Aktywistki hiszpańskiej organizacji feministycznej fałszowały dokumenty w celu odbierania ojcom dzieci – działały niczym grupa przestępcza

Przemoc kobiet

 
W ostatnim czasie w Hiszpanii wybuchła afera. Jak pokazuje raport hiszpańskiej policji, aktywistki feministycznej organizacji Infancia Libre (hiszp. Wolne Dzieciństwo), działały jak zorganizowana grupa przestępcza, dopuszczając się fałszowania dokumentów w celu obierania ojcom dzieci.

 

Nakreślenie sprawy w skrócie

Pod koniec lipca br. hiszpańska policja wydała raport według którego działaczki Infancia Libre, feministycznej organizacji powiązanej, z niektórymi politykami lewicowej partii Podemos, dopuściły się w ostatnich latach szeregu fałszerstw służących odebraniu ojcom praw do opieki nad dzieckiem. W procederze pomagali zaprzyjaźnieni prawnicy i lekarze.

Działało to według schematu: kobieta należąca do Infancia Libre lub sympatyzująca z tym stowarzyszeniem fałszywie oskarżała byłego partnera o przemoc domową lub nadużycia seksualne wobec ich dziecka. Następnie przedstawiała sfałszowane dokumenty, np. mające świadczyć o skłonnościach pedofilskich ojca dziecka, wystawione przez zaprzyjaźnionego lekarza.

Policja potwierdza co najmniej 22 przypadki takich oszustw, od kwietnia tego roku zostały aresztowane już cztery członkinie organizacji. Policja w swoim raporcie stwierdziła ponadto, że: „Organizacja funkcjonowała niczym siatka przestępcza skierowana na odbieranie opieki nad dziećmi ich ojcom”.

Więcej o tej sprawie możemy poczytać w artykułach na: dziennik.pl, Superstacji, a także w źródłach anglojęzycznych jak: portal Spain’s News oraz na portalach hiszpańskich: tutaj lub tutaj.

 

Dziecko to wyjątkowo trudny świadek

Działaczki stowarzyszenie Infancia Libre, głosiły hasło: „Dzieci nie kłamią. Gwałciciele tak” podczas gdy były w pełni świadome, że oskarżenia były fałszywe. Jest to oczywiście cyniczna próba wykorzystania ludzkiej empatii wobec dzieci. Tymczasem prawda kształtuje się dokładnie odwrotnie, co podkreślają psychologowie, psychiatrzy, seksuologowie, dzieci są wyjątkowo trudnym świadkiem.

Jak pisałem w tekście o wykorzystywaniu fałszywych oskarżeń o pedofilię w sprawach rozwodowych, dzieci mogą mówić nieprawdę niekoniecznie złośliwie, ale przez manipulację ze strony innego dorosłego, który poinstruował dziecko co ma mówić. Istnieje nawet możliwość wmówienia dziecku, że było molestowane przez implementację fałszywych wspomnień. Dziecko może również konfabulować lub opowiadać zmyślone historie, w celu zwrócenia na siebie uwagi dorosłych, nie zdając sobie sprawy, jakie może to przynieść konsekwencje dla innych ludzi, bo po prostu jest zbyt małe, żeby rozumieć takie rzeczy.

W ostatnim czasie w Polsce mieliśmy tego wymowny przykład. Przez pewien czas opinia publiczna żyła historią 10-letniej Wiktorii, która miała zostać brutalnie pobita przez dwie koleżanki. Jednak jak się okazało, była to całkowicie zmyślona historia, motywacją kłamstwa dziewczynki była chęć zwrócenia na siebie uwagi matki.

Z tego względu biegli psychiatrzy, seksuolodzy, psychologowie itd. starają opracować możliwie najlepsze metody oceny czy zeznania dziecka są prawdziwe, czy fałszywe. Jak wyglądają kryteria oceny wiarygodności zeznań dzieci możemy przykładowo poczytać w niniejszym opracowaniu.

 

Szansa na zmiany w Hiszpanii?

Jak już kiedyś pisałem w Hiszpanii istnieje problem z dyskryminującym mężczyzn prawem dotyczącym przemocy domowej oraz wykorzystywaniem fałszywych oskarżeń przeciwko nim. Pisałem również o tym, że pomimo, iż rząd Zapatero odpowiedzialny za te regulacje utracił władzę w 2011 r., to kolejne rządy (głównie była to chadecka Partia Ludowa (PP)) nie naprawiły sytuacji. Co więcej Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) wróciła do władzy w marcu tego roku.

Jednak z drugiej strony PSOE tworzy obecnie rząd mniejszościowy, były spekulacje, czy zawiążą koalicję z Podemos, do czego nie doszło. Po tej aferze z Ifancia Libre pewnie Podemos, która i tak straciła na poparciu w ostatnich latach, straci jeszcze więcej. A w dodatku coraz większą popularnością w Hiszpanii cieszy się partia Vox, która bierze na sztandar problem dyskryminacji mężczyzn w prawie dotyczącym przemocy domowej i luki systemowej sprzyjającej fałszywym oskarżeniom. Niewątpliwie kraj ten czeka walka ideologiczna pomiędzy poszczególnymi obozami politycznymi, ale problemu fałszywych oskarżeń nie da się dalej unikać i będzie obecny w debacie publicznej.

 

Wykorzystywanie fałszywych oskarżeń na swoją korzyść

Na koniec dodam tylko, że cała ta afera z Infancia Libre pokazuje, że te środowiska feministyczne, które lekceważą fałszywe oskarżenia, naciskają na „wierzenie ofiarom” działają świadomie i z premedytacją. Już wcześniej mieliśmy na to przykłady, od amerykańskich feministek, które próbowały wrabiać w molestowanie lub gwałt, znanych programistów, poprzez wydanie książki „Jak zniszczyć mężczyznę”, po polskie feministki, które też mówiły jak to trzeba „wierzyć ofiarom”, a potem same próbowały wykorzystać oskarżenie o molestowanie w pewnej kawiarni.

Nie tyczy się to tylko feministek, ale również części prawników (zwłaszcza rozwodowych), nieuczciwych psychologów czy lekarzy i wszystkich, którzy chcą mogą zyskać na fałszywych oskarżeniach. Dlatego tak ważne jest domniemanie niewinności, prawo do rzetelnego procesu oraz kary za fałszywe oskarżenia, fabrykowanie dowodów i inne oszustwa.

Reklamy

Jedna z autorek tekstu „Papierowi feminiści” publicznie przeprasza Jakuba Dymka za pomówienie

Jakub Dymek przeprosiny

 
Dawno nie pisałem nic o #MeToo, akcji zainicjowanej na świecie zasadniczo przez dwie aktorki. Rose MCGowan, która już po roku stwierdziła, że cytując jej słowa: „Ruch #MeToo to bullshit i kłamstwo stworzone po to, żeby bogate gwiazdy Hollywood poczuły się lepiej”. Druga to oczywiście Asia Argento, która jak się okazało sama miała wykorzystać seksualnie 17-latka, prawdopodobnie doprowadziła też do samobójstwa byłego partnera, a w oskarżeniu Harveya Weinsteina zwyczajnie kłamała. Pisałem o tym dokładniej w tekście „Jeszcze większa kompromitacja akcji #MeToo”.

Póki co nadal nikt nie został skazany, nikomu nie uwodniono winy, a kolejni oskarżeni zostają oczyszczeni z zarzutów. Za to faktycznym skutkiem #MeToo jest to, że 60% męskich menedżerów stara się unikać kobiet w pracy, co blokuje im (kobietom) awanse i rozwój kariery. Ale wróćmy do sprawy z naszego polskiego podwórka.

 

Dla przypomnienia tło sprawy

Całe zamieszanie zaczęło się od artykułu o „Papierowych feministach”, na Codzienniku Feministycznym, gdzie w absurdalny sposób przemieszano różne zarzuty typu zatrzaśnięcie drzwi przed nosem z oskarżeniami o molestowanie oraz pomówieniem o gwałt. Na nic nie było żadnych dowodów. Jedynie Michał Wybieralski przyznał się do chamskich zachowań i przeprosił wszystkich, którzy poczuli się urażeni. Ale już na oskarżenie o gwałt Jakuba Dymka, nie przedstawiono żadnych dowodów. W dodatku było mocno nielogiczne, była partnerka Dominika Dymińska twierdziła, że po gwałcie jak gdyby nigdy nic weszła w związek ze „sprawcą” i była w nim kilka miesięcy. A Dymek przedstawił opinii publicznej e-maila, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, który przyszedł z adresu, będącego kontaktem dla ofiar przemocy i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”.

Kolejnym akcentem było to, że dwie z autorek artykułu o „papierowych feministach”, Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż były później bohaterkami zamieszania w Kawiarni Amatorska, gdzie zostały wyproszone za agresywne zachowanie (oficjalny powód wyproszenia to rzucanie w ludzi kapslami), a potem namawiały znajomych do wystawiania kawiarni ocen „1” na Facebooku i wysnuły oskarżenie o molestowanie, którym miało być złapanie za rękę. Przegrały jednak z „Wykop efektem”.

Równolegle sprawą „papierowych feministów” zajęła się prokuratura. Dlatego z tekstu na CF zniknął fragment z oskarżeniem o gwałt. Po rocznym śledztwie i przesłuchaniu stu świadków, obaj panowie zostali oczyszczeni z zarzutów.

Pisałem o tych wszystkim aspektach sprawy w tekstach: „Sprawa Jakuba Dymka, #MeToo i kompromitacja Codziennika Feministycznego”, „Doszczętna kompromitacja akcji #MeToo” oraz „Koniec polskiego #MeToo”.

 

Agnieszka Ziółkowska, jedna z autorek tekstu „Papierowi feminiści” publicznie przeprasza Jakuba Dymka

Jakub Dymek został oczyszczony z zarzutu gwałtu przez prokuraturę po rocznym śledztwie i przesłuchaniu blisko stu świadków. A w zasadzie to przez cały czas śledztwa występował jako świadek, a nie podejrzany. Prokuraturze nie udało się nawet postawić mu zarzutów. Innymi słowy on nie tylko jest niewinny w świetle prawa, ale nie był nawet osobą podejrzaną o gwałt. Co najwyżej można powiedzieć, że o gwałt został pomówiony.

Zakończenie śledztwa prokuratorskiego nie kończy sprawy. Dymek walczy również w procesach cywilnych w sprawie naruszenia jego dobrego imienia. Póki co udało mu się w ramach ugody uzyskać przeprosiny od Agnieszki Ziółkowskiej, jednej z autorek tekstu o „papierowych feministach”. W treści przeprosin autorka stwierdziła, że część jej listu użyta w tekście „Papierowi feminiści. O hipokryzji na lewicy i nowych twarzach polskiego #metoo” nie odnosiła się do osoby Jakuba Dymka oraz że przeprasza, za wszelkie sformułowania jej autorstwa, które mogłby godzić w jego dobre imię.

Przeprosiny możemy zobaczyć na screenie poniżej:

Jakub Dymek przeprosiny

Treść przeprosin została umieszczona także w artykule na Onecie. O sprawie napisano także na portalu Wirtualne Media oraz na press.pl.

Na zawarcie ugody nie zgodziły się pozostałe autorki tekstu, ani redaktor naczelna Codziennika Feministycznego Kamila Kuryło. Dlatego będą kolejne rozprawy sądowe w tej sprawie. O ich wynikach będę informował możliwie na bieżąco. Jakub Dymek udzielił niedawno także wywiadu dla tygodnika Polityka, gdzie opowiada o kulisach swojej sprawy, jednak aby go przeczytać potrzebna jest cyfrowa prenumerata tego portalu.

„Natychmiastowa izolacja sprawcy od ofiary” – groźny projekt Ministerstwa Sprawiedliwości

Izolacja sprawcy od ofiary

 
W czerwcu br. Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przedstawił projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej. A w niej m.in. propozycję nadania policji nowych uprawnień, a mianowicie możliwość wydania natychmiastowego nakazu opuszczenia lokalu przez potencjalnego sprawcę przemocy na okres 14 dni. Dziś omówię jakie zagrożenia mogą nieść ze sobą takie przepisy, gdyby weszły w życie.

 

O co w tym wszystkim chodzi?

Obecnie nakaz opuszczenia mieszkania przez sprawcę przemocy domowej na okres do 3 miesięcy jest możliwy do wydania przez decyzję sądu lub w niektórych sytuacjach przez prokuraturę jako środek zapobiegawczy. Taki nakaz jest wydawany w sytuacji, gdy zachodzi uzasadniona obawa, że podejrzany ponownie popełni przestępstwo z użyciem przemocy wobec osoby z którą mieszka, zwłaszcza gdy popełnieniem takiego przestępstwa groził.

Jest to logiczne, decyzję może podjąć sąd po przeprowadzeniu procesu lub w szczególnych przypadkach zagrożenia prokurator. Środek zapobiegawczy nie może natomiast być zastosowany w stosunku do osoby, której nawet nie postawiono zarzutów, nie ma dowodów, ani wiarygodnych przesłanek, że jest winna. Z drugiej strony niektórzy wskazują na to, że rozpatrywanie wniosku o wydanie nakazu przez sąd trwa zbyt długo, z kolei prokuratura nie może go wydać, jeśli sprawa nie trafiła na drogę prawną.

Stąd pojawiła się propozycja, aby to policja na interwencji, jeśli uzna, że zachodzi zagrożenie dla zdrowia lub życia ofiary mogła wydawać tymczasowy nakaz opuszczenie lokalu przez sprawcę na okres 14 dni, zostałby on skierowany do miejsca noclegowego na ten czas. Nakaz ten mógłby zostać zaskarżony do sądu, przez osobę, którą został objęty, nie miałby też żadnego wpływu na kwestie własności. Teoretycznie wydaje się to być słuszna inicjatywa, istnieją jednak poważne zastrzeżenia i zagrożenia takiej zmiany przepisów, które teraz przedstawię.

 

Zastrzeżenia, zagrożenia i doświadczenia innych krajów

Zagrożenia jakie przyniosłaby zmiana przepisów, gdyby doszła do skutku są chyba oczywiste. A mianowicie wykorzystywanie fałszywych oskarżeń, przy sprawach rozwodowych, w celu stosowania alienacji rodzicielskiej (izolowanie drugiego rodzica od dzieci), jako forma przemocy (celowe wyrzucenie domownika z mieszkania), jako próba przejęcie mieszkania (np. celowe fałszywe zgłoszenia wiele razy pod rząd), czy po prostu w celu zemsty na partnerze.

Kłania się tu podstawowe pytanie. Czy zwykli policjanci posiadają wystarczające kwalifikacje aby odróżnić prawdziwe oskarżenie o przemoc od fałszywego i prawidłowo ocenić sytuację zagrożenia? A co z przypadkami nadużywania uprawnień przez samych policjantów? Sama możliwość zaskarżenie wydanego nakazu do sądu wydaje się być niewystarczająca. Jeśli już powinny być jasno określone kryteria, kiedy policja może wydać taki nakaz, jak również konkretne kary za fałszywe oskarżenia oraz rażące błędy i przekroczenia uprawnień przez policjantów.

Doprawdy rozbrajające jest to, że w artykułach chwalących projekt ustawy przytacza się inne kraje, gdzie obowiązują podobne przepisy, a wśród nich Hiszpanię. Czyli kraj, w którym 90% oskarżeń o przemoc domową to fałszywe oskarżenia, gdzie wystarczy fałszywe oskarżenie, żeby wyrzucić partnera z mieszkania, a nawet go aresztować. Pisałem już o tym w niniejszym tekście, polecam także artykuł na ten temat na Honey Badger Brigade oraz anglojęzyczny film dokumentalny, także w tym temacie.

 
Nieco lepiej wygląda powoływanie się na przykład Austrii. Zapis tamtejszych przepisów stanowi: „Jeśli na podstawie niezaprzeczalnych faktów, szczególnie wziąwszy pod uwagę poprzednie niebezpieczne napaści (ataki), istnieje niebezpieczeństwo zagrożenia życia, ciała lub naruszenia wolności drugiej osoby, to organy publicznych służb bezpieczeństwa są upoważnione do wydania osobie powodującej zagrożenie nakazu opuszczenia mieszkania, które zamieszkuje osoba zagrożona, oraz jego najbliższej okolicy. Osobie wydalanej z mieszkania zostaje przedstawiony do wiadomości zakres działania nakazu opuszczenia mieszkania; zakres ten jest określony w taki sposób, aby umożliwiał rzeczywistą i skuteczną ochronę (profilaktyka) przed podobnymi zdarzeniami”.

Nakaz opuszczenie mieszkania wydaje policja na okres 10 dni. Tu jak widać mamy jasno określone kryteria kiedy taki nakaz może zostać wydany. Pytanie tylko, na jakiej podstawie policjanci oceniają sytuację zagrożenie, czy przepisy nie są nadużywane? Czy najpierw dokładnie przesłuchuje się strony, sprawdza dowody itd.? Niestety nie znam zbytnio sytuacji w Austrii, więc trudno mi coś więcej powiedzieć, jeśli ktoś ma więcej informacji na ten temat, proszę o kontakt, można pisać w komentarzu pod tekstem, na skrzynkę odbiorczą bloga (zakładka „Kontakt”) lub na Facebooku.

 
Zastrzeżenia i wątpliwości co do propozycji Ziobry wyrażają także polscy prawnicy ds. rozwodowych, którzy dobrze znają realia wykorzystywania fałszywych oskarżeń do rozgrywek rozwodowych:
https://www.prawo.pl/prawnicy-sady/nakaz-opuszczenia-lokalu-bedzie-wykorzystywany-przy-rozwodach,447602.html

 

Czy zmiana przepisów jest w ogóle potrzebna?

W chwili obecnej nakaz opuszczenie lokalu potencjalnemu sprawcy przemocy domowej może wydać sąd lub prokurator. Jeśli te sprawy trwają zbyt długo, można by je po prostu uprościć i przyspieszyć. Sam Ziobro mówi o tym, że taka procedura może działać bardzo szybko, jeśli pisma procesowe będą doręczane również za pośrednictwem policji, a nie jedynie przez pocztę. Policja z kolei byłaby zobowiązana do udzielania sądowi wszelkiej pomocy, niezbędnej do szybkiego zakończenia sprawy, np. do ustalenia adresu zamieszkania świadka.

W przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ofiary, czy kiedy sprawca zachowuje się w sposób agresywny, policja już teraz może go zatrzymać na „dołek” na 48 godzin i przesłuchać, zgodnie z art. 15a ustawy z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji (Dz. U. z 2016 r. poz. 1782). Policja ma też prawo zatrzymać osobę podejrzaną, jeżeli istnieje uzasadnione przypuszczenie, że popełniła ona przestępstwo z użyciem przemocy na szkodę osoby wspólnie zamieszkującej, a zachodzi obawa, że ponownie popełni przestępstwo z użyciem przemocy wobec tej osoby, zwłaszcza gdy popełnieniem takiego przestępstwa grozi, zgodnie z art. 244 § 1a k.p.k.. Policja ma również nawet nie tyle prawo, co obowiązek do zatrzymania sprawcy, jeśli przestępstwo przemocy w rodzinie zostało popełnione z użyciem niebezpiecznego przedmiotu lub zachodzi obawa, że ponownie popełni przestępstwo z użyciem przemocy wobec osoby, z którą mieszka, zwłaszcza jeśli popełnieniem tego przestępstwa grozi. Mówi o tym art. 244 § 1b k.p.k..

Mało tego, jeśli sprawa jest poważna (wysokie prawdopodobieństwo winy oskarżonego), prokurator skieruje wniosek do sąd o tymczasowe aresztowanie podejrzanego (do 3 miesięcy) lub objęcie go dozorem policyjnym (dozór policyjny zamiast tymczasowego aresztowania jest możliwy tylko, jeśli podejrzany opuści wspólnie zajmowany lokal i wskaże swoje miejsce pobytu). Więcej o tym, co może policja na interwencji w przypadku przemocy domowej, do poczytania tutaj.

Kolejnym środkiem jaki może zostać zastosowany jest uzyskanie sądowego zakazu zbliżania się. Taki zakaz może zostać także wydany przez prokuratora jeszcze na etapie śledztwa, stosuje się go łącznie ze wspomnianym wcześniej nakazie opuszczenie lokalu.

Dodam na koniec, że samo Ministerstwo Sprawiedliwości jeszcze dwa lata temu na interpelację Pani Poseł Moniki Wielichowskiej w sprawie izolacji sprawcy od ofiary przemocy domowej odpowiadało, że istniejące procedury stanowią realną gwarancję ochrony prawnej osób pokrzywdzonych przemocą domową:
http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=42159987

Johnny Depp i Amber Heard – czyli jak akcja #MeToo sprzyja sprawcom i poniża ofiary przemocy

Johnny Depp Amber Heard

 
Kiedy Amber Heard oskarżyła Johnny’ego Deppa o stosowanie przemocy domowej, stała się ikoną ruchu #MeToo. Tymczasem Depp przedstawia dowody, że to on był ofiarą przemocy ze strony żony, która teraz próbuje go wrobić.

 

Rozwód z oskarżeniem w tle

W czasie rozwodu między Johnny’m Deppem a Amber Heard, aktorka oskarżyła męża o stosowanie przemocy w związku. Niedługo później stała się ikoną ruchu #MeToo. Jako pierwsza aktorka w historii została nazwana Czempionką Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych. Mianowano ją ambasadorką praw kobiet w American Civil Liberties Union, a L’Oreal Paris zrobił ją swoją globalną ambasadorką marki.

To wszystko działo się pomimo, że oskarżenia od początku wyglądały na szyte grubymi nićmi. W obronie Deppa stanęła jego poprzednia partnerka Vanessa Paradis, twierdząc, że nie jest on agresywny, w czasie ich 14-letniego związku nigdy nie poniósł na nią ręki oraz, że jest „wrażliwy i kochający”. Z kolei Amber Heard była już w przeszłości aresztowana za publiczne pobicie swojej ówczesnej partnerki Tasy Van Ree. No ale wszyscy wiemy, jak działa akcja #MeToo.

W marcu tego roku w sprawie nastąpił jednak zwrot. Johnny Depp wniósł pozew o zniesławienie, domagając się 50 mln dolarów odszkodowania. Co najważniejsze aktor i jego prawnicy przedstawili dowody, nie tylko wskazujące na jego niewinność, ale także na to, że to on był ofiarą przemocy. Trzeba jeszcze poczekać na ostateczny wyrok sądu, ale materiał dowodowy jest tu naprawdę miażdżący, obejmujący 87 nagrań i zeznania 17 świadków.

 

Pozaprocesowy charakter domniemania niewinności

Ta sprawa po raz kolejny przypomina jak ważne jest domniemanie niewinności, także w swoim pozaprocesowym charakterze. Bo nie należy zapominać o tym, że ta zasada obowiązuje nie tylko w postępowaniu karnym, ale także poza nim. Jeśli ktoś zostanie publicznie oskarżony, a jego nazwisko zostaje podawane w mediach, w oczywisty sposób domniemanie niewinności zostaje złamane, ponieważ taki człowiek ponosi konsekwencje, nawet jeśli jest niewinny. Mało tego, żeby oczyścić swoje dobre imię, musi udowadniać swoją niewinność (co często okazuje się zwyczajnie niewykonalne). A bywa, że nawet pomimo tego i tak niektóre osoby uważają go sprawcę. Jest to klasyczny proces Kafki.

