ta ankieta wisi do tej pory, i nadal można w niej głosować, dokładnie znajduje się pod tym artykułem. Jak widzimy wyniki zmieniły się tylko nieznacznie, anonimowość popiera 94% ankietowanych.  

Jedyną praktycznie grupą w społeczeństwie brytyjskim, która sprzeciwia się wprowadzenia anonimowości dla oskarżonych, są….. tak, zgadliście, są to feministki. Trudno uzasadnić to inaczej niż irracjonalną nienawiścią do mężczyzn, którzy stanowią lwią część wśród osób fałszywie oskarżonych. Bo przecież brak anonimowości ewidentnie uderza w osoby fałszywie oskarżone, a więc jest to zwykłe łamanie praw człowieka, a także uderza w ich rodziny oraz uderza nawet w same ofiary gwałtów, poprzez pośrednie łamanie ich anonimowości. Jeśli np. pojawia się informacja pt. „David Smith został oskarżony o gwałt na byłej dziewczynie” to przecież każdy, kto zna Davida Smitha wie też o jaką dziewczynę chodzi. W dodatku wśród fałszywie oskarżonych o gwałt z pewnością pewną część stanowią także kobiety. No i kobiety cierpią również jako matki, siostry, żony itd. fałszywie oskarżonych. Jak np. ta kobieta, która popełniła samobójstwo, po tym jak jej 17-letni syn popełnił samobójstwo po fałszywym oskarżeniu o gwałt. No ale brytyjskie feministki dopuszczają się nawet tak chorych akcji, jak protestowanie przeciwko skazaniu na 3,5 roku więzienia kobiety, której udowodniono wniesienia fałszywego oskarżenia o gwałt w stronę jej byłego chłopaka. 

Ostatnim elementem układanki jest cenzura w mediach. Przykładowo, telewizja BBC i portal The Guardian zostały przyłapane na celowym pomijaniu spraw mężczyzn fałszywie oskarżonych o gwałt, którzy popełnili samobójstwo w swoich wiadomościach.

 

I co dalej?

Sprawy o gwałt mają zostać ponownie przejrzane. Możliwe, że anonimowość dla oskarżonych do czasu wydania wyroku sądowego również uda się wprowadzić. Świadomość problemu fałszywych oskarżeń rośnie. Ale nie zwróci to życia tym, którzy popełnili samobójstwo, nie cofnie krzywd fałszywie oskarżonym. Miną długie lata, zanim wymiar sprawiedliwość odzyska chociaż częściowo zaufanie społeczeństwa. Dlatego warto pomyśleć o tym wszystkim wcześniej. I niech przykład brytyjski będzie dla nas wszystkich przestrogą.

O tzw. przemocy ekonomicznej

przemoc ekonomiczna

 

Żeby nie przedłużać zacznę od razu od tego czym przemoc ekonomiczna jest, a czym nie jest. Na pewno nie polega ona bynajmniej na tym jak sądzi wiele feministek, że mąż nie dał żonie pieniędzy na nową sukienkę. Swoją drogą, ciekawe czy według nich jak żona nie da pieniędzy na wódkę swojemu mężowi alkoholikowi, to też jest przemoc ekonomiczna?

Przemoc ekonomiczna to krótko mówiąc wykorzystywanie uzależnienia finansowego partnera w związku do upokarzania go, manipulacji, wymuszania różnych rzeczy, czy wydzielanie pieniędzy na zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych. To również trwonienie wspólnego majątku, zaciąganie pożyczek wbrew woli partnera, naciąganie go na duże koszty finansowe itd.

 

Przemoc ekonomiczna w polskim systemie prawnym

I teraz ważna kwestia, nie jest prawdą, że w polskim systemie prawnym nie ma pojęcia przemocy ekonomicznej. Według Ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie przemoc domowa to wszelkie incydenty gróźb, przemocy lub nękania (psychologicznego, fizycznego, seksualnego, ekonomicznego lub emocjonalnego) między osobami dorosłymi, którzy żyją w związku partnerskim lub są członkami tej samej rodziny, niezależnie od płci i orientacji seksualnej.

Przy zakładaniu Niebieskiej Karty również uwzględnia się ten termin. Można uznać, że ofiara przemocy doznawała przemocy fizycznej, psychicznej lub/i ekonomicznej.

 

Ponadto, Kodeks rodzinny i opiekuńczy stanowi, że: 

„Art. 27. Oboje małżonkowie obowiązani są, każdy według swych sił oraz swych możliwości zarobkowych i majątkowych, przyczyniać się do zaspokajania potrzeb rodziny, którą przez swój związek założyli. Zadośćuczynienie temu obowiązkowi może polegać także, w całości lub w części, na osobistych staraniach o wychowanie dzieci i na pracy we wspólnym gospodarstwie domowym.

Art. 28. § 1. Jeżeli jeden z małżonków pozostających we wspólnym pożyciu nie spełnia ciążącego na nim obowiązku przyczyniania się do zaspokajania potrzeb rodziny, sąd może nakazać, ażeby wynagrodzenie za pracę albo inne należności przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części wypłacane do rąk drugiego małżonka.

Art. 43. § 1. Oboje małżonkowie mają równe udziały w majątku wspólnym.

§ 2. Jednakże z ważnych powodów każdy z małżonków może żądać, ażeby ustalenie udziałów w majątku wspólnym nastąpiło z uwzględnieniem stopnia, w którym każdy z nich przyczynił się do powstania tego majątku. Spadkobiercy małżonka mogą wystąpić z takim żądaniem tylko w wypadku, gdy spadkodawca wytoczył powództwo o unieważnienie małżeństwa albo o rozwód lub wystąpił o orzeczenie separacji.

§ 3. Przy ocenie, w jakim stopniu każdy z małżonków przyczynił się do powstania majątku wspólnego, uwzględnia się także nakład osobistej pracy przy wychowaniu dzieci i we wspólnym gospodarstwie domowym„.

 

Czyli w skrócie: oboje z małżonków muszą wnosić wkład albo poprzez pracę zarobkową i płacenie rachunków albo poprzez zajmowanie się domem i dziećmi co jest traktowane jako substytut pracy zarobkowej. W przypadku braku takiego wkładu ze strony męża/żony można wnieść o nierówny podział majątku przy rozwodzie. Można nawet pozwać małżonka „pasożytującego” o alimenty, jeszcze w czasie trwania małżeństwa

Tak więc wedle obecnego prawa nie można nie dawać pieniędzy na życie niepracującego małżonka, ani nie można pasożytować np. poprzez unikanie pracy zarobkowej przy równoczesnym zaniedbywaniu domu i dzieci, ani nie można trwonić wspólnego majątku. A wyjątkowo podłe wykorzystywanie zależności finansowej do znęcania się nad drugim małżonkiem traktuje się jako przemoc domową. Praktycznie wszystkie opcje są tu uwzględnione. Czyżby zatem takim feministkom, jak posłanki .Nowoczesnej z ich szalonymi pomysłami po prostu przeszkadzało, że obecne prawo uwzględnia prawa obojga płci?

Sprawa Jakuba Dymka, #MeToo i kompromitacja Codziennika Feministycznego

#MeToo

 

Wstrzymywałem się z opisaniem tej sprawy, do czasu aż sytuacja trochę się rozwinie. Obecnie wyszło już tyle wątków i niuansów, że serio jest o czym napisać. No to lecimy.

 

Tło sprawy: Akcja #MeToo i sprawa Janusza Rudnickiego

Tłem sprawy po pierwsze była oczywiście słynna akcja #MeToo. Która jest niczym innym jak kolejnym już w historii przykładem paniki moralnej, takiej jak niegdyś czas Makkartyzmu w USA, kiedy masę ludzi oskarżono o bycie sowieckim szpiegiem (niemal nikt nie okazał się być szpiegiem naprawdę), czy Satanic Panic, gdzie z tysięcy ludzi oskarżonych o wykorzystywanie dzieci do satanistycznych rytuałów jedynie kilka osób okazało się być przestępcami, w dodatku niepowiązanymi z okultystycznymi rytuałami. A wszystko w efekcie wybuchnięcia po latach afery Harveya Weinsteina, która jak to zwykle bywa, miała taką charakterystyczną cechę, że „wszyscy wszystko wiedzieli”. Ale mieli to gdzieś, dopóki tolerowanie wybryków tego pana było potrzebne do robienia kariery w Hollywood. Łącznie z Oprah Winfrey, przyjaciółką Weinsteina, którą już mainstream rozważa jako kandydatkę na prezydenta USA. Trochę śmieszno, trochę straszno. 

Jedyne rezultaty jakie przyniosło #MeToo to:

Ale to nie wszystko, drugą częścią tła, była sprawa Janusza Rudnickiego, pisarza i publicysty Gazety Wyborczej, który okazał się być wyjątkowo wulgarny i chamski w stosunku do kobiet, łącznie ze spokojnym nazywaniem ich określeniem na „k” prosto w oczy. Co niesamowite, wielu polskich celebrytów oraz znanych feministek, zaczęło go bronić. Spotkało się to wszystko z konsternacją opinii publicznej. I aż się prosiło, żeby te środowiska, głównie lewicowe i feministyczne jakoś postarały się zrehabilitować…. a no właśnie.

 

Artykuł o „papierowych feministach” na Codzienniku Feministycznym

I jak tu wybrnąć z takiej wpadki, jak z panem Rudnickim, która ośmieszyła środowisko lewicowo-feministyczne w Polsce? Próbę podjął Codziennik Feministyczny artykułem o „papierowych feministach”, gdzie kilka kobiet opisało jak to doświadczyły przemocy, molestowania czy chamstwa ze strony niby feministów, czyli mężczyzn, którzy są feministami tylko na papierze, dużo mówią o prawach kobiet, a w życiu postępują wobec pań dokładnie odwrotnie.

Tylko, że ten tekst został napisany w sposób całkowicie nierzetelny, bez jakiekolwiek weryfikacji zawartych w nim informacji. O ile oskarżony w nim Michał Wybieralski, piszący dla Gazety Wyborczej sam przyznał się do zarzucanych mu czynów (mobbing i molestowanie podległych mu pracownic) i publicznie przeprosił za swoje grzechy, o tyle publicysta Krytyki Politycznej Jakub Dymek, który został oskarżony o gwałt zaprzeczył temu zarzutowi. Oskarżenie o gwałt wystosowane przez jego byłą partnerkę Dominikę Dymińską jest tu bardzo wątpliwe, jako że po tym niby gwałcie, jak gdyby nigdy nic weszła z panem Dymkiem w związek, który trwał przez kilka miesięcy. Jednak pomimo braku jakichkolwiek dowodów, oraz wystąpieniu rażących wątpliwości natury logicznej, artykuł jednoznacznie wskazał Dymka jako gwałciciela. W dodatku Jakub Dymek dysponuje dowodem w postaci e-maila, który otrzymał kilka dni przed publikacją artykułu, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, zastępując Janusza Rudnickiego. Adres z którego przyszedł e-mail to adres, który jest kontaktem dla ofiar molestowania i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”.

Za kompletny brak rzetelności, etyki dziennikarskiej i w ogóle jakiejkolwiek etyki na Codziennik Feministyczny posypały się gromy. Wśród krytyków znalazła się nawet część stałych czytelników. Co zrobiła redakcja? Zamiast przyznać się do błędu, panie redaktorki zaczęły na ślepo atakować wszystkich, którzy ich krytykują, oskarżając ich o „wspieranie kultury gwałtu”. A co jeszcze bardziej absurdalne, zaczęły atakować domniemanie niewinności, pisać artykuły o tym jak to domniemanie niewinności jest „fikcją prawną”, w przypadku Dymka i Wybieralskiego „jest niestosowne”, itd. 

Sprawy zaczęły przybierać tak absurdalny obrót, że Codziennik Feministyczny zaczął być ostro krytykowany nawet przez inne lewicowe środowiska, jak np. portal Kultura Liberalna, czy przez Piotra Szumlewicza, którzy nie zostawili na tym feministycznym tabloidzie dosłownie suchej nitki. Powstał również list otwarty ludzi kultury, w którym ponad 90 różnych osób: pisarzy, redaktorów, tłumaczy, dziennikarzy, aktorów, reżyserów wystąpiło w obronie domniemania niewinności i w ramach sprzeciwu wobec stosowania linczu medialnego.

Jaka była odpowiedź od redaktorek Codziennika? Dalsze pójście w zapartę. Określiły tych ludzi mianem „ludzi kultury gwałtu” i wystosowały własny list otwarty, w którym znalazły się tak absurdalne sformułowania jak: „Utrwalaniem kultury gwałtu jest fetyszyzowanie domniemania niewinności i innych pojęć z porządku prawnego. Przenoszenie ich do sfery oceny etycznej, jakby mówienie o krzywdzie miało być możliwe jedynie po uzyskaniu wyroku sądu”. Czy leci z nami pilot?! 

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że ze względów prawnych fragment o rzekomym gwałcie został usunięty z artykułu o „papierowych feministach”, a Jakub Dymek wystąpił z pozwem przeciwko Codziennikowi Feministycznemu. Jak zakończy się ta sprawa, czas pokaże.

 

Żałosna i nieudolna próba ataku na prawicę

Kolejnym wątkiem związanym z całym tym zamieszaniem jest fakt, że wyjątkowo mocno na wizerunku straciła tu lewica. Co złego to wyszło na dziennikarzy lewicowych i feministycznych. Żeby jakoś zmyć te złe wrażenie ze strony lewicowej poszedł atak w stronę prawicy. Konkretnie niejaka Justyna Samolińska z Partii Razem, postanowiła nagle „ni z gruchy, ni z pietruchy” oskarżyć o molestowanie sprzed 2 lat Marka Jakubiaka, posła klubu Kukiz’15 w swoim naprawdę dennym tekście o „obłudzie pornoprawicy”, dla portalu WP opinie.

Zdenerwowany oszczerstwem pan Jakubiak złożył przeciwko niej pozew do sądu. Po czym pani Samolińska od razu przyznała się do kłamstwa, wyznając że żadnego molestowania nie było, całkowicie zmieniając wersję na to, że Jakubiak był dla niej tylko trochę niemiły: 

Justyna Samolińska

Pozostaje tylko czekać na wygraną posła Jakubiaka w sądzie. Trzymajmy za to kciuki.