Obalamy feministyczne mity: Kultura gwałtu w Polsce?

Kultura gwałtu

 
Czy w naszym kraju panuje jak to określają feministki „kultura gwałtu”? O tym w dzisiejszym odcinku mojej własnej serii „Myth Busters”.

 

Społeczny odbiór gwałtu

Określenie „kultura gwałtu” sugerowałoby, że sprawcy tego przestępstwa są gloryfikowani. Czy w takiej kulturze właśnie żyjemy? Czy gwałciciele zostają autorytetami moralnymi? Czy czerpią jakieś benefity z tego tytułu?

Rzeczywistość oczywiście wygląda dokładnie odwrotnie. To własnie przestępcy seksualni należą do najbardziej potępianych przez społeczeństwo grup ludzi. Nawet wśród innych przestępców znajdą się oni na dnie przestępczej hierarchii.

Jednocześnie ofiary gwałtów w naszej kulturze są przedstawiane wręcz jako metafora cierpienia, ktoś komu trzeba współczuć. Można się spotkać z określaniami, że np. coś „było jak gwałt”, w rozumieniu, że to było coś okropnego, krzywdzącego.

Feministki jako „dowód” na istnienie kultury gwałtu lubią przytaczać różne medialne wypowiedzi pasujące pod ich teorie o bagatelizowaniu gwałtu czy obwinianiu ofiary. Jednocześnie jednak ignorują, jaki jest społeczny odbiór takich wypowiedzi. Tymczasem to zawsze wygląda tak: ktoś coś „palnie” i zaczyna mieć przesrane z tego tytułu. Musi tysiąc razy przepraszać i tłumaczyć się przed społeczeństwem. I nawet po latach jest mu to wypominane. Temat gwałtu niewątpliwie jest tematem bardzo delikatnym, przez jedno nieostrożnie rzucone słowo można się wpakować na minę.

W dodatku to gwałt na mężczyźnie jest traktowany mnie poważnie niż gwałt na kobiecie, jest to temat tabu, więc tym bardziej feministyczne tezy nie wytrzymują tu zderzenia z rzeczywistością.

 

Częstotliwość przestępstwa zgwałcenia w Polsce

Każdy gwałt to o jeden za dużo. Jednak feministki próbują tu udowodnić, że gwałty są zjawiskiem powszechnym, bo żyjemy w kulturze gwałtu i jest to na przyzwolenie. Tu feministyczna machina propagandy przekracza wszelkie granice.

Najlepszy sposób to oczywiście do gwałtów dodać molestowanie, które według feministycznych definicji oznacza po prostu wszystko. Prymat wiodą rzecz jasna słynne badania Fundacji Ster. Według nich 87% Polek padło ofiarą „jakieś formy molestowania”. Ale w tym całe 77,5% przypadków zaliczonych tu jako „molestowanie” to…. opowiadanie nieprzyzwoitych dowcipów i włączanie podtekstów seksualnych do rozmowy. W dodatku badanie zostało przeprowadzone na zaledwie 451 kobietach (typowy błąd małej próby badawczej), a w samym raporcie możemy przeczytać, że „próba nie jest reprezentatywna”. Tego nawet nie można nazwać manipulacją, to jest dosłowne robienie sobie jaj z poważnego tematu.

Same autorki badania przyznały, że „inspiracją” do jego przeprowadzenia były wyniki badań Agencji Praw Podstawowych wg których Polska należy do krajów o najmniejszej liczbie przestępstw seksualnych wobec kobiet.

Ale to jeszcze nie wszystko. Według badań Fundacji Ster, 90% kobiecych ofiar „gwałtów i molestowań” nie zgłasza sprawy na policję. Tu mamy ważną rzecz do zrozumienia, za molestowanie nadal w tym badaniu uważa się głównie opowiadanie kawałów. Dlatego jeśli mamy taką sytuację: mężczyzna opowiedział kobiecie dowcip o seksie, kobieta następnie nie zgłosiła tego na policję, więc znajduje się w tych 90% „niezgłoszonych gwałtów i molestowań”. W ten sposób feministki próbują również wywierać wrażenie, że samych gwałtów jest tak naprawdę duża ilość, tylko umyka to statystykom policyjnym.

Co tymczasem tak naprawdę mówią nam badania? Według badań Agencji Praw Podstawowych, przeprowadzonych na 42 tys. kobiet z 28 krajów Europy w Polsce na policję jest zgłaszanych około 26% gwałtów, co daje Polsce drugie miejsce w Europie pod tym względem. Przy tym 26% są to same zgłoszenia na policję. Ofiary zgłaszają się także np. do szpitala (18%), czy do lekarza (22%). Tyle, że w tym pytaniu można było wybrać kilka opcji jednocześnie, więc te liczby nie dodają się do 100%. Wiadomo więc, że zgłaszanych jest co najmniej 26% gwałtów, ale ile dokładnie nie wiadomo.

OK, ale załóżmy nawet niewysoki odsetek, powiedzmy trzydziestu kilku procent, czyli np. 1/3. I teraz tak, według statystyk policyjnych, rocznie w Polsce stwierdzonych (odrzucamy przy okazji oskarżenia fałszywe) przestępstw zgwałcenia jest średnio 1,2 tys. rocznie. Jeśli nawet byłoby ich 3 razy więcej, to wyszłoby około 3,6 tys. rocznie. W dodatku w tych danych policyjnych to nie są tylko gwałty na kobietach, są w tym jeszcze gwałty na mężczyznach i dzieciach. Więc liczba samych gwałtów na kobietach byłaby mniejsza niż te 3,6 tys. 

Co mówią jeszcze inne badania? Np. badania OBOP wskazują, że około 3% kobiet pada ofiarą gwałtu. Dane Niebieskiej Linii mówią nam, że przy zgłaszaniu przemocy domowej w 91,22% przypadków jest to przemoc psychiczna; 57,07% przemoc fizyczna; 10,98% przemoc ekonomiczna; 6,83% przemoc seksualna; 1,95% zaniedbanie.

Polska w ogóle jest krajem bezpiecznym. Wśród mieszkańców naszego kraju 86% deklaruje, że czuje się w Polsce bezpiecznie, 93% że czuje się bezpiecznie w okolicy, w której mieszka

 

Rzekoma bezkarność sprawców

Paul Britton, największy na świecie specjalista od profilowania przestępców i prekursor tej dziedziny wiedzy w swoim bestsellerze „Profil mordercy” przedstawił jasny obraz przestępców seksualnych. Stanowią oni zaledwie niewielki odsetek społeczeństwa, ale większość z nich trafia do więzienia lub szpitala psychiatrycznego. Kiedy popełniają swoje pierwsze poważne przestępstwo jak gwałt zazwyczaj są już dobrze znani policji, jako że byli już wcześniej notowani za lżejsze przestępstwa, od których zaczynają jak ekshibicjonizm, podglądanie czy kradzieże bielizny.