Co więcej, sprawca przemocy jest w stanie wykorzystać fałszywe oskarżenie. Wówczas sprawca chowa się za łatkę bezkarności, a ofiara jest taktowana przez część ludzi jako sprawca. Czyli mamy odwrócenie sprawiedliwości.

Dlatego takie sprawy powinien rozstrzygać niezależny sąd w rzetelnym procesie, oskarżeni powinni mieć prawo zachować anonimowości do czasu wydania wyroku, a ludzie nie powinni traktować nikogo jako winnego, do czasu udowodnienia mu winy. Trzeba również przełamać stereotyp traktujący mężczyzn jako sprawców, a kobiet jako ofiar.

Seksistowskie definicje gwałtu w feministycznych propozycjach

Definicja gwałtu

 
Działanie organizacji feministycznych potrafi być niekiedy naprawdę obrzydliwe. W ostatnim czasie po raz kolejny byliśmy tego świadkami w Polsce.

 

Posłanki Nowoczesnej i Feminoteka w natarciu

Zaczęło się od dwóch posłanek partii .Nowoczesna Moniki Rosy i Ewy Lieder i ich propozycji, aby za gwałt uznać „brak świadomej zgody na seks”. Tak poważne przestępstwo jak gwałt musi mieć jasną definicję, żeby nie wsadzać niewinnych ludzi do więzień, więc autorka tego wywiadu starała się uzyskać informację od posłanek na czym miałoby to polegać? Jak uniknąć absurdów jak podpisanie umowy przed stosunkiem, czy nagrywania się na kamerę/dyktafon?

Jednak najwyraźniej posłanki same nie wiedzą co tak naprawdę proponują. W artykule możemy znaleźć takie kwiatki jak: „Gdy przemoc wystąpi w stałym związku, bierze się pod uwagę to, że zgoda “może być bardziej dorozumiana, a nie wypowiedziana”, liczy się kontekst czy mowa ciała. Natomiast w przypadku przelotnych znajomości typu One Night Stand, udowodnienie przez domniemanego sprawcę otrzymania jednoznacznej zgody na współżycie będzie kluczowe dla zadecydowania o poniesieniu przez niego odpowiedzialności karnej”. I jednocześnie: „Zmiana definicji gwałtu nie oznacza zniesienia postępowania dowodowego czy domniemania niewinności. Chodzi o to, żeby zmieniło się podejście do ofiary przemocy seksualnej”. Widzimy logiczne sprzeczności i jakiś dziwny purytanizm, wedle którego seks w stałym związku jest OK, ale już przelotne przygody to jakby domniemany gwałt, wszystko z ust posłanki partii, nazywającej się „Nowoczesna”.

Podejrzewam, że posłankom chodzi o zmianę definicji gwałtu na taką, jaką wprowadzono w Szwecji, której efektem stało się (to nie żart), że ludzie zaczęli ściągać aplikację na telefon z potwierdzeniem zgody na seks, ale o tym więcej napiszę trochę później.

 
Kolejne uderzenie zaserwowała nam ostatnio Fundacja Feminoteka, umieszczając taką petycję w sieci. Tu mamy znowu propozycję, żeby za gwałt uważać niebyt jasne określenie jak „seks bez wyraźnej i świadomej zgody”. I dużą manipulację faktami, jeśli chodzi o podanie pigułki gwałtu, czy celowe upicie czy odurzenie ofiary w celu dokonania gwałtu to już teraz jest uważane za tzw. podstęp i karane jako gwałt z art. 197 KK. Z kolei wykorzystanie bezradności ofiary karane jest z art. 198 KK. Ustawodawca wprowadził dwa osobne paragrafy właśnie dlatego, żeby można było karać za każdy rodzaj przemocy. Czyli karane jest zarówno celowe odurzenie/upicie ofiary, jak i wykorzystanie, że ofiara była nieprzytomna, spała czy była kompletnie pijana. Zmiana prawa nie jest więc w tym względzie potrzebna. Że już nie wspomnę, że to że średnie kary za zgwałcenie są zbyt niskie to powód żeby je podnieść (zwłaszcza dolne granice), a nie zmieniać definicję, co ma w ogóle piernik do wiatraka?

A to jeszcze nie wszystko. W petycji znalazła się także sugestia, żeby gwałt definiować jako „seksualna penetracja bez zgody ofiary”. Oznaczałoby, że aby móc zostać uznanym za ofiarę gwałtu trzeba być stroną penetrowaną, ale już nie penetrującą. W skrócie gwałt kobiety na mężczyźnie nie byłby karany w większości przypadków. Jak pokazują badania z USA, większość gwałtów kobiet na mężczyznach polega właśnie na byciu zmuszonym do penetracji. W tym celu uwzględniono w badaniach takie pojęcie jak „made to penetrate”, czyli „zmuszenie do penetracji”, dzięki czemu odkryto, że liczba męskich ofiar gwałtu jest wyraźnie wyższa niż się powszechnie przypuszcza. Po polsku pisał o tym portal Vice (swoją drogą portal feministyczny) oraz ja w artykule o gwałtach na mężczyznach.

Z kolei w Wielkiej Brytanii funkcjonuje właśnie taka archaiczna definicja gwałtu sprowadzona do bycie penetrowanym wbrew swojej woli, ale nie uznaje za gwałt bycia przymuszonym do penetracji. Dlatego nawet jeśli mężczyzna zostanie zmuszony do seksu przez kobietę np. groźbami użycia niebezpiecznego narzędzia lub zostanie odurzony i wykorzystany, nie jest uznawany za ofiarę gwałtu. Więcej do poczytania na ten temat w poniższym artykule. Dodam tylko, że taka definicja uderza również w kobiety, które padły ofiarą gwałtu ze strony innej kobiety.

 

Wzór z zachodu? Raczej antywzór

Organizacje feministyczne mają w zwyczaju argumentować za danym rozwiązaniem, twierdząc, że przecież tak jest w jakimś innym kraju. Bez oceny jakie przynosi to skutki, bo po prostu inni tak mają, to musi być dobre. To rozumowanie typu: Łagry i psychuszki są złe? No przecież w ZSRR jakoś to funkcjonowało przez dobre kilkadziesiąt lat? OK, no to sprawdźmy jak takie definiowanie gwałtu jako „braku świadomej zgody” działa w praktyce.

Pierwszy wymowny przykład to Wielka Brytania. Pisałem już wcześniej, że definiowanie gwałtu tylko jako przymusowej penetracji utrudnia, a często wręcz uniemożliwia karanie kobiet jako sprawczyń gwałtów zarówno wobec mężczyzn, jak i innych kobiet. Ale to nie wszystko, na początku 2015 r. Alison Saunders, feministka będąca dyrektorką Prokuratury koronnej zaczęła wydawać specjalne wytyczne dla policjantów i prokuratorów, aby za gwałt uważać każdy stosunek bez „świadomej zgody”. Kluczowe jest tu słowo „świadomej”, wystarczy, że np. kobieta napiła się chociaż odrobiny alkoholu i już jej zgoda mogła zostać potraktowana jako „nieświadoma” (w drugą stronę to nie działa, jeśli mężczyzna też pił to nie może być ofiarą, bo nie został „spenetrowany”). Kolejna rzecz, policja i prokuratura zostały ogólnie rzecz mówiąc zindoktrynowane w duchu feministycznej ideologii.

Jakie przyniosło to wszystko efekty? Ano takie, że w styczniu 2018 r. Prokurator generalny Jeremy Wright zarządził aby wszystkie sprawy o gwałt z ostatnich lat zostały ponownie rozpatrzone. Wszystko ze względu na bardzo dużą liczbę fałszywych oskarżeń i skandaliczne błędny policji i prokuratury, które doprowadziły nawet do skazywania niewinnych ludzi. Pisałem już o tym bardzo dokładnie w tym artykule.

 
Kolejny przykład to Szwecja. W lipcu 2018 r. weszło w życie prawo według którego zgoda na seks musi być „jasno wyrażona” inaczej jest to traktowane jako gwałt. W efekcie… powstała aplikacja na telefon do wyrażania zgody na seks. I naprawdę znalazło się wielu ludzi, którzy zaczęli jej używać, popularność ciągle rośnie. Pokazuje to tylko jak ludzie czują się sterroryzowani zasadami prawnymi i kulturowymi w tym kraju.

 

Tymczasem definicja zgwałcenia w polskim prawie jest bardzo dobra

Art. 197 KK

§ 1. Kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

§ 2. Jeżeli sprawca, w sposób określony w § 1, doprowadza inną osobę do poddania się innej czynności seksualnej albo wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

§ 3. Jeżeli sprawca dopuszcza się zgwałcenia:

1. wspólnie z inną osobą,
2. wobec małoletniego poniżej lat 15,
3. wobec wstępnego, zstępnego, przysposobionego, przysposabiającego, brata lub siostry, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

§ 4. Jeśli sprawca czynu określonego w § 1-3 działa ze szczególnym okrucieństwem, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5.

 
Art. 198 KK

Kto, wykorzystując bezradność innej osoby lub wynikający z upośledzenia umysłowego lub choroby psychicznej brak zdolności tej osoby do rozpoznania znaczenia czynu lub pokierowania swoim postępowaniem, doprowadza ją do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

 
Te wszystkie definicje przestępstw seksualnych są bardzo dobre, ponieważ:

  1. Są neutralne pod względem płci
  2. Uwzględniają każdą formę przemocy, czyli doprowadzenie do obcowania płciowego wbrew woli ofiary zarówno poprzez przemoc fizyczną, groźbę bezprawną, jak i odurzenie, upicie ofiary, czy wykorzystanie jej bezradności.
  3. Są jasne i klarowne dla każdego, nie ma w nich niejasnych sformułowań typu „świadoma zgoda”, odchodzi problem kiedy obie strony po prostu wypiły trochę alkoholu, ale seks był dobrowolny, czy zgoda nie była wyrażona słownie, ale np. gestem itd.

 
Na koniec dodam tylko, że w ostatnich latach zaszły w Polsce takie zmiany, jak to, że gwałt jest ścigany z urzędu, ofiary muszą być przesłuchiwane w specjalnym pomieszczeniu w obecności psychologa, a całe przesłuchanie jest nagrywane, aby nie było konieczne jego powtórzenie, chyba że akurat wymaga tego postępowanie sądowe. Nie można też dać za gwałt wyroku w zawieszeniu, ponieważ po nowelizacji KK z 1 lipca 2015 r. zawiasy można dać tylko za przestępstwo do maksymalnie 1 roku więzienia. Chyba, że sąd w wyjątkowych okolicznościach takich jak pojednanie ze sprawcą zastosuje nadzwyczajne złagodzenie kary, liczba takich przypadków spadła do 29 rocznie (z około 1200 wyroków). Ale uwaga, te wszystkie zmiany to nie był efekt przyjęcia Konwencji Stambulskiej, jak próbują wszystkim wmawiać organizacje feministyczne. Te zmiany wprowadził Jarosław Gowin, kiedy pełnił funkcję ministra sprawiedliwości. Ten Gowin, który akurat w rządzie PO był całkowicie przeciwny przyjęciu wspomnianej konwencji.

Koniec polskiego #MeToo

Game Over

 
O #MeToo pisałem już kilka razy, im dalej było w las tym akcja kompromitowała się coraz bardziej. W końcu przestałem, bo musiałabym chyba co 2-3 miesiące pisać artykuł typu „jeszcze większa kompromitacja już i tak skompromitowanej akcji #MeToo.

Na dzień dzisiejszy sprawa wygląda, tak że Nannette LaRee Hernandez, amerykańska ekspertka w dziedzinie antropologii seksualnej i znana pisarka, ustaliła, że ponad połowa tweetów z hasztagiem #MeToo to plagiatowane historie. Czyli opisy zaczerpnięte z filmów, książek lub z opowieści innych kobiet. I to nie są wszystkie fałszywe historie, ponad połowa z tweetów to same plagiaty, a ile wśród nich było jeszcze po prostu zmyślonych historii? Któż to wie…..

Z kolei jak wynika z danych New York Timesa przez #MeToo pracę straciło około 200 mężczyzn (i 3 kobiety), a tylko kilku z nich postawiono w ogóle zarzuty prokuratorskie. Wciąż nie doczekaliśmy się przypadku, żeby komuś coś udowodniono i został skazany. W dodatku nawet w sprawie Harveya Weinsteina nadal nie dość, że nie znaleziono żadnych dowodów, to ostatnio upadło już trzecie oskarżenie wobec niego, tym razem ze strony Ashley Judd.

Akcja jest bardzo szkodliwa również dla kobiet. Menedżerowie i w ogóle mężczyźni w pracy zaczynają unikać kobiet, co blokuje im kariery, tracą szansę na awans i mentoring ze strony męskiej części kadry zarządzającej. Wpierw ten problem zauważono na Wall Street, a następnie w wielu amerykańskich firmach w ogóle.

 

A jak sprawa wygląda w Polsce?

Polskie #MeToo miało zasadniczo dwie odsłony. Pierwszą było bronienie przez kwiat polskiego feminizmu dziennikarza Gazety Wyborczej Janusza Rudnickiego, źle tratującego kobiety. A drugą był oczywiście artykuł o „Papierowych feministach” w Codzienniku Feministycznym, gdzie w absurdalny sposób przemieszano różne zarzuty typu zatrzaśnięcie drzwi przed nosem z oskarżeniami o molestowanie oraz pomówieniem o gwałt. Na nic nie było żadnych dowodów.

Jedynie Michał Wybieralski przyznał się do chamskich zachowań i przeprosił wszystkich, którzy poczuli się urażeni. Ale już na oskarżenie o gwałt Jakuba Dymka, nie przedstawiono żadnych dowodów. W dodatku było mocno nielogiczne, była partnerka Dominika Dymińska twierdziła, że po gwałcie jak gdyby nigdy nic weszła z związek ze „sprawcą” i była w nim kilka miesięcy. A Dymek przedstawił opinii publicznej e-maila, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, który przyszedł z adresu, będącego kontaktem dla ofiar przemocy i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”. Pisałem o tym wszystkim w tym tekście.

Do tego wszystkiego dwie z autorek artykułu o „papierowych feministach”, Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż były później bohaterkami zamieszania w Kawiarni Amatorska, gdzie zostały wyproszone za agresywne zachowanie (oficjalny powód wyproszenia to rzucanie w ludzi kapslami), a potem namawiały znajomych do wystawiania kawiarni ocen „1” na Facebooku i wysnuły oskarżenie o molestowanie, którym miało być złapanie za rękę. Przegrały jednak z „Wykop efektem”. Wspominałem o tym, w tym artykule.

Równolegle sprawą „papierowych feministów” zajęła się prokuratura. Dlatego z tekstu na CF zniknął fragment z oskarżeniem o gwałt. Po rocznym śledztwie i przesłuchaniu stu świadków, obaj panowie zostali oczyszczeni z zarzutów. Więcej o sprawie do poczytania w artykule:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1777412,1,sledztwo-w-sprawie-papierowych-feministow-umorzone.read

Sylwia Spurek – Rzeczniczka od (nie)Równego Traktowania

Sylwia Spurek

 
Na jesieni 2015 r. nowym Rzecznikiem Praw Obywatelskich został Adam BodnarZ kolei na swojego zastępcę ds. Równego Traktowania mianował feministkę dr Sylwię Spurek, której działanie to praktyczne zaprzeczenie pełnionego przez nią urzędu.

 

„Przemoc ma płeć”

Sylwia Spurek przez pierwsze 2 lata swojej działalności niezbyt zwracała się na siebie uwagę opinii publicznej. W zasadzie mało kto o niej słyszał. Zmieniło się to w 2017 roku. I od razu w negatywny sposób. Zaczęło się od wywiadu dla portalu Onet, gdzie stwierdziła: „Warto powiedzieć o kliku faktach. Przemoc ma płeć. Ofiarami są kobiety i dzieci, a sprawcami są mężczyźni”.

Tymczasem każdy rozsądny człowiek, wie że wśród sprawców przemocy w rodzinie są zarówno mężczyźni, jak i kobiety, więc to oczywiste, że przemoc nie ma płci. O tej wypowiedzi z 7 marca 2017 r. mało kto jednak wiedział przez dobre kilka miesięcy. Wieść rozeszła kiedy sam o tym napisałem na swoim Fanpage, wtedy jeszcze mało znanym, ale szczęśliwie w rozpowszechnieniu informacji wsparli mnie twórcy FP Partia Mężczyzn, którzy mieli wówczas dobre 10 tys. fanów. Zbiegło się to wszystko w czasie (jesień 2017 r.), kiedy Sylwia Spurek wsparła kampanię „16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet”, gdzie dodatkowo zaczęła utrwalać fałszywe stereotypy na temat przemocy domowej. I internauci mieli okazję przekonać, kto sprawuje funkcję zastępcy RPO ds. Równego Traktowania i w jaki sposób to czyni.

W kampanii firmowanej przez Sylwię Spurek absurdy były widoczne gołym okiem. Przykładowo w takim spocie. Na wstępie Spurek mówi, że 19% kobiet w Polsce doświadcza przemocy domowej, a potem jak gdyby nigdy nic dodaje, że skala problemu jest tak naprawdę większa, bo tylko 30% kobiet zgłasza to organom ścigania. Jest to całkowita bzdura, ponieważ te 19% to wynik badań przedstawionych przez Agencję Praw Podstawowych, oparty na podstawie anonimowych ankiet, a nie zgłoszonych spraw. W dodatku patrząc na metodologię tamtych badań, gdzie przyjęto bardzo szerokie definicje przemocy wynik tak na dobrą sprawę był zawyżony. Mało tego, pomimo tak restrykcyjnego podejścia, według tych badań Polska i tak odnotowała najmniej przemocy wobec kobiet w całej UE.

Co jeszcze bardziej bije po oczach, to twierdzenie, że 90% ofiar domowej to kobiety. Źródła informacji rzecz jasna brak. Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn pisał nawet w tej sprawie do samego Rzecznika Praw Obywatelskich dr Adama Bodnara z pytaniem o źródło tej informacji. I sam Bodnar nie był w stanie go podać. Jak widzimy w odpowiedzi podał tylko dane oparte na Niebieskich Kartach, wedle których kobiety stanowią 71-73% ofiar.

Tu się chwilę zatrzymajmy. Faktycznie nawet w statystykach NK nie ma żadnej informacji o 90%. Jak podaje nam najnowsze sprawozdanie z 2017 r., kobiety miały stanowić 73,47% ofiar, mężczyźni – 11,92%, małoletni – 14,61%.

Spotykam się czasami z manipulacją mówiącą, że 90% ofiar to „kobiety i dzieci”. Tak jakby dzieci nie miały płci. Tymczasem nawet w powyższym sprawozdaniu NK z 2017 r. mamy informację, że wśród małoletnich ofiar 6800 to dziewczęta, a 6715 to chłopcy.

Z kolei jeśli chodzi o same dorosłe ofiary przemocy domowej, według powyższego sprawozdania kobiety stanowiłyby 86% ofiar, a mężczyźni 14%.

I w końcu najważniejsze. Niebieskie Karty nie oddają nam pełnego obrazu na temat faktycznego rozkładu płci wśród ofiar przemocy domowej. Nawet nam go nie przybliżają, a właściwe to nas od niego oddalają. Po pierwsze mężczyźni rzadziej zgłaszają przemoc będąc ofiarami, bojąc się, że w zemście kobieta wytnie ich z kontaktu z dziećmi, sami padną ofiarą fałszywych oskarżeń albo zwyczajnie odczuwają wstyd, ze względu na panujące w społeczeństwie stereotypy. Sylwia Spurek sama wspomniała o „ciemnej liczbie” wskazując, że tylko 30% kobiet będących ofiarami zgłasza przemoc, ale całkowicie pominęła fakt, że tylko 15% męskich ofiar zgłasza przemoc.

Po drugie Niebieskie Karty nie wskazują jeszcze kto jest sprawcą przemocy, przedstawiają tylko podejrzenie, że mogło dojść do przemocy. Często są nadużywane, głównie przez kobiety przy sprawach rozwodowych. Co najmniej 30% przypadków założenia Niebieskiej Karty stanowią fałszywe oskarżenia. Tymczasem bardziej rzetelne badania na temat płci i przemocy istnieją i są powszechnie dostępne. Przejdźmy więc do ich omówienia.

 

Co naprawdę mówią badania na temat przemocy w rodzinie?

Wyniki badań TNS OBOP z 2010 r. przygotowane na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej na temat przemocy domowej wskazały, że 61% ofiar to kobiety, a 39% to mężczyźni. Dokładniejsze wyniki możemy poczytać w tym dokumencie.

Do tych samych badań oraz kilku innych nawiązuje również to opracowanie, przygotowane przez Zakład Psychologii Stosowanej, Uniwersytet Medyczny w Lublinie z 2015 r. Poza tym, że mężczyźni stanowią około 39% ofiar, możemy również poczytać o tym, że na przemoc kobiet wobec mężczyzn istnieje większe społeczne przyzwolenie, niż w odwrotnej konfiguracji. Oraz, że dla mężczyzn jest to wstydliwy problem i przejawiają niechęć do zgłaszania takich spraw na policję.

 
Z kolei badania CBOS z 2012 r. pokazały, że, ze strony swoich partnerów:

  • przemocy fizycznej padło 11% kobiet i 10% mężczyzn
  • przemocy psychicznej padło 16% kobiet i 20% mężczyzn
  • przemocy fizycznej lub psychicznej padało 21% kobiet i 20% mężczyzn

 
W innych krajach zjawisko przemocy wobec mężczyzn zostało zbadane jeszcze dokładniej. Prym wiodą tu zwłaszcza Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, gdzie badania nad przemocą domową z uwzględnieniem obojga płci są przeprowadzane regularnie przez wielu badaczy.

Jednym z najbardziej znanych jest Murray Strauss z Uniwersytetu w New Hampshire, który już  w 1985 r. na podstawie Ogólnokrajowych Badań nad Przemocą w Rodzinie (National Family Violence Survey) przedstawił  obserwacje dotyczące ogólnych prawidłowości dotyczących tego rodzaju przemocy. W 1985 roku okazało się, że na 495 par, w których kobieta zgłaszała co najmniej jeden przypadek przemocy, mężczyzna był jej wyłącznym sprawcą w blisko 26% badanych par, z kolei kobieta – wyłączną sprawczynią w 25,6% par objętych badaniami. W 48,4% z nich do przemocy odwoływali się oboje partnerzy (przemoc fizyczna wzajemna). Autor wywnioskował, że minimalny szacunek przypadków przemocy, które nie mogły być działaniem w obronie własnej, ponieważ w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie przemoc stosowały wyłącznie kobiety, wynosi około 25–30%. Podobne wyniki co do przemocy wyłącznie ze strony kobiet wykazały sondaże przeprowadzone w ramach innego programu badawczego: Ogólnokrajowego Badania Rodzin i Gospodarstw Domowych (National Survey of Families and Households).

Skoro już mowa o przemocy wzajemnej, to przypomnę, że Erin Pizzey, założycielka pierwszego na świecie schroniska dla kobiet doświadczających przemocy w rodzinie w Chiswick podawała, że 62 na pierwsze 100 kobiet, które zgłosiły do jej ośrodka, była równie agresywna, co mężczyźni, od których odeszły. A kiedy ofiarą jest tylko jedna strona, ofiar po stronie kobiet, jak i mężczyzn jest mniej więcej po równo. Pisałem o niej już osobny artykuł.

Suzanne Steinmetz, autorka pojęcia „syndrom maltretowanego męża” w swojej książce „The battered husband syndrome” podała, że w USA co roku około 250 tysięcy mężów jest maltretowanych przez żony. Jej zdaniem mężczyźni równie często co kobiety padają ofiarą przemocy w rodzinie.

Prawdziwym wyjadaczem w temacie jest psycholog społeczny z Kalifornijskiego Uniwersytetu Stanowego, Martin S. Fiebert. Od ponad 30 lat prowadzi systematyczny przegląd amerykańskich i międzynarodowych badań dotyczących problematyki przemocy stosowanej przez kobiety. Jego metaanaliza nosi tytuł References examining assaults by women on their spouses or male partners: An annotated bibliography (Doniesienia z badań nad aktami przemocy fizycznej kobiet wobec mężów i męskich partnerów: bibliografia z przypisami). Opracowanie to obejmuje lata 1980–2011, omawiając 282 badania akademickie, 218 sondaży zrealizowanych przez inne podmioty niż uczelnie wyższe, a także 64 analizy i recenzje na ten temat. Wspólnym mianownikiem komentowanych przez M.S. Fieberta komunikatów naukowych jest teza, że kobiety w relacjach ze swoimi małżonkami i partnerami dopuszczają się przemocy fizycznej, a nawet bywają bardziej agresywne niż mężczyźni. W dniu 2 maja 2011 r. łączna wielkość próby we wszystkich przywołanych przez M.S. Fieberta badaniach przekroczyła już całe 369 800 osób.

Brytyjska organizacja pozarządowa monitorująca zjawiska związane z funkcjonowaniem rodzin, Campaign Group Parity w raporcie z 2010 r. przedstawiła dane, według których przemoc kobiet wobec mężczyzn stanowi więcej niż 40% przypadków przemocy domowej w Anglii. Podobny rezultat pokazują dane Office Home (brytyjski odpowiednik polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych) oraz rezultaty ostatnich sondaży przeprowadzonych w ramach British Crime Survey.

Więcej przykładów tego typu badań można znaleźć w książce Mariana Cabalskiego, „Przemoc stosowana przez kobiety. Studium kryminologiczne”.

 

Inne przypały Sylwii Spurek

Będąc zastępczynią RPO ds. Równego Traktowania Sylwia Spurek nieustannie pisze w swoich social mediach pod hasztagiem #trzymamstronekobiet. I to nie tylko w czasie kampanii „16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet”, ale przez cały czas. Trudno o bardziej wymowny przykład kompromitowania sprawowanej przez siebie funkcji.

Mało tego w styczniu tego roku niejaka Karolina Hammer zamieściła swoje zdjęcie na Facebooku z Sylwią Spurek wzywając do wprowadzenia matriarchatu w ciągu 7 lat.

matriarchat

Sylwia Spurek w odpowiedzi pod tym zdjęciem niczego nie zdementowała, nie skrytykowała koleżanki. Odpowiedziała za to bardzo przychylnym komentarzem:

sylwia spurek

 
Spurek wspomina również często o potrzebie „natychmiastowej” izolacji „sprawcy” od „ofiary”. Według niej decyzję w tej sprawie powinien być podejmować nie tylko sąd jak jest teraz, ale także zwykły policjant, wydając nakaz opuszczenie lokalu np. na okres 14 dni. W jaki sposób miałoby się to odbywać, aby nie prowadziło to do nadużyć, gdzie fałszywa ofiara, sama będąca nierzadko sprawcą nie mogła tego wykorzystywać do krzywdzenia partnera „na legalu”? Nie wiadomo, Spurek powiedziała tylko w jednym z wywiadów, że takie rozwiązania byłoby stosowane jedynie „w wyjątkowych okolicznościach” (ale jakie to okoliczności i co je definiuje?) oraz, że takie rozwiązanie jest rzekomo standardem w Austrii.

Próbowałem szukać informacji na temat tego jak działa system przeciwdziałania przemocy domowej w Austrii, ale nic o tym rodzaju izolacji nie znalazłem. W zasadzie to w ogóle pierwsze słyszę żeby gdziekolwiek stosowano takie rozwiązania. W każdym cywilizowanym kraju normą jest sądowa kontrola nad działaniem policji, to jedna z podstaw demokratycznego państwa prawa i praw obywatelskich. To sąd wydaje decyzje w takich sprawach jak eksmisja z mieszkania, zakaz zbliżania czy nakaz przeszukania lokalu.

Wiem tylko, że jak w Hiszpanii przekombinowano, tak że niemal automatycznie można każdego zatrzymać na 48h pod zarzutem bycia sprawcą przemocy domowej, doprowadziło to do bardzo dużej liczby fałszywych oskarżeń, o czym pisałem w tym tekście, podobnie stało się również w Izraelu. A w Polsce nawet przy obecnych zasadach fałszywe oskarżenia o przemoc są powszechną zagrywką przy rozwodach, zwaną przez prawników „metodą na bitą żonę”. Takie pomysły jakie prezentuje Sylwia Spurek były już wcześniej przedstawiane przez Centrum Praw Kobiet, nie zostały przyjęte, ani nawet podjęte pod głosowanie nie tylko w czasie rządów PO, ale nawet SLD.

Trzeba również pamiętać, że to mogłoby nie tylko prowadzić do nadużywania fałszywych oskarżeń, ale także do nadużyć policji wobec obywateli. Sprawy Igora Stachowiaka, Tomasza Komendy czy Tomasza Krajewskiego z Nawsia Brzosteckiego pokazują do czego mogą prowadzić nadużycia funkcjonariuszów policji wobec zwykłych ludzi.

Tu też kłania się taka feministyczna „logika”. Według wielu feministek w policji na ogół pracują źli ludzie, podobno źle traktują np. ofiary gwałtów. Ale ci sami „źli ludzie” nie będą nadużywać uprawnień przy wyrzucaniu ludzi z mieszkań. Sama zresztą Sylwia Spurek dość często wrzuca na swoich social mediach informacje, że ktoś został niesłusznie aresztowany albo zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, bo dokładnie takim sprawami zajmuje się biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. A sam Adam Bodnar zaapelował ostatnio do Ministra Sprawiedliwości o potrzebę zmiany prawa, aby ludzie mogli łatwiej uzyskiwać odszkodowanie za niesłuszne oskarżenia.

Takich logicznych nieścisłości w działaniu pani Spurek jest więcej. Przykładowo prowadzi kampanie według których dawanie klapsa dziecku to przemoc. Ale nie przeszkadza jej to w twierdzeniu, że przemoc ma płeć męską, chociaż to matki dają dzieciom klapsy częściej od ojców. Potrafi w tym samym wywiadzie stwierdzić, że wielu mężczyzn nie zgłasza przemocy ze względu na społeczne stereotypy i jednocześnie powołać się na statystyki oparte na zgłoszonych sprawach (w dodatku z błędem, powielając mit 90%). Mówi o tym, że przemocy doświadczają kobiety, jak i dzieci, mężczyźni, osoby starsze i osoby niepełnosprawne. Ale wszystkie kampanie o przemocy domowej z jej strony poświęcone są tylko kobietom jako ofiarom. Potrafi odnieść się do mężczyzn w niby bardziej przyjazny sposób, mówiąc, że większość mężczyzn nie stosuje przemocy i zachęca ich do współdziałania przeciw przemocy, ale potem sama ich dyskryminuje i pomija, i dziwi się, że mężczyźni nie chcą z nią współpracować.

Na koniec dodam taki troszkę mniej istotny fakt. Sylwia Spurek była w przeszłości także wykładowczynią Gender studies na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Polskiej Akademii Nauk. O kontrowersjach tyczących się tej dziedziny wiedzy, pisałem w ostatnim artykule.

 

Społeczny odbiór i reakcja na działalność Sylwii Spurek

Jak już pisałem, mniej więcej w końcówce 2017 r. Spurek w końcu zwróciła na siebie uwagę opinii publicznej. Dużo ludzi zareagowało ostrym sprzeciwem. Zarówno w internecie, jak i realnym świecie. Początkowo głosy krytyki można było znaleźć na Facebooku. Następnie temat trafił na bardzo podatny grunt w serwisie Wykop. Znaleziska z nią w roli głównej (w negatywnym tego słowa znaczeniu) biją rekordy popularności. Dla przykładu ten wpis ma już ponad 4100 głosów na plus i zaledwie 34 na minus, a liczba wyświetleń przekroczyła liczbę 84 tys.

Poza internetem zostały również podjęte kroki w świecie rzeczywistym. Sabina Gatti, od lat zajmująca się obalaniem stereotypów dotyczących płci i przemocy domowej napisała list otwarty do samej Sylwii Spurek, a także pisma w tej sprawie do Rzecznika Praw Obywatelskich i Ministra Sprawiedliwości. Następnie napisała również drugi list otwarty do Sylwii Spurek, jako że na pierwszy nie dostała odpowiedzi, pomimo upomnienia w tej sprawie ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości.

Maciej Wójcik, działający jako Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn w Polsce również podjął działanie w tej sprawie pisząc list otwarty do Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o odwołanie Sylwii Spurek. Adam Bodnar w odpowiedzi odmówił dymisji pani Spurek, udzielił też dość wymijających odpowiedzi na pytania dotyczące dyskryminacji mężczyzn w Polsce, które padły przy okazji.

W sieci można znaleźć również petycję w sprawie odwołania Sylwii Spurek, zachęcam wszystkich do jej podpisania.

Temat w pewnym stopniu przebił się również do mass mediów, wpierw wspomniał o tym dziennikarz RMF FM, a ostatnio o krytyce Spurek przez Społecznego Rzecznika Praw Mężczyzn napisał portal Wirtualna Polska.

 
Z kolei dnia 7 marca 2019 r. w Warszawie odbędzie się Manifestacja w sprawie odwołania Sylwii Spurek ze stanowiska. Więcej szczegółów poniżej:
https://www.facebook.com/events/258592068191344/

Podwójne standardy w kwestii samobójstwa rozszerzonego i kiepski poziom dziennikarstwa w Polsce

Sprawa Tomasza M.

 
Na początek ważna informacja. Nic nie usprawiedliwia zabicia niewinnego dziecka. Ten artykuł nie jest pisany w tym celu, a wszelkie wypowiedzi w tym tonie osobiście potępiam.

Ale przechodząc do rzeczy, dziś pozwolę sobie poruszyć tragiczną sprawę Tomasza M., który na terenie sali zabaw na warszawskim Bemowie miał otruć siebie i syna. Prawdopodobnie było to tzw. samobójstwo rozszerzone.

 

Czym jest samobójstwo rozszerzone?

Samobójstwo rozszerzone to sytuacja, w której człowiek pod wpływem silnego zaburzenia depresyjnego lub psychotycznego postawiania nie tylko zabić siebie, ale także jakąś bliską osobę. Motywacja do samobójstwa rozszerzonego wynika z chęci oszczędzenia cierpień najbliższym, niezależnie od racjonalności tego założenia. W skrócie osoba dokonująca samobójstwa rozszerzonego postrzega świat jako miejsce samych cierpień, stąd postanawia „zabrać ze sobą” jakąś bliską osobę lub kilka osób, najczęściej z własnej rodziny. Np. matka zabija dzieci i popełnia samobójstwo, syn zabija rodziców i popełnia samobójstwo itd.

Tak prawdopodobnie było w sprawie Tomasza M., który walczył o kontakt ze swoimi dziećmi. Jego żona po tym jak postanowiła odejść do nowego partnera starała się możliwie ograniczyć jego kontakty z dziećmi, łamiąc postanowienia sądu, oskarżając go przemoc, a nawet molestowanie dzieci. Ojciec napisał łącznie kilkadziesiąt pism i listów do różnych instytucji w Polsce z prośbą o pomoc. Na niewiele to się zdało. W ostatnich z listów pisał, że czuje się coraz bardziej zrozpaczony i wykończony. Ostatecznie doszło do tragedii, 25 listopada minionego roku Tomasz M. wraz ze swoim synem w czasie realizacji kontaktów pod okiem kuratora na terenie placu zabaw udali się na chwilę to łazienki, następnie znaleziono ich nieprzytomnych obok pustych pojemników po truciźnie. Pomimo natychmiastowej reanimacji, obydwoje zmarli w szpitalu, sekcja zwłok potwierdziła że przyczyną śmierci była niewydolność krążeniowo-oddechowa. Prawdopodobnie ojciec otruł siebie i syna. O całej sprawie możemy poczytać na portalu Wirtualna Polska.

Tekst na WP to niemalże jedyny artykuł, który opisał tę sprawę całościowo. W innych artykułach możemy tylko poczytać o „ojcu mordercy”, „ojciec zabił siebie i syna” itd. Jednak kiedy samobójstwa rozszerzonego dopuszcza się kobieta, zwłaszcza matka, wówczas artykuły wyglądają troszkę inaczej. Pisze się np.:

„Dwa zabójstwa dzieci w Lubinie. Kobieta przeszła załamanie? NOWE FAKTY”

„Samobójstwo rozszerzone – to główna hipoteza śledczych dotycząca dramatu, jaki w sobotę wydarzył się w jednym z mieszkań w Gdyni”

„Matka i troje dzieci nie żyją. Śledczy: Najbardziej prawdopodobne jest samobójstwo rozszerzone”

„Temat numeru: Matka zabiła dzieci i skończyła ze sobą. Dramat polskiej rodziny na Wyspach”

„LUBIN: Matka zabiła dzieci. Miała rozpocząć leczenie psychiatryczne”

 

Wykorzystanie tragedii do ataku na organizacje ojcowskie

W związku ze sprawą w Gazecie Wyborczej okazał się niniejszy artykuł. Co do Dzielnego Taty, w pełni uzasadnione jest potępienie wypowiedzi typu „dał życie to i je zabrał” (chociaż odnoszę wrażenie, że to jakaś prześmiewcza parafraza feministycznych powiedzonek typu „moje ciało, moja sprawa”, a nie zdanie wypowiedziane na poważnie, ale to i tak słabe). Jednak ten artykuł odniósł się agresywnie nie dość, że do całej organizacji (pomimo wpisów ojców, którzy jasno podkreślali, że nic nie usprawiedliwia zabicia dziecka czy wypowiedzi, że może tam w ogóle nie było samobójstwa, a ojciec i syn zostali zamordowali przez kogoś innego) to w dodatku do ogółu organizacji ojcowskich, których w Polsce poza Dzielnym Tatą jest kilka, czy nawet kilkanaście.

Osobiście smutno mi z powodu, że Dzielny Tata dał się tak podłożyć. Pomimo kontrowersji organizacja kojarzyła mi się raczej pozytywnie. Pamiętam jak na DT-TV w serwisie bambuser było nagranie gdzie członkowie Dzielnego Taty rozmawiali na spokojnie z panią sędzią sądu rodzinnego, która również przyszła na manifestację, bo sama na co dzień dostrzega wady obecnego systemu. Organizacja pomaga także kobietom, czego przykładem jest Joanna Niciejewska. Mieli również pierwszy wymierny sukces jakim było zniesienie automatycznego ograniczenia władzy rodzicielskiej jednemu z rodziców po rozstaniu (prawie zawsze był to ojciec), które nastąpiło w sierpniu 2015 r. To była w ogóle pierwsza instytucja w Polsce, z której czerpałem pierwsze informacje na temat dyskryminacji ojców w naszym kraju. Czy uda im się odbudować zaufanie ludzi i pogonić oszołomstwo ze swoich szeregów, czas pokaże, wszystko zależy od ich samych.

Wracając do artykułu, tak jak już mówiłem poza DT w Polsce istnieje wiele innych organizacji walczących o prawa ojców. Natomiast artykuł odniósł się lekceważąco do samej idei walki z dyskryminacją ojców w sądach rodzinnych, sugerując wręcz, że nawet film „Tato” z Bogusławem Lindą nie pokazywał nam prawdy o tym zjawisku. Tymczasem Marek Michalak, będący do niedawna Rzecznikiem Praw Dziecka podawał, że rocznie trafia do niego przeszło 25 tys. spraw dotyczących problemu alienacji rodzicielskiej, przez większość kadencji to był główny problem, z którym musiał się zmierzyć, dlatego prowadził tego typu kampanie. O tym problemie od dawna mówi wielu ekspertów, jak znana psycholog dziecięca dr Aleksandra Piotrowska, pod linkiem do posłuchania jej rozmowa z Markiem Michalakiem, bardzo dużo faktów na temat.

O powszechności fałszywych oskarżeń o pedofilię przy rozwodach mówią czołowi polscy seksuolodzy, psychiatrzy i biegli sądowi, jak prof. Lew Starowicz, dr Ewa Milewska, czy dr. Barbara Gujska, do poczytania na temat.

To, że wysokość alimentów w Polsce jest przyznawana na widzimisię sądów na podstawie „możliwości zarobkowych” to również jest prawda, bo przecież nie ma u nas tabeli alimentacyjnej, takiej jak np. w Niemczech. A pieniądze niekoniecznie idą na dzieci. Polecam artykuł doświadczonej adwokatki opisującej jak to wygląda naprawdę.

Te wszystkie informacje są ogólnodostępne. Ale cóż, kiedy założyciel strony Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn zadał pytanie autorce artykułu na temat Tomasza M. i Dzielnego Taty, czy jest w stanie napisać rzetelny artykuł na temat ruchów ojcowskich czy ruchów praw mężczyzn odpowiedziała tak:

Wiktoria Beczek

 

Inne serwisy internetowe nie wypadły lepiej

Co zrobiło wiele innych portali internetowych? Przekleili tezy z artykuły na Gazecie Wyborczej niemalże metodą copy-paste. Stąd właśnie napisałem w tytule o kiepskim poziomie polskiego dziennikarstwa. Objawia się to tym, że kiedy jeden portal coś napisze, inne bezrefleksyjnie powielają informację. Tak było np. z Grą w Wielkiego Wieloryba, która miała nakłaniać młodzież do wykonywania różnych zadań, a ostatecznie do popełnienia samobójstwa. Sprawa w Polsce zrobiła się na tyle głośnia, że zaangażowało się w nią Kuratorium Oświaty i prokuratura (i słusznie bo lepiej sprawdzić taką informację zanim dojdzie do tragedii). Jak się jednak okazało, coś takiego jak gra „Niebieski Wieloryb” zwyczajnie nie istnieje. Plotka rozeszła się prostą metodą „głuchego telefonu”. Wpierw napisała o nim rosyjska Novaya Gazeta w bardzo mało rzetelnym artykule, potem brytyjski The Sun, następnie masa polskich portali, kopiując jedne od drugich. Ten sam schemat był ze słynną „zabawą w słoneczko”, której źródłem były wypowiedzi pisane dla jaj na jednym z polskich forów.

Tak samo można znaleźć artykuły, których źródłem są zagraniczne portale, oficjalnie zamieszczające fejkowe historie dla humoru. Albo na podstawie troll-wątków na kafeterii. Dlatego polecam zawsze sprawdzać informacje, które zobaczycie w internecie, jak i w czołowych mediach.

Wszyscy kłamią, więc wierzmy w dowody, a nie w słowa

Wszyscy kłamią

 
Swego czasu bardzo dużą popularnością cieszył się serial „Dr House”, gdzie główny bohater – Dr Gregory House, będący bardzo ekscentrycznym ale jednocześnie genialnym i skutecznym lekarzem zwykł mawiać „everybody lies”, czyli „wszyscy kłamią”. House dobrze wiedział, że jego pacjenci potrafią mijać się z prawdą, mając ku temu różne motywacje, chęć ukrycia zdrady małżeńskiej, depresji przed rodziną, brania narkotyków przed rodzicami, brania dopingu, w przypadku sportowców itd. Wiedział też, że nie tyczy się to tylko jego pacjentów, ale ludzi w ogóle.

I jakkolwiek wyrażenie „wszyscy kłamią” brzmi niewygodnie i nieprzyjemnie, jest ono w 100% prawdziwe. Próżno szukać choćby jednego naukowca, który nie przyznałby racji temu, że każdy człowiek na świecie dopuści się w swoim życiu co najmniej jednego kłamstwa. Jedni kłamią częściej inni rzadziej, ale nie ma ludzi, którzy by nie skłamali chociaż raz w życiu, to jest praktycznie niemożliwe. Nie mówimy teraz o części, ani nawet o większości ludzkości, tylko o pełnym 100% ludzi na ziemi. Mało tego jak pokazują badania naukowe, ludzie kłamią średnio…. od 2 do 200 razy na dobę. Oczywiście mi również zdarza się kłamać, tak jak i wam drodzy czytelnicy, i nawet nie kłamcie, że jest inaczej.

 

Domniemanie niewinności – absolutny fundament prawa i praw człowieka

Domniemanie niewinności, według którego człowiek jest niewinny, dopóki nie udowodni mu się winy, to jedna z najważniejszych podstaw prawa. Bez niej człowiek byłby praktycznie pozbawiony wszelkich praw, nie miałby prawa do wolności, bo można go w każdej chwili zamknąć bez powodu, nie miałby prawa do własności, bo można mu w każdej chwili odebrać majątek, albo wyłudzać pieniądze w ramach szantażu, ani też prawa do wolności słowa, bo za głoszenie poglądów, które chociaż w minimalnym stopniu komuś się nie spodobały, zostałby spacyfikowany fałszywym oskarżeniem i skazaniem za niewinność. Nie miałby nawet prawa do zwykłej ludzkiej godności, całe życie można by go szantażować, niszczyć psychicznie, na co nie mógłby nic poradzić.

Zasada domniemania niewinności wynika także z logiki. To tezę trzeba udowodnić, a nie jej zaprzeczenie. Np. to że nie ma dowodu na to, że mój sąsiad nie jest purpurowym nosorożcem, nie oznacza, że jest on purpurowym nosorożcem. To tezę o tym, że jest purpurowym nosorożcem trzeba udowodnić. Stąd jedna z paremii prawnych głosi: „Ei incumbit probatio qui dicit, non qui negat”, czyli „Ciężar dowodu spoczywa na tym, kto twierdzi, a nie na tym, kto zaprzecza”.

Z tymże wbrew temu co sądzą niektórzy ciężar dowodu w sprawie karnej nie spoczywa na ofierze przestępstwa, tylko na prokuraturze. To prokurator występuje w sprawie sądowej w roli oskarżyciela i przedstawia zebrane dowody, starając się przekonać sąd, że są one wystarczające do wydania wyroku skazującego. Do zebrania dowodów potrzebny jest sztab ludzi, policjantów i różnych ekspertów, którzy zbadają miejsce zbrodni, lekarza, który zrobi obdukcję, pracowników laboratorium, którzy zbadają materiał biologiczny i inne ślady, różnej maści biegłych itd. itd. W przydatku morderstwa ofiara nie żyje, i siłą rzeczy nie może uczestniczyć w sprawie, ale policja i prokuratura i tak badają sprawę. Ofiara może nie móc brać udziału w śledztwie także z innych powodów jak jej stan psychiczny, czy potrzeba hospitalizacji, ale tak czy inaczej organy ścigania szukają dowodów, do tego właśnie są powołane.

Natomiast oskarżony nie musi udowadniać niewinności. Jeśli akurat ma alibi, może je przedstawić policji i prokuraturze, co pozwala na szybkie zakończenie sprawy. Ale jego brak nie niesie ze sobą żadnych skutków prawnych, gdyż brak dowodów na niewinność nie oznacza, że jest winny. A w większości wypadków udowodnienie niewinności jest zwyczajnie niemożliwe, przykładowo nikt nie jest w stanie pokazać dowodu, że nie jest złodziejem butów.

Te same zasady dotyczą również innych dziedzin poza prawem. Przykładowo, jeśli uważam, że dokonałem wielkiego odkrycia naukowego, muszę to udowodnić, żebym mógł dostać nagrodę Nobla. Same słowa nie wystarczają, bo powiedzieć można wszystko. Tak samo tu na blogu mogę napisać zdanie: „Miliard mężczyzn w Polsce pada ofiarą przemocy domowej ze strony partnerek”. Jest to niemożliwe, bo w Polsce nawet nie mieszka miliard mężczyzn, ale napisać mogę, od samego napisania to nie staje się prawdą. Dlatego właśnie jeśli podaję już jakieś fakty (prawdziwe) to przytaczam źródła, bo wiem, że nikt nie ma obowiązku wierzyć we wszystko co napiszę, bez źródeł ten blog byłby bezwartościowy.

Wracając do domniemania niewinności, wbrew temu co próbują wmawiać niektóre feministki, nie jest zasadą dotyczącą tylko procesu karnego. Domniemanie niewinności ma wymiar zarówno procesowy, jak i pozaprocesowy. W przypadku tego drugiego, chodzi o to, że każdy ma obowiązek powstrzymać się przed podejmowaniem niekorzystnych kroków wobec oskarżonego zanim jego wina nie zostanie udowodniona. Nie można np. zwolnić go z pracy, poddawać linczowi społecznemu, czy opisywać go w mediach jako sprawcę zanim jego wina nie zostanie udowodniona. Dlatego, że każdy ma prawo do dobrego imienia, a domniemanie niewinności to tzw. domniemanie wzruszalne, czyli takie które może zostać obalone dopiero przez wykazanie winy. Więcej na ten temat w świetnym artykule mec. Anny Węgrzyn.

Domniemanie niewinności ma również ogromne znaczenie dla gospodarki. W ekonomii funkcjonuje takie określenie jak reżimowa niepewność. W skrócie chodzi o to, że w kraju, w którym prawo nie gwarantuje ochrony praw obywatelskich i praw własności nikomu nie opłaca się podejmować przedsiębiorczego i twórczego działania. Nie opłaca się podejmować inwestycji, jeśli w każdej chwili rząd może znacjonalizować twoją firmę/fabrykę czy przejąć twój majątek. W sytuacji skrajnej, czyli w państwie totalitarnym, gdzie można nawet zostać zamkniętym w więzieniu/obozie bez powodu ludzie tracą motywację w ogóle do jakiekolwiek pracy, zdobywania wykształcenia itd. Kto tylko może próbuje też zwyczajnie uciekać za granicę. W mniejszej skali problem reżimowej niepewności może wystąpić również w państwie demokratycznym, duża biurokracja, niejasne przepisy, czy nadmierna skłonność rządu do nagłego podnoszenia podatków odstraszają przedsiębiorców i inwestorów, powodując odpływ kapitału do państw o przyjaźniejszym klimacie politycznym i gospodarczym.

 

Kłamstwo – siła napędowa totalitaryzmu

W państwach totalitarnych kłamstwo odgrywa zasadniczą rolę, dzięki której rządzący mogą utrzymywać się przy władzy. Przede wszystkim brakuje podstawowych praw obywatelskich jak domniemanie niewinności, prawo do sprawiedliwego procesu czy wolność słowa.

Władze mogą więc bez przeszkód likwidować przeciwników politycznych i osoby niewygodne, skazując je na śmierć lub zamykając w więzieniu/obozie. Każdego można uznać za „szpiega”, „wroga ludu”, „zdrajcę Rzeszy” itp. czy oskarżyć o dowolne przestępstwo. Tu nikt nie jest bezpieczny, nawet prominenty działacz partyjny może z dnia na dzień zostać uznany za wroga, spiskowca i zostać skazany bez żadnych dowodów. W ZSRR w czasie procesów moskiewskich skazano na śmierć większość dawnych przywódców bolszewickich, w tym nawet człowieka, który przed laty uratował Stalinowi życie, na jego pytanie „czy wie czym jest wdzięczność?” Stalin odpowiedział: „wdzięczność to cecha psów”.

Poza tym dochodzi fakt, że w takich warunkach zwykli ludzie również wykorzystują donosy i fałszywe oskarżenia do własnych celów i osobistych porachunków. Jest to również celowy zabieg ze strony władzy totalitarnej. Nawet najlepiej zorganizowane służby nie są w stanie stale inwigilować i kontrolować wszystkich obywateli. A tak to obywatele sami inwigilują i kontrolą siebie nawzajem. Niszczy się więzi międzyludzkie, nie można już nikomu ufać, nawet w obrębie własnej rodziny. W ten sposób niszczy się do reszty wszelkie namiastki opozycji wobec władzy.

Jak wiemy z historii skutki takiej polityki są po prostu przerażające. W samym tylko XX w. reżimy totalitarne wymordowały 170 mln niewinnych ludzi. I to nie licząc ofiar dwóch wojen światowych. I mówimy teraz o samych ofiarach śmiertelnych. Łączna liczba ludzi, którzy stracili życie albo zostali skrzywdzeni w inny sposób: spędzili lata w łagrach, obozach koncentracyjnych, stracili majątki, rodziny, zostali niesłusznie zamknięci w zakładach psychiatrycznych (jak sowieckie psychuszki) itd. sięga spokojnie setek milionów ludzi. To tak gdyby ktoś się zastanawiał na ile ważna jest ochrona podstawowych praw obywatelskich jak domniemanie niewinności, prawo do sprawiedliwego procesu, czy wolność słowa.

Drugim elementem wykorzystania kłamstw w systemie totalitarnym jest rzecz jasna propaganda. Mając pełną kontrolę nad mediami, a także kulturą i sztuką władza może bez trudu oszukiwać społeczeństwo, prezentując siebie w pozytywnym świetle, zaszczepiać wrogość wobec przeciwników, fałszować dane gospodarcze (propaganda sukcesu), tuszować swoje zbrodnie itd. Bardzo ważną rolę odgrywa tu również cenzura, niedopuszczanie do powszechnego odbioru odmiennych źródeł informacji, demaskujących działanie władzy.

Kończąc ten wątek pragnę zauważyć, że żaden totalitaryzm nie powstaje z dnia na dzień. To dzieje się stopniowo. W taki sposób Adolf Hitler tłumaczył się przed społeczeństwem po „Nocy długich noży”: „Jeśli ktokolwiek wypomni mi to pytając dlaczego nie odwołałem się do zwykłych sądów, oto co powiem: W tej godzinie byłem odpowiedzialny za los narodu niemieckiego, a przez to stałem się sędzią najwyższym tego ludu”. Resztę historii znamy.

I zawsze będzie istnieć grupa ludzi, którym marzy się władza totalitarna, dążąc do celu stopniowo, sprawdzając reakcje opinii publicznej. Dlatego jako społeczeństwo zawsze musimy reagować na wszelkie naruszenia uczciwego procesu, domniemania niewinności, wolności słowa itd. Czy robi to Hitler, Stalin, czy jakaś nawiedzona feministka, musimy reagować i się temu przeciwstawiać, zanim obudzimy się z ręką w nocniku.

 

W koszmarze fałszywych oskarżeń

Nawet w państwie demokratycznym, gdzie obowiązuje zasada domniemania niewinności, prawo do sprawiedliwego procesu i zasada in dubio pro reo (wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego) występuje problem fałszywych oskarżeń. Przede wszystkim nadal nie wszyscy rozumieją pozaprocesowy charakter domniemania niewinności. Brakuje też odpowiednio wysokich kar za fałszywe oskarżenia.

Dlatego powszechnym jest wykorzystywanie fałszywych oskarżeń o przemoc domową i fałszywych oskarżeń o pedofilię przy sprawach rozwodowych (i nie tylko). Z wielu różnych powodów, mamy powszechne fałszywe oskarżenia o gwałt. Do tego dochodzą fałszywe oskarżenia o molestowanie, które nawet nie ma ścisłej definicji. A do tego to wszystko idzie dalej, pojawią się wymyślne określenia, jak oskarżenia o „niewłaściwe zachowanie„, „mowę nienawiści”, „mikroagresję”, o które można oskarżać każdego, bo nie są one precyzyjne określone.

Fałszywe oskarżenia to głównie broń, którą kobiety wykorzystują przeciwko mężczyznom, ale w zasadzie coraz bardziej dochodzimy do momentu, gdzie każdy może oskarżyć każdego o wszystko.

Ostatnio nawet tak postępowa osoba, jak Jane Kate Rowling została oskarżona o rasizm. Powodem oskarżenia było to, że rolę Nagini, czyli węża Lorda Voldemorta, która w przeszłości była zwykłą kobietą dobrowolnie odegrała aktorka azjatyckiego pochodzenia. Dodajmy, że książki J. K. Rowling o Harrym Potterze to jest wręcz manifest tolerancji. Voldemort jako główny czarny bohater jest tu swego rodzaju Hitlerem, dyskryminującym nie w pełni czystej krwi czarodziei. J. K. Rowling napisała także swego czasu na Twitterze, że Dumbledore, czyli najpotężniejszy czarodziej w powieści jest… gejem.

O czym już pisałem w innych artykułach w ramach #MeToo absurdalne oskarżenia trafiły nawet w działaczy feministycznych jak Jakub Dymek, Aziz Ansari, Justin Trudeau, Cristina Garcia (to akurat kobieta i w dodatku jedna z liderek #MeToo), a ostatnio nawet w samego Michaela Kimmela. Rewolucja zjadająca swoje dzieci, już nie ma kogo dopadać.

Fałszywe oskarżenia są stosowane także do walki politycznej i ideologicznej. Tak jak to było w przypadku Bretta Kavanaugha, Patricka Browna, Carla Sargenta i wielu innych. Prezydent mojego miasta (wybaczcie ale z przyczyn osobistych nie podaję dokładnych danych) spotkał się w czasie ostatniej kampanii wyborczej z zarzutami o różne czyny typu „przekroczenie uprawnień”, nic nie zostało potwierdzone w śledztwie, a jeden z przeciwników politycznych dał się swego czasu przyłapać na stwierdzeniu, „że trzeba go wsadzić”, żeby móc z nim wygrać. Dodam tylko, że wspomniany prezydent jednak wygrał wybory na drugą kadencję.

Dariusz Matecki w czasie ostatnich wyborów został pomówiony o bycie „damskim bokserem”, bo mając 10 lat pokłócił się z koleżanką (bez żadnych rękoczynów). Wygrał o to proces z Platformą Obywatelską, która musiała zamieścić publiczne przeprosiny. Jaok z pyta.pl, z kolei został oskarżony przez Antifę o uderzenie kobiety, co było pretekstem do ataku na jego osobę. Jak jednak wykazało nagranie, nawet jej nie dotknął. Przy okazji na nagraniu widzimy jak feministki zasłaniały całą sytuację niebieską wstęgą (symbolizującą sprzeciw wobec przemocy) przed policją, żeby Antifowcy mogli bić dziennikarza.

Do tego wszystkiego dochodzi masowe banowanie ludzi w mediach społecznościwych za poglądy. Spotkało to już tak wielu ludzi z tak błahych powodów, że chyba każdy wie o co chodzi, a może być jeszcze gorzej (widmo ACTA2). W dodatku blogerzy potrafią ucierpieć także w realnym świecie. Dwie feministki ostatnio doprowadziły do zamknięcia bloga pomagającego mężczyznom przy rozwodzie. Marek Kotoński spotkał się w związku z swoją działalnością z całą masą hejterów, wystarczy zajrzeć na jego forum Bracia Samcy, i w prawym górnym rogu mamy szereg wygranych spraw sądowych i publicznych przeprosin od ludzi, którzy go pomawiali, stalkowali i naruszali jego dobra osobiste. Znając trochę środowisku blogerskie znam również wiele historii blogerów zaszczutych przez hejterów i stalkerów, to już temat na osobny artykuł.

Fałszywe oskarżenia zwłaszcza o poważne rzeczy jak gwałt czy pedofilia mają także swoją szokującą specyfikę pod tym względem, że jednocześnie są bardzo łatwe do wykonania i jednocześnie potrafią przynieść fatalne konsekwencje. Mogą doprowadzić do samobójstwa, niesłusznego skazania, załamania psychicznego, utraty kontaktu z dziećmi, zniszczenie kariery. Równocześnie uderzają w rodzinę osoby oskarżonej, która również spotyka z ostracyzmem społecznym, dzieci spotykają się z drwinami kolegów itd. Oberwać może także wiele więcej ludzi, jeśli oskarżony jest np. przedsiębiorcą, lekarzem, wynalazcą itp. Czyli prostym do wykonania ruchem można bardzo zaszkodzić dużej grupie osób. W dodatku jest to atak nie wprost, ofiara nawet w nim nie uczestniczy. W związku z tym, nie da się przed nim bronić, nie obroni nas żaden gaz pieprzowy, ani drzwi antywłamaniowe. Jedyne co nas broni to domniemanie niewinności. Ale musimy je wzmocnić, zwłaszcza co jego wymiaru pozaprocesowego oraz potrzeba nam podwyższenia kar za fałszywe oskarżenia. Tak samo musimy się przeciwstawiać skompromitowanej już akcji #MeToo, która zaczyna niszczyć relacje męsko-damskie, do tego stopnia, że mężczyźni zaczynają unikać udzielanie pierwszej pomocy kobietom, a nowe zasady na Wall Street pokazują, że niszczy to relacje mężczyzn i kobiet w pracy, zniechęca do zatrudniania kobiet, blokuje im kariery itd.

 

Małe uwagi na koniec

Żeby ktoś mnie źle nie rozumiał. Przesłaniem artykułu jest apel o zdrowy rozsądek i niewyciąganie pochopnych wniosków. I coś co był określił zdaniem: „Pomagaj nie szkodząc”. Do mnie też zwracają się różni ludzie z prośbą o pomoc i porady. Zdarzają się też picerzy i mitomani, bo raz że wśród mężczyzn też są ludzie, którzy kłamią, a dwa nikomu nie odmawiam pomocy, kobietom też odpisuję. No ale ja nigdy nie wchodzę w konflikty między ludźmi, nie oceniam kto ma rację, nie pokazuję palcem kto jest tym złym. Natomiast odpowiadając na pytania typu „Co prawo mówi na temat…..?”, „A jakie są w Polsce organizacje wspierające prawa ojców?”, „A gdzie szuka się pomocy w przypadku bycia ofiarą przemocy?”, to nawet gdyby ktoś mnie okłamał nic wielkiego się nie stanie, prawda i tak wyjdzie na jaw. Sprawy czysto kryminalne zostawiam z kolei policji, prokuraturze i sądom, bo one od tego właśnie są.

Sprawa Bretta Kavanaugha – czyli fałszywe oskarżenia o gwałt jako narzędzie walki politycznej

Brett Kavanaugh

 
Niedawne zaprzysiężenie Bretta Kavanaugha na sędziego Sądu Najwyższego USA nie obyło się bez skandalu. Otóż jak tylko prezydent Donald Trump zgłosił jego kandydaturę zaczęły się protesty ze strony zwolenników Partii Demokratycznej, jako że Kavanaugh znany jest ze swoich konserwatywnych poglądów. Chuck Schumer, senator z ramienia Partii Demokratycznej zapowiedział nawet, że trzeba zatrzymać tę nominację „wszelkimi sposobami”. No i pojawiły się absurdalne oskarżenia o napaści seksualne, które teraz omówię.

 

Dr Christine Ford i oskarżenie o próbę gwałtu sprzed 36 lat

Niedługo po zgłoszeniu kandydatury Kavanaugha, mężczyzna który przez ponad 30 lat swojej kariery miał nieposzlakowaną opinię, który wcześniej przed objęciem każdego ważnego stanowiska był już łącznie 6 razy prześwietlany przez FBI pod kontem ewentualnego złamania prawa teraz został oskarżony o próbę gwałtu przez Dr psychologii Christine Ford. Do zdarzenia miało dość…. 36 lat temu. Dodam, że kolejnym „przypadkiem” jest tu fakt, że Ford zanim oficjalnie oskarżyła Kavanaugha, wpierw zrobiła to w liście do Dianne Feinstein, czyli przedstawicielki Partii Demokratycznej w senackiej komisji sądownictwa.

Na potwierdzenie zarzutów nie znalazły się rzecz jasna żadne dowody. W dodatku zeznania pani Ford w ogóle nie trzymały się kupy. Twierdziła, że Kavanaugh dopuścił się wobec niej próby gwałtu na imprezie gdy miał 17 lat, a ona 15 lat, co skończyło się „niepowodzeniem” ze względu na to, że miała pod ubraniem jednoczęściowy stój kąpielowy. Jednak nie potrafiła wskazać kiedy (w jakim miesiącu) miała mieć miejsce ta impreza ani tego gdzie miała się ona odbyć . Nie była też w stanie przedstawić żadnych, choćby ogólnych faktów dotyczących zdarzenia, takich jak kto ją przywiózł i odwiózł z imprezy kilka kilometrów od domu, ile osób było w pomieszczeniu, jak wiele alkoholu wypiła, dlaczego nie ostrzegła innych przed gwałcicielem? Itd. Wskazała również na kilku świadków, którzy mieli być na tej imprezie, ale żadna z tych osób nie potwierdziła jej wersji wydarzeń, ani nawet tego, że Kavanaugh był w ogóle obecny na tej samej imprezie.

Jednocześnie w obronie Kavanaugha stanęło 65 kobiet, które go znają jeszcze od czasów liceum, zgodnie twierdząc, że zawsze traktował on kobiety z przyzwoitością i szacunkiem.

Z kolei protesty przeciwko kandydaturze pana Kavanaugha okazały się być finansowane, a nie spontaniczne, co niechcący wygadała Shawna Thomas. W dodatku Christine Ford na całej ten sprawie zarobiła 700 tys. dolarów dzięki zbiórce na crowdfundingowej platformie GoFundMe. Jak mówi stare powiedzenie „jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze”.

I generalnie na tym cała szopka powinna się skończyć, ale skoro kandydaturę Kavanaugha trzeba było zatrzymać „wszelkimi sposobami”, to Show Must Go On. Zaczęły się więc pojawiać kolejne oskarżenia, jeszcze bardziej absurdalne.

 

Lewicowa aktywistka Judy Munro-Leighton również oskarżyła Kavanaugha o gwałt, a potem przyznała się do kłamstwa

Judy Munro-Leighton wysłała list do senator Kamali Harris z Partii Demokratycznej, podpisując się jako „Jane Doe”, w którym twierdziła, że Kavanaugh zgwałcił ją na tylnym siedzeniu samochodu wielu lat temu. Po pewnym czasie jednak wysłała list do FBI, w którym przyznała, że wszystko to zmyśliła. Jak przyznała nigdy nawet nie spotkała rzekomego sprawcy. Wymyśliła historię, bo „była wkurzona”, i „chciała zwrócić na siebie uwagę”.

 

Julie Swetnick i jej opowieści rodem z książek Markiza de Sade

Julie Swetnick to trzecia z kobiet, która postanowiła oskarżyć Kavanaugha. Jednak jej wersja wydarzeń była całkowicie oderwana od rzeczywistości. Twierdzi ona, że przychodziła 7 razy pod rząd na imprezę, na której dochodziło do zbiorowych gwałtów. Proste logiczne pytanie: Skoro wiedziała, co dzieje się na tych imprezach dlaczego przychodziła na nie ponownie? I to 7 razy? Liczyła, że w końcu i ją zgwałcą? Do 7 razu sztuka? Czy co? Absurd goni absurd.

Jak wyszło na jaw, Swetnick jest kobietą z zaburzeniami psychicznymi. W przeszłości przegrała proces ze swoim pracodawcą, któremu musiała zapłacić 60 tys. dolarów za pomówienia. Jej były chłopak twierdzi, że groziła jemu i jego rodzinie i udało mu się nawet uzyskać sądowy zakaz zbliżania się do niego.

Pomimo całej tej kampanii nienawiści Brett Kavanaugh został oczyszczony z zarzutów w wyniku powtórzonego śledztwa FBI i został zaprzysiężony na sędziego Sądu Najwyższego 7 października tego roku.

 

Donald Trump: „To przerażające czasy dla młodych mężczyzn”

Kiedy Trump obejmował prezydenturę w USA, wielu Amerykanów liczyło na zmianę absurdalnych zasad w sprawie oskarżeń o gwałty i molestowania na Kampusach, łamiących fundamentalne prawa do domniemania niewinności i sprawiedliwego procesu, o których już kiedyś pisałem.

I faktycznie, jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było powołanie na stanowisko Sekretarza Edukacji Stanów Zjednoczonych Betsy DeVos, która cofnęła założenia „Dear Colleague” z czasów administracji Baracka Obamy. Obecnie trwają prace nad wdrożeniem nowych, bardziej sprawiedliwych zasad na uczelnie.

Natomiast sprawa Kavanaugha ponownie wywołała Trumpa do tablicy w sprawie fałszywych oskarżeń. Publicznie stwierdził, że nadeszły naprawdę przerażające czasy dla młodych mężczyzn, kiedy tak łatwo można każdego oskarżyć o coś czego nie zrobił. I potrzeba nam przywrócenia elementarnych zasad domniemania niewinności i sprawiedliwego procesu, traktowanych na poważnie, a nie „po macoszemu”.

Co więcej sam Trump w czasie kampanii był atakowany fałszywymi oskarżeniami o molestowanie. Kobiety oskarżające Trumpa były opłacane przez sponsorów kampanii prezydenckiej Hilary Clinton. Co jest w tym wszystkim najbardziej kuriozalne, to że lewicowi politycy i feministki, którzy najbardziej próbują bagatelizować problem fałszywych oskarżeń, sami otwarcie używają fałszywych oskarżeń jako broń w walce politycznej. To tak jakby jakaś organizacja terrorystyczna głosiła, że terroryzm to wcale nie taki wielki problem, na zasadzie „zaufaj mi, jestem terrorystą”.

Co będzie dalej, na dzień dzisiejszy trudno powiedzieć. Natomiast faktem jest, że po raz pierwszy od dłuższego czasu jakiś liczący się polityk poruszył publicznie temat praw mężczyzn. Możemy to uznać za pozytywny precedens.