W Polsce wykrywalność  gwałtów wynosi 95,8%, tak jest już od 2010 r. Jeszcze kilka lat wcześniej wynosiła ona 82%, w ciągu kilku lat wzrosła o prawie 14% i utrzymuje się na wysokim poziomie.

Jest to wynik stałego postępu w dziedzinie kryminalistyki. Jak można wyczytać w literaturze na ten temat, ciało reaguje zupełnie inaczej przy gwałcie niż przy dobrowolnym, nawet bardzo ostrym seksie, zupełnie inaczej zaciskają się mięśnie pochwy, zostają charakterystyczne ślady. Dzięki badaniu z włosa można ustalić co do dnia jakie substancje zostały podane danej osobie (jak np. pigułka gwałtu) nawet do kilku miesięcy od zdarzenia. Prawdziwa ofiara gwałtu zachowuje się inaczej niż osoba, która kłamie itd. itd. Przynajmniej tak jest przy gwałcie na kobiecie, jak to jest z gwałtem na mężczyźnie nie wiem, ale w sumie jak już kiedyś pisałem większość męskich ofiar gwałtu odnosi obrażenia, więc ślady również powinny zostać.

Kolejna kwestia to karanie przestępców seksualnych. Tutaj ulubionym argumentem feministek są wyroki w zawieszeniu. Szkoda tylko, że nie podają ludziom do wiadomości, że ten problem w Polsce został już rozwiązany. Nowelizacja kodeksu karnego z 1 lipca 2015 r. sprawiła, że wyrok w zawieszeniu może zostać wydany tylko dla przestępstwa, którego wymiar nie przekracza jednego roku. Tymczasem przestępstwo zgwałcenia jest zagrożone karą od 2 do 12 lat. Ba, zmiana prawa była właśnie głównie motywowana zbyt częstymi zawiasami właśnie za gwałty. Tak to argumentowali politycy.

Dodam tylko, że przed tym 2015 r. odsetek wyroków w zawieszeniu za gwałty wynosił około 30%. Również uważam, że to było za dużo. Tyle, że przyczyną nie była żadna „kultura gwałtu” a ogólnie wysoki odsetek wydawania wyroków w zawieszeniu, sięgający w Polsce 56%. Przyczyna to przepełnione więzienia, żeby rozwiązać ten problem potrzeba nam nowoczesnych rozwiązań jak dozór elektroniczny, areszt domowy, więcej kar grzywny i ograniczenia wolności dla lżejszych przestępców. Zamiast dalej pakować ludzi do więzienia za pierdoły typu jazda po pijaku na rowerze, czy alimenty. No i zauważmy, że to kobiety gwałcicielki i kobiety rzucające fałszywe oskarżenia są bardziej bezkarne względem przestępców seksualnych płci męskiej.

 

Przesłuchanie i ogólne traktowanie ofiary gwałtu w Polsce

Czy faktycznie wygląda to tak źle, jak opisują to feministyczne artykuły? Zacznę od tego, że dość długo szukałem źródła skąd właściwie one to biorą? I jak się okazało praktycznie jedynym źródłem używanym aż po dziś dzień jest…. raport Feminoteki z 2000 r. Dokładnie tak, nieaktualizowany od 18 lat, przedstawiający sytuację z lat 90-tych kiedy policja była wręcz w fatalnym stanie, brakowało specjalistów, zatrudniano po znajomości byłych milicjantów i SB-ków. Oczywiście o tym jak traktowało się mężczyzn zgłaszających przemoc, ani mru mru. 

Od tego czasu wielokrotnie w Polsce zmieniała się procedura przyjmowania ofiary gwałtu, działanie policji i innych służb było wielokrotnie monitorowane, a w samych tego typu szkoleniach regularnie biorą udział same organizacje feministyczne jak Centrum Praw Kobiet, czy Feminoteka.

 
I tak chronologicznie, co zrobiono w Polsce w tym zakresie:

  1. W 1999 r. Ministerstwo Sprawiedliwości we współpracy z instytucjami i organizacjami rządowymi i pozarządowymi przygotowało Polską Kartę Praw Ofiar.
  2. W 11 grudnia 2000 r. Prokurator Generalny wydał wytyczne , których celem było wypracowanie reguł postępowania z ofiarami zgwałceń zapobiegających wtórnej wiktymizacji. Zwrócono w nich uwagę na kwestię właściwego przesłuchania pokrzywdzonego i szczególną staranność przesłuchiwania w charakterze świadka ofiary zgwałcenia, w celu zapewnienia jej należytej ochrony przed zbędnymi dolegliwościami postępowania.
  3. W kolejnych Wytycznych z 9 kwietnia 2001 r. zalecono, aby przesłuchanie takie było jednorazowe, chyba że ujawnią się okoliczności uzasadniające konieczność przesłuchania uzupełniającego. Czas i miejsce przesłuchania należy ustalać w taki sposób, aby nie narażać osoby pokrzywdzonej na kontakt z osobą podejrzaną o popełnienie przestępstwa. 
  4. W najnowszych Wytycznych z 20 lutego 2009 r. zalecono zaś, aby stałą praktyką organów ścigania były działania zapewniające pokrzywdzonym korzystanie z przysługujących im uprawnień procesowych oraz istniejących form wspierania: finansowego, psychologicznego, terapeutycznego, socjalnego oraz każdego innego niezbędnego dla zapewnienia im ochrony i poczucia bezpieczeństwa osobistego.
  5. W 2003 r. z inicjatywy Towarzystwa Rodziny i Centrum Praw Kobiet przeprowadzono ogólnopolską akcję „Gwałt”. W programie prowadzonym przez przedstawicieli różnych zawodów: prokuratora, seksuologa, psychologa i psychoterapeutę uczestniczyli funkcjonariusze z większości komend wojewódzkich. Akcja miała na celu uwrażliwienie policjantów na potrzeby osób pokrzywdzonych tym przestępstwem, wskazanie metod postępowania wobec tej grupy ofiar, sposobu prowadzenia przesłuchań, a także przyczynienie się do przeprowadzenia szkoleń dla policjantów pod kątem zachowań w stosunku do ofiar.
  6. Na przełomie 2005 i 2006 r. przeprowadzono kolejny monitoring poświęcony przestrzeganiu praw ofiar zgwałcenia w postępowaniu przygotowawczym. Badaniem zostały objęte miejskie komendy, komisariaty gminne i wiejskie w województwie małopolskim, śląskim i podkarpackim.
  7. W 2009 r. powstał Krajowy Program na rzecz Ofiar Przestępstw na lata 2009-2013. Celem Programu było wypracowanie i wdrożenie systemowych rozwiązań służących udzieleniu pomocy ofiarom przestępstw oraz wzmocnieniu ich pozycji w systemie prawnym i społecznym.
  8. Z inicjatywy Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania oraz w wyniku prac międzyresortowych w ramach Platformy działania „Stop przemocy seksualnej w Polsce” została opracowana, a następnie 25 listopada 2010 r. podpisana „Procedura postępowania Policji i placówki medycznej z ofiarą przestępstw seksualnych”. Została ona upowszechniona w placówkach opieki medycznej i jednostkach Policji.
  9. W 2014 r. przestępstwo zgwałcenia stało się przestępstwem ściganym z urzędu, a nie jak wcześniej na wniosek ofiary. Wprowadzono również kolejne procedury dotyczące przesłuchania ofiary, jak nagrywanie składanych zeznań, aby przesłuchanie ofiary odbywało się tylko raz. Powtórne przesłuchanie ofiary odbywa się tylko w wyjątkowych okolicznościach, jeśli akurat wymaga tego śledztwo.

 
Obecnie procedura przesłuchania ofiary gwałtu w Polsce wygląda następująco:

  1. Na początku, kiedy ofiara zgłasza się na policję jest tylko wstępnie przesłuchiwana, udziela najważniejszych informacji. Ofiara ma prawo zażądać aby przyjęła ją osoba tej samej płci.
  2. Następnym krokiem, bardzo istotnym jest badanie lekarskie. Ofiara może samodzielnie udać się do ginekologa lub poprosić policję, aby zawiozła ją do szpitala. Badanie przeprowadza się w celu zebrania i zabezpieczenia materiału dowodowego, a także aby sprawdzić czy nie doszło do uszkodzenia ciała, choroby wenerycznej i jeśli potencjalna ofiara jest kobietą, czy nie zaszła w ciążę, i nie trzeba będzie podać pigułki „72 h po”.
  3. Dopiero po wykonaniu badania lekarskiego odbywa się właściwe przesłuchanie. Odbywa się ono w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu w budynku sądu zapewniającym komfort psychiczny i przy obecności psychologa. Przesłuchanie to jest nagrywane (obraz i dźwięk), aby można było jej odtworzyć na sprawie sądowej. Odbywa się ono tylko raz, chyba że zaszły jakieś wyjątkowe okoliczności wymagające jego powtórzenia. Konfrontacja potencjalnej ofiary z oskarżonym na późniejszej rozprawie sądowej nie jest konieczna, może się to odbyć za pomocą telekonferencji.

 
Na koniec dodam tylko, że nie twierdzę, że wszystkie posterunki policji i wszystkie sądy działają u nas idealnie, ale nie da się zwyczajnie nie zauważyć ile czasu poświęca się temu tematowi, ile nagromadziło się reform, szkoleń, zmian procedury itd. Nijak nie pasuje to do „kultury gwałtu”. Mam też nadzieję, że kolejnym krokiem będzie również wzrost świadomości, co do tego, że mężczyźni również padają ofiarami gwałtów.

Reklamy

Dyskryminacja mężczyzn w Indiach – o czym nie usłyszycie w mainstreamowych mediach?

Dyskryminacja mężczyzn w Indiach

 

Indie w ostatnich latach w zachodnich mediach są przedstawiane jako kraj, w którym bardzo dyskryminuje się kobiety. Na każdym kroku dyskryminacja i przemoc wobec kobiet, rzekomo tolerowana przez społeczeństwo. Jednak obraz ten jest w dużym stopniu zakłamany oraz nie mówi się o wielu przykładach na dyskryminację płci męskiej, która w rzeczywistości przekroczyła w tym kraju wszelką skalę. Ale po kolei.

 

Jak media przekłamują obraz Indii?

Zacznę od tego, że trudno ten kraj nazwać „patriarchalnym”, jako że według tutejszej tradycji, to kobieta jest głową rodziny, konkretnie to teściowa panny młodej. W feministycznych artykułach bardzo często pisze się, że kobieta w Indiach wychodząc za mąż przechodzi pod panowanie „męża i jego rodziny”, ale to, że tak czy inaczej to kobieta stoi na czele rodu, to ona rozdziela pieniądze, które przynoszą do domu mężczyźni i o wszystkim decyduje już można pominąć, ot szczególik.

Jeśli idzie o przemoc wobec kobiet, kłaniają się dwie sprawy. Po pierwsze w Indiach obowiązuje system kastowy. A to sprawia, że ofiarami przemocy padają głównie kobiety z niższych kast. Ale tak samo ofiarami padają również mężczyźni z niższych kast. To nie dyskryminacja ze względu na płeć, tylko ze względu na przynależność do klasy społecznej. Indie to w dodatku bardzo skorumpowany kraj, dlatego wyższą pozycję, bardziej bezkarną zajmują osoby z elit, zarówno mężczyźni jak i kobiety.

A druga kwestia, przemoc wobec kobiet w Indiach nie jest ani powszechna ani tym bardziej społecznie akceptowana. Tutaj zachodnie media w ostatnich latach, bardzo mocno zafałszowały obraz. Otóż, co do gwałtów na kobietach, o których mówi się najwięcej. Podaje się nieustannie liczbę gwałtów rocznie, „zapominając” dodać, że to dane pochodzące z kraju, gdzie żyje ponad miliard ludzi, dokładnie to 1,3 mld ludności. Uwzględniając liczbę ludności, Indie mają jeden z najniższych odsetków gwałtów na świecie. Nie wierzycie? Zajrzymy po dane liczby gwałtów na 100 tys. mieszkańców w poszczególnych krajach. W Indiach mamy mniej gwałtów niż w USA i większości krajów Europy zachodniej.

Mało tego, te dane są i tak mocno zawyżone, i to z dwóch powodów. Po pierwsze za gwałciciela według prawa w Indiach uważa się także mężczyznę, który….. zerwał zaręczyny. Facet uprawiał seks z kobietą, której „obiecał małżeństwo”, nie ożenił się, według prawa jest skazywany jako gwałciciel. I taka absurdalna konstrukcja prawna, zawyża oficjalne statystyki. A druga sprawa, w Indiach bardzo powszechne są fałszywe oskarżenia o gwałt. Już nawet oficjalne dane rządowe przedstawiane przez Delhi Commission for Women, mówią o tym, że 53% oskarżeń o gwałt to oskarżenia fałszywe. Faktyczna liczba fałszywych oskarżeń prawdopodobnie jest jeszcze większa.

Kolejna kwestia, w ostatnich kilku latach zachodnie media bombardują nas szokującymi wydarzeniami z Indii jak np. zbiorowy gwałt, które zdarzają się w każdym jednym kraju na świecie, sugerując jakby to była jakaś indyjska norma. W dodatku jak wyszło na jaw, niektóre z tych zdarzeń były tylko kaczką dziennikarską i w ogóle nie miały miejsca. W efekcie tej nagonki na Indie, ten biedny kraj, gdzie nadal miliony ludzi żyje w biedzie, a dzieci mieszkają na ulicach bardzo mocno ucierpiał gospodarczo przez załamanie się turystyki.

No i kwestia rzekomej akceptacji przemocy wobec kobiet przez społeczeństwo. Jest to czysta bzdura. Kary za gwałty na kobietach, jak i inne formy przemoc wobec kobiet są surowo karane przez prawo. Oraz powszechne są w tym kraju lincze na przestępcach seksualnych, a nawet tylko oskarżonych o gwałt. Czy można mówić o akceptowaniu przemocy wobec kobiet w kraju, gdzie wielotysięczny tłum potrafi wziąć szturmem więzienie, żeby dokonać linczu ze skutkiem śmiertelnym na mężczyźnie oskarżonym o gwałt, czekającym na proces w areszcie? Kłania się zwykła logika. W dodatku w Indiach temat przemocy wobec kobiet jest non stop maglowany w mediach, nie ma drugiego takiego tematu, który byłby tak często podejmowany.

 

Prawna dyskryminacja mężczyzn w Indiach

Jak już wspominałem w Indiach bardzo powszechne są fałszywe oskarżenia o gwałt, a prawna definicja gwałtu obejmuje nawet zerwane zaręczyny. A to dopiero początek przykładów. Według indyjskiego prawa tylko kobieta może zostać uznana ofiarą przemocy domowej oraz tylko kobieta może zostać uznana ofiarą gwałtu. Tak więc przemoc domowa wobec mężczyzn i gwałt na mężczyźnie są legalne. W ostatnich latach podejmowano próby zmiany przepisów o przemocy na neutralne płciowo, ale wszystkie zostały zablokowane przez feministyczny establishment, który w ostatnich latach stał się bardzo silny w tym kraju.

Ale co najgorsze, w 1983 r. w Indiach weszło w życie prawo chroniące kobiety przed tzw. zabójstwami posagowymi. Zanim napiszę co jest nie tak z tym prawem wpierw parę słów wyjaśnienia co do samego pojęcia posagu i zabójstwa posagowego. Otóż jedną z indyjskich tradycji było wnoszenie posagu przez rodzinę kobiety biorącej ślub. Z tą tradycją od lat próbuje się walczyć jako, że prowadzi do różnych patologii takich jak znane wam już pewnie przypadki aborcji selektywnych ze względu na płeć czy nawet zabijanie dziewczynek przez rodziców z przyczyn finansowych. Dlatego w 1961 r. instytucja posagu została prawnie zakazana. Jednak część Hindusów o bardziej tradycjonalistycznych poglądach nadal kontynuuje stosowanie tradycji posagu.

Natomiast tzw. zabójstwo posagowe to sytuacja, w której wymusza się na kobiecie wniesienie wyższego posagu poprzez stosowanie przemocy, gróźb co może doprowadzić do jej śmierci lub samobójstwa.

OK, to co w takim razie poszło nie tak, z prawem z 1983 r., słynnym już paragrafem 498A IPC? Otóż system prawny został tak skonstruowany, że wystarczy, że kobieta tylko zgłosi, że padła ofiarą „napastowania posagowego” i mężczyzna wraz całą swoją rodziną (nawet łącznie z dziećmi) automatycznie trafia do aresztu i staje w obliczu wieloletniej batalii sądowej, grozi mu też 3 lata więzienia jeśli zostaje uznany za winnego. A w zasadzie to tak było do 2014 r., kiedy Sąd Najwyższy zakazał aresztowania bez dowodu. Ale po kolei.  

Taki obrót spraw doprowadził do ogromnej ilości fałszywych oskarżeń z tytułu 498A IPC. A w efekcie do ogromnej ilości niesłusznych aresztowań, przejmowania majątków na drodze szantażu i samobójstw fałszywie oskarżonych czy zastraszonych oskarżeniem mężczyzn.

A teraz trochę danych liczbowych. Na koniec 2015 r. statystyki wyglądały następująco: Z tytułu 498A IPC zostało aresztowanych łącznie 2,716,915 osób; w tym 2,112,264 mężczyzn; 604,651 kobiet i 7,707 nieletnich (krewni oskarżonego). Z czego tylko 276,640 okazało się być winnymi i skazanymi. Natomiast 477,986 spraw nadal czeka na rozpatrzenie, to 45% wszystkich spraw oczekujących na proces sądowy w Indiach. Etycy, prawnicy i obrońcy praw człowieka określają to prawo jako „legal terrorist”, „prawny terroryzm”

W końcu w 2014 r. Sąd Najwyższy Indii zakazał aresztowania bez dowodu, wydając specjalne wytyczne jakie kryteria powinny zostać spełnione, aby oskarżony z tytułu 498A mógł zostać tymczasowo aresztowany. I sam Sąd Najwyższy przyznał, że prawo to było wykorzystywane przez kobiety „bardziej jako broń, niż jako tarcza”. Niemniej jednak nadal fałszywe oskarżenia i szantaże są wykorzystywane na masową skalę, ponieważ brakuje stosownych kar za fałszywe oskarżenia i nadal jest to sposób na zniszczenie drugiego człowieka, który musi wówczas stanąć w batalii sądowej w kraju, gdzie takie sprawy trwają całymi latami, a system prawny i sądowniczy jest mocno patologiczny i skorumpowany. W dodatku osoby oskarżone z tytułu 498A spotykają się z ostracyzmem społeczeństwa oraz są narażeni na zostanie ofiarą linczu.

To jeszcze nie wszystko. Anty-męskich przepisów prawa w Indiach jest więcej. Przykładowo, jeśli żona w ciągu 7 lat od zawarcia związku małżeńskiego zginie w pożarze lub na skutek nieszczęśliwego wypadku mężczyzna może zostać uznanym winnym „śmierci posagowej”. Inny przykład, cudzołóstwo jest w Indiach prawnie karane ale tylko dla mężczyzn, kobiety dopuszczające się cudzołóstwa nie są karane.

 

Indyjski ruch na rzecz praw mężczyzn i Deepika Bhardwaj

Od lat 80-tych w Indiach zaczęły powstawać organizacje broniące praw mężczyzn, takie jak np. Save Indian Family, czy Vaastav Foundation, pomagające mężczyznom padającym ofiarą fałszywego oskarżenia z tytułu 498A, męskich ofiarom przemocy domowej, ojcom walczącym o swoje dzieci itd. Walczą także o wprowadzenie neutralnych płciowo przepisów prawnych co do przemocy, tak aby mężczyzna również mógł zostać uznany za ofiarę przemocy domowej czy ofiarę gwałtu lub molestowania. Na przestrzeni lat to właśnie indyjskie organizacje MRA stały się największe na świecie, przebijając nawet te amerykańskie. Pierwszym wymiernym sukcesem była wspomniana wcześniej decyzja Sądu Najwyższego z 2014 r.

Co ciekawe największym wojownikiem o prawa mężczyzn w Indiach jest…. kobieta. Deepika Bhardwaj, indyjska dziennikarka i producentka filmów dokumentalnych, będąc niejednokrotnie świadkiem cierpienia mężczyzn (także z jej własnej rodziny) przez fałszywe oskarżenia o napastowanie posagowe postanowiła nagłośnić temat w opinii publicznej. W tym celu nakręciła film dokumentalny pt. „Martyrs of Marriage”. W swojej działalności podejmuje się również tematyki dyskryminacji mężczyzn także w pozostałych kwestiach. Więcej o tej kobiecie w tym krótkim artykule oraz w tym dłuższym.

 
Wystąpienie Deepiki Bhardwaj w TEDx Talks, gdzie omawia te wszystkie sprawy, które dziś opisałem: 

 
Trailer filmu „Martyrs of Marriage”:

Polowanie na czarownice w sprawach oskarżeń o gwałt na amerykańskich kampusach

Fałszywe oskarżenia o gwałt na kampusach

 

Jednym z największych mitów rozpowszechnianych przez organizacje feministyczne od wielu lat jest rzekoma epidemia gwałtów i molestowań na amerykańskich uczelniach (kampusach). Od całych dekad powtarza się kłamliwie, że 1 na 4 lub 1 na 5 studentek pada ofiarą przemocy seksualnej.

Żeby zorientować się jak wielką jest to bujdą, wystarczy zajrzeć do metodologii tychże feministycznych „badań”. Pisała o tym już przed laty Christina Hoff Sommers, w swojej słynnej książce „Who Stole Feminism?”. Autorka opisała dokładnie jak wyglądało badanie sponsorowane przez MS magazine (feministyczne czasopismo) w 1985 r. na studentach college’u w USA, które miało wykazać, że około 25% kobiet w wieku 20 lat było ofiarami gwałtu lub próby gwałtu. Jak się okazuje za „gwałt” w tym badaniu uznawało się nawet jeśli kobieta dobrowolnie zgodziła się na seks po odrobinie alkoholu, bo alkohol „osłabił jej racjonalny osąd”. W rzeczywistości 73% kobiet uznanych za „zgwałcone” nie czuło się ofiarami gwałtu, a 40% z nich ponownie zdecydowało się na seks ze „sprawcą”. 

Oczywiście takie manipulacje stosuje się do dzisiaj. I pani Hoff Sommers nadal je śledzi. Np. poniżej podaje w jaki sposób odsetek kobiecych ofiar zawyża się z 2,5% do 20%. Hoff Sommers też nie jest jedyną osobą, która podnosi ten temat. O tych feministycznych manipulacjach w sprawie przemocy seksualnej powstają już całe książki, jak np. „Rape Culture Hysteria”, Wendy McElroy czy „The Campus Rape Frenzy: The Attack on Due Process at America’s Universities”, KC Johnson, Stuart Taylor JR. Jeśli chodzi o tę drugą pozycję, można również zobaczyć prezentację na YouTube przedstawiającą najważniejsze dane z książki.

Pytanie zasadnicze, po co to wszystko? Czemu mają służyć aż takie kłamstwa i manipulacje? Jak już wiemy, celem feminizmu nie jest żadne równouprawnienie, tylko ciągła walka z płcią męską, co jest ładnie kamuflowane pod nazwą „walki z patriarchatem”. Manipulacje zmierzają do celu, jakim jest atak na domniemanie niewinności i rzetelne procesy przy oskarżeniach o gwałt, bo wiadomo że łatwiej jest fałszywie oskarżyć mężczyznę. Tu zaznaczam, że jaka by tak naprawdę nie była liczba przestępstw i tak w niczym nie usprawiedliwia to łamania fundamentów prawa jakimi są domniemanie niewinności i prawo do sprawiedliwego procesu. Są to jedne z najbardziej podstawowych praw człowieka. Jak wiemy z historii, brak tych zasad przynosi straszliwe konsekwencje. Przykładowo w ZSRR do łagrów zamknięto od 40 do 60 mln niewinnych ludzi, a pozostałe 300 mln mieszkańców żyło w ciągłych strachu, że każdego dnia może przyjść po nich NKWD i wysłać ich na Syberię. Takie życie jest gorsze od śmierci, dlatego mieszkańcy ZSRR próbowali masowo uciekać z kraju z narażeniem życia lub zwyczajnie popełniali samobójstwa. Podobnie wyglądało to w innych państwach totalitarnych, III Rzeszy Niemieckiej, maoistycznych Chinach, Kambodży za czasów Pol-Pota czy obecnie w Korei Północnej. Dlatego ludzi atakujących domniemanie niewinności i rzetelnie procesy trzeba nazywać po imieniu, zbrodniarzami, bo właśnie dokładnie nimi są.

Ale tak jak już mówiłem, te wszystkie manipulacje są robione po coś, a nie tak po prostu. Przejdźmy zatem konkretnie do tematu. 

 

Szalona i tragiczna w skutkach dyrektywa Departamentu Edukacji USA za czasów Obamy

W 2011 r. Russlynn H. Ali, sekretarz Departamentu Edukacji USA ds. Praw obywatelskich wydała specjalną dyrektywę skierowaną do uczelni wyższych dotyczącą przemocy seksualnej. Powołując się na tzw. Title IX (podstawowy akt prawny mówiący o tym, że studenci mają prawo do edukacji wolnej od dyskryminacji ze względu na płeć) nakazała uczelniom przyjąć specjalne wytyczne, których nieprzyjęcie skutkować będzie utratą funduszy z rządu federalnego. 

Uczelnie zostały zobowiązane do powoływanie komisji dyscyplinarnych, które mają sprawdzać każdą sprawę oskarżenia studenta o gwałt, niezależnie od działania lokalnej policji. Pomysł jest o tyle absurdalny, że takie komisje złożone z profesorów, studentów i dziekanów nie posiadają kompetencji aby badać tak poważnych spraw jaki są sprawy o gwałt, podobnie jak nie są w stanie przeprowadzić śledztwa w sprawach morderstw czy porwań. Takie komisje do tej pory powoływano w takich sprawach jak np. oskarżenie o ściąganie na egzaminach, czy plagiatu pracy dyplomowej, a nie w poważnych sprawach kryminalnych, które wymagają specyficznej wiedzy i narzędzi badawczych.

Co gorsza, uczelnie zostały zobowiązane do przyjęcia najniższego progu dowodowego jakim jest „przewaga dowodów”, czyli krótko mówiąc student może zostać uznany za winnego nie jeśli winę udowodni się „ponad wszelką wątpliwość” (co najmniej 98% szansy na winę), ani nawet przy „jasnym i przekonywującym dowodzie” (około 80%), tylko jeśli szansa na jego winę wynosi nieco ponad 50%, choćby było to zaledwie 50,01%. Wygląda to jak zamach na edukację młodych mężczyzn. Praktycznie można tak zniszczyć karierę każdego wybranego studenta. Jaki cudem więc wprowadzono takie rozwiązanie w oparciu o akt prawny mówiący o równości dla obojga płci? Jawna kpina.

Jakie skutki przyniósł taki obrót spraw? Nietrudno zgadnąć. Fala fałszywych oskarżeń studentów o gwałt. Fałszywe oskarżenie stało się bardzo prostą w wykonaniu zemstą np. na byłym chłopaku, czy formą racjonalizowania żałowanej decyzji o pójściu do łóżka z danym facetem lub po prostu próbą zdobycia atencji ze strony otoczenia. W tej chwili już nawet oficjalne dane na szczeblu rządowym mówią o tym, że 90% oskarżeń to oskarżenia fałszywe

Aczkolwiek mokry sen feministek nie spełnił się tak do końca. Otóż studenci płci męskiej nie dali się tak po prostu zniszczyć. Fałszywie oskarżeni studenci, którym odmówiono prawa do rzetelnego procesu, sami zaczęli powoływać się na Title IX i pozywać uczelnie. Sprawy zaczęły trafiać do wyższych instytucji, takich jak Sądy Federalne. W obronie rzetelnych procesów stanęło środowisko profesorskie, pisząc w tej sprawie listy otwarte, takie jak ten z 2014 r., czy ten z 2016 r.. Powstały także organizacje w obronie studentów, tworzone przez ich rodziny takie jak, Families Advocating for Campus Equality (FACE) czy Save Our Sons, tworzone swoją drogą głównie przez kobiety, matki poszkodowanych studentów. System ten powoli odchodzi już do lamusa, jednak zanim przejdę do końcowej konkluzji pozwolę sobie opisać kilka przykładowych spraw, które są oczywiście tylko wierzchołkiem góry lodowej, ale są na tyle znamienne, że dosłownie przejdą do historii.

 

Sprawa Emmy Sulkowicz (Mattress Girl)

W 2013 r. Emma Sulkowicz, studentka sztuki wizualnej na Columbia University oskarżyła o gwałt studenta Paula Nungessera, domagając się jego wyrzucenia z uczelni. Pomimo obniżonego kryterium dowodowego student ten został oczyszczony z zarzutów. Sulkowicz nie mogąc się pogodzić się z decyzją władz uczelni w ramach protestu zaczęła nosić 50-funtowy materac, mający symbolizować ciężar jakie muszą dźwigać ofiary gwałtów, ale tak po prawdzie to był po prostu jej projekt w ramach pracy dyplomowej, o nazwie Mattress Performance (Carry That Weight)

Pomimo braku dowodów, a nawet oficjalnego uniewinnienia Nungessera, Emma Sulkowicz dostała gigantyczne wsparcie od feministycznego establishmentu. Udzielała wielu wywiadów, feministki z uczelni zaczęły współuczestniczyć w jej akcji, a Narodowa Organizacja Kobiet (National Organization for Women), czołowa organizacja feministyczna w USA przyznała jej nagrodę: „Woman of Courage” w 2016 r.

Tymczasem sprawa od samego początku śmierdziała na kilometr. Oczyszczony z zarzutów Nungesser przedstawił serię prywatnych wiadomości jaką dostawał od Emmy. Zaledwie dwa dni po rzekomym gwałcie, dziewczyna wysyłała mu pełne miłości wiadomości na Facebooku, namawiające go do bycia jej chłopakiem. W ciągu najbliższych dni przychodziła cała masa kolejnych wiadomości tej treści. Ewidentnie oskarżenie o gwałt wyglądało jak zemsta za odrzucenie. W ogóle zeznania Emmy nie trzymały się kupy. Bardzo dobrze sprawa została omówiona w artykułach Cathy Young, polecam zwłaszcza ten, oraz ten. Dodam, że Sulkowicz w 2014 r. wniosła skargę także na policję, ale i tu Nungesser został oczyszczony z zarzutów. Dziewczyna ostatecznie sama przyznała się do kłamstwa, ale nadal taszczyła swój materac jako symbol ciężaru ofiar przemocy seksualnej. Feministki zaczęły głosić, że może to i nie była prawda, ale to jest „ich prawda”. Polecam także: podsumowanie najważniejszych faktów z tej sprawy.

 

Historia pewnego artykułu w „Rolling Stone”

W czasopiśmie „Rolling Stone” w 2014 r. ukazał się artykuł pt. „A Rape on Campus”, czyli „Gwałt na kampusie”. Opisywał on szokującą historię zbiorowego gwałtu na University of Virginia na studentce Jackie Coakley w ramach rytuału inicjującego przyjęcia do bractwa Phi Kappa Psi. Bractwo zostało zawieszone, a jego członkowie spotkali się z ostracyzmem społeczeństwa, a nawet z groźbami śmierci. Jednak jak wykazało śledztwo studentka całkowicie zmyśliła historię. Czasopismo wycofało swój artykuł, a po szeregu procesów sądowych wypłaciło poszkodowanemu bractwu odszkodowanie w wysokości 1,65 mln dolarów.

 

Przypadek Judith Grossman, czyli feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda twojego syna

Judith Grossman to feministka, która wspierała feministyczne porządki na kampusach, do czasu aż fałszywe oskarżenie o gwałt spotkało jej syna. Chłopak został oskarżony przez byłą dziewczynę o „niekonsensualny seks” sprzed kilku lat. Przeszedł przez piekło procesu przed komisją dyscyplinarną, która nie gwarantuje rzetelnego ani nawet profesjonalnego procesu, w dodatku nie kieruje się zasadą domniemania niewinności, tylko „przewagi dowodów”. Został bardzo szczęśliwie uniewinniony, dzięki właśnie pomocy matki, która akurat jest prawniczką z zawodu. Grossman zdała sobie sprawę z tego, że to co się dzieje na kampusach nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, a jest tylko zwykłą antymęską nagonką. Więcej o tej historii do poczytania pod tym linkiem.

 

Betsy DeVos i koniec ery polowania na czarownice na kampusach

Na jesieni 2016 r. w Ameryce nastąpił polityczny zwrot, nowym prezydentem został Donald Trump, który na stanowisko Sekretarza Edukacji Stanów Zjednoczonych powołał Betsy DeVos. Jedną z pierwszych rzeczy jaką zajęła się nowa pani minister, to właśnie wzięcie na tapet omawianej w tym tekście kwestii. W tym celu nawet spotkała się osobiście ze studentami poszkodowanymi przez fałszywe oskarżenia. Najbardziej absurdalne rozporządzenia administracji Obamy, jak to „przewadze dowodów” odchodzą do lamusa na rzecz uczciwych procesów. Możliwe, że w ogóle sprawy o gwałt na kampusach zostaną odebrane uczelniom i przekazane na rzecz organów właściwych, do tego przeznaczonych, czyli policji i prokuratury. Czas pokaże.

Dodam na koniec, że paradoksalnie to całe zamieszanie sprawiło, że jak nigdy dotąd problem fałszywych oskarżeń o gwałt przebił się do publicznej świadomości. A poparcie dla feminizmu i utożsamianie się z tym terminem w USA drastycznie spadło. Feministki zaczęły tym samym zjadać własny ogon. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się jeszcze więcej w omawianym temacie, polecam także: ten artykuł i ten film na YouTube.

Plaga fałszywych oskarżeń o gwałt w Wielkiej Brytanii – kompromitacja wymiaru sprawiedliwości

fałszywe oskarżenie o gwałt

 

W ostatnim czasie w Wielkiej Brytanii doszło do dość osobliwego wydarzenia. Prokurator generalny Jeremy Wright zarządził aby wszystkie sprawy o gwałt z ostatnich lat zostały ponownie rozpatrzone. Skąd ta decyzja? Dlaczego przeciętny Brytyjczyk poczuł się niczym mieszkaniec Związku Sowieckiego, gdzie w każdej chwili można było aresztować niewinnego człowieka i skazać bez żadnych dowodów? Dlaczego brytyjski wymiar sprawiedliwości musi się teraz dwoić i troić, żeby odzyskać zaufanie obywateli? O tym właśnie będzie dzisiejszy wpis. 

 

Fałszywe oskarżenia o gwałt i skandaliczne błędy policji i prokuratury

Powodem powyższej decyzji o ponownym przejrzeniu spraw o gwałt było wyjście na jaw skandali związanych z fałszywymi oskarżeniami i błędami policji i prokuratury. Kilka przykładów dla zobrazowania sytuacji.

 
Sprawa 22-letniego Liama Allana:

Liam Allan został fałszywie oskarżony o 12 gwałtów przez swoją koleżankę. Policja długo nie chciała ujawnić 40 tys. wiadomości, które oskarżony otrzymał od oskarżającej, jednoznacznie wskazujących na jego niewinność. Ostatecznie został bardzo szczęśliwie oczyszczony z zarzutów po 2 latach.

 
Sprawa Danny’ego Kaya:

26-letni Danny Kay niesłusznie spędziła 2 lata w więzieniu, za gwałt, którego nie popełnił. Wszystko przez zmanipulowanie wiadomości na Facebooku, którego dokonała kobieta, która go fałszywie oskarżyła. Mężczyźnie udało się cudem wyjść na wolność, po tym jak współwięzień doradził mu w jaki sposób odzyskać usunięte wiadomości z Facebooka. Przekazał następnie tę wiedzę swojej szwagierce, która zrobiła to czego nie raczyła zrobić policja ani prokuratura, czyli znaleźć wiadomości wskazujące na jego niewinność. Nie zajęło jej to więcej niż 5 minut.   

 
Jemma Beale i jej seryjne fałszywe oskarżenia:

O tej sprawie już kiedyś wspominałem na blogu. 25-letnia Brytyjka Jemma Beale, w ciągu 3 lat fałszywie oskarżyła o gwałt kolejno 15 mężczyzn. W końcu sama została skazana za rzucanie fałszywych oskarżeń na 10 lat więzienia. No, naprawdę brawo dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, do 15 razy sztuka.   

 
Opisane powyżej przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej. W tych sprawach traf chciał, że akurat znalazły się jednoznaczne dowody wskazujące na niewinność oskarżonego. W ilu sprawach prawda nie wyszła na jaw? Jak wiele osób zostało skazanych za niewinność?

 

Dlaczego Wielka Brytania ma taki problem z fałszywymi oskarżeniami o gwałt?

W Wielkiej Brytanii od lat coraz mocniejszą pozycję zyskiwały środowiska feministyczne i to takie o orientacji niezbyt przychylnej mężczyznom. A wiadomo, że o gwałt łatwiej oskarżyć mężczyznę niż kobietę, co więcej akurat w Wielkiej Brytanii według prawa tylko mężczyzna może zostać skazany za „gwałt”, kobieta może zostać skazana tylko z innych artykułów prawnych jak np. „napaść na tle seksualnym”.  

Czytając na brytyjskich portalach informacyjnych jak wyglądają sprawy oskarżeń o gwałt w tym kraju, nietrudno wyczuć ducha feministycznego zindoktrynowania. Duże nastawienie na to, że kobieta musi mówić prawdę, pomimo wątpliwości w danej sprawie, pomimo tego, że fałszywe oskarżenia nie tylko istnieją, ale są nawet powszechne, a nawet pomimo dowodów na niewinność oskarżonego mężczyzny. Wygląda to na swego rodzaju nagonkę na płeć męską. Jesteś winny z samego faktu bycia mężczyzną. Nic dziwnego, że tak trudno wykaraskać się z fałszywego oskarżenia.

Kolejna sprawa, w UK bardzo łatwo zwykły seks może zostać uznany za gwałt. Wystarczy, że np. kobieta napiła się odrobiny alkoholu. Alison Saunders, feministka będąca dyrektorką Prokuratury koronnej od stycznia 2015 r. zaczęła wydawać specjalne wytyczne dla policjantów i prokuratorów w tej sprawie, bardzo niejasne i dające dużo pole do nadużyć. Była za to wielokrotnie krytykowana, przykładowo przez dziennikarki Julię Hartley Brewer, czy Allison Pearson

Pułapek w systemie brytyjskim, które sprawiają, że fałszywe oskarżenie o gwałt to doskonały sposób na zemstę, zniszczenie faceta itd. jest więcej. Przykładowo były chłopak pewnej dziennikarki BBC, został przez nią fałszywie oskarżony o kilkadziesiąt gwałtów. Co ciekawe wszystkie stosunki były przez nich nagrywane, a więc jego niewinność została potwierdzona w 100%. Pomimo oczyszczenie się z zarzutów, jego nazwisko nadal widnieje w policyjnych kartotekach jako „potencjalny gwałciciel”. Przy okazji, jak widzimy problem z fałszywymi oskarżeniami został już dostrzeżony nawet na kobiecych portalach.

Kolejny przykład, Brytyjczyk John O’Neill, chociaż został oczyszczony z zarzutów o gwałt…. musi się stawiać na komisariat na 24 godziny przed każdym planowanym seksem. A to dlatego, że policja dopatrzyła się u niego specyficznych upodobań seksualnych.

Oskarżeni o gwałt w Wielkiej Brytanii nie mają nawet gwarantowanej anonimowości do czasu wydania wyroku skazującego, jak jest w pozostałych krajach europejskich. To nie tylko uderza w domniemanie niewinności, ale odbiera oskarżonemu zwykłe prawo do obrony. Bo nawet jeśli otrzyma wyrok uniewinniający i tak jego nazwisko jest publikowane w mediach, i wiele osób i tak uważa, że ten człowiek był winny. Łatka gwałciciela zostaje na całe życie. Przekłada się to na zniszczoną karierę, ostracyzm społeczny, depresję i często samobójstwo zupełnie niewinnego człowieka. A rykoszetem obrywa jeszcze cała rodzina fałszywie oskarżonego.  

Ten problem (anonimowość oskarżonych o gwałt) jest od lat szeroko komentowany w UK. Możliwe, że w najbliższym czasie się to zmieni. Coraz częściej mówi się o tym na wysokich szczeblach politycznych. Poparcie społeczne jest bardzo duże. Ankieta przeprowadzona w październiku 2015 r. na znanym portalu Telegraph wskazała, że anonimowość dla oskarżonych poparło 97% respondentów. Z tymże ta ankieta wisi do tej pory, i nadal można w niej głosować, dokładnie znajduje się pod tym artykułem. Jak widzimy wyniki zmieniły się tylko nieznacznie, anonimowość popiera 94% ankietowanych.  

Jedyną praktycznie grupą w społeczeństwie brytyjskim, która sprzeciwia się wprowadzenia anonimowości dla oskarżonych, są….. tak, zgadliście, są to feministki. Trudno uzasadnić to inaczej niż irracjonalną nienawiścią do mężczyzn, którzy stanowią lwią część wśród osób fałszywie oskarżonych. Bo przecież brak anonimowości ewidentnie uderza w osoby fałszywie oskarżone, a więc jest to zwykłe łamanie praw człowieka, a także uderza w ich rodziny oraz uderza nawet w same ofiary gwałtów, poprzez pośrednie łamanie ich anonimowości. Jeśli np. pojawia się informacja pt. „David Smith został oskarżony o gwałt na byłej dziewczynie” to przecież każdy, kto zna Davida Smitha wie też o jaką dziewczynę chodzi. W dodatku wśród fałszywie oskarżonych o gwałt z pewnością pewną część stanowią także kobiety. No i kobiety cierpią również jako matki, siostry, żony itd. fałszywie oskarżonych. Jak np. ta kobieta, która popełniła samobójstwo, po tym jak jej 17-letni syn popełnił samobójstwo po fałszywym oskarżeniu o gwałt. No ale brytyjskie feministki dopuszczają się nawet tak chorych akcji, jak protestowanie przeciwko skazaniu na 3,5 roku więzienia kobiety, której udowodniono wniesienia fałszywego oskarżenia o gwałt w stronę jej byłego chłopaka. 

Ostatnim elementem układanki jest cenzura w mediach. Przykładowo, telewizja BBC i portal The Guardian zostały przyłapane na celowym pomijaniu spraw mężczyzn fałszywie oskarżonych o gwałt, którzy popełnili samobójstwo w swoich wiadomościach.

 

I co dalej?

Sprawy o gwałt mają zostać ponownie przejrzane. Możliwe, że anonimowość dla oskarżonych do czasu wydania wyroku sądowego również uda się wprowadzić. Świadomość problemu fałszywych oskarżeń rośnie. Ale nie zwróci to życia tym, którzy popełnili samobójstwo, nie cofnie krzywd fałszywie oskarżonym. Miną długie lata, zanim wymiar sprawiedliwość odzyska chociaż częściowo zaufanie społeczeństwa. Dlatego warto pomyśleć o tym wszystkim wcześniej. I niech przykład brytyjski będzie dla nas wszystkich przestrogą.

Sprawa Jakuba Dymka, #MeToo i kompromitacja Codziennika Feministycznego

#MeToo

 

Wstrzymywałem się z opisaniem tej sprawy, do czasu aż sytuacja trochę się rozwinie. Obecnie wyszło już tyle wątków i niuansów, że serio jest o czym napisać. No to lecimy.

 

Tło sprawy: Akcja #MeToo i sprawa Janusza Rudnickiego

Tłem sprawy po pierwsze była oczywiście słynna akcja #MeToo. Która jest niczym innym jak kolejnym już w historii przykładem paniki moralnej, takiej jak niegdyś czas Makkartyzmu w USA, kiedy masę ludzi oskarżono o bycie sowieckim szpiegiem (niemal nikt nie okazał się być szpiegiem naprawdę), czy Satanic Panic, gdzie z tysięcy ludzi oskarżonych o wykorzystywanie dzieci do satanistycznych rytuałów jedynie kilka osób okazało się być przestępcami, w dodatku niepowiązanymi z okultystycznymi rytuałami. A wszystko w efekcie wybuchnięcia po latach afery Harveya Weinsteina, która jak to zwykle bywa, miała taką charakterystyczną cechę, że „wszyscy wszystko wiedzieli”. Ale mieli to gdzieś, dopóki tolerowanie wybryków tego pana było potrzebne do robienia kariery w Hollywood. Łącznie z Oprah Winfrey, przyjaciółką Weinsteina, którą już mainstream rozważa jako kandydatkę na prezydenta USA. Trochę śmieszno, trochę straszno. 

Jedyne rezultaty jakie przyniosło #MeToo to:

Ale to nie wszystko, drugą częścią tła, była sprawa Janusza Rudnickiego, pisarza i publicysty Gazety Wyborczej, który okazał się być wyjątkowo wulgarny i chamski w stosunku do kobiet, łącznie ze spokojnym nazywaniem ich określeniem na „k” prosto w oczy. Co niesamowite, wielu polskich celebrytów oraz znanych feministek, zaczęło go bronić. Spotkało się to wszystko z konsternacją opinii publicznej. I aż się prosiło, żeby te środowiska, głównie lewicowe i feministyczne jakoś postarały się zrehabilitować…. a no właśnie.

 

Artykuł o „papierowych feministach” na Codzienniku Feministycznym

I jak tu wybrnąć z takiej wpadki, jak z panem Rudnickim, która ośmieszyła środowisko lewicowo-feministyczne w Polsce? Próbę podjął Codziennik Feministyczny artykułem o „papierowych feministach”, gdzie kilka kobiet opisało jak to doświadczyły przemocy, molestowania czy chamstwa ze strony niby feministów, czyli mężczyzn, którzy są feministami tylko na papierze, dużo mówią o prawach kobiet, a w życiu postępują wobec pań dokładnie odwrotnie.

Tylko, że ten tekst został napisany w sposób całkowicie nierzetelny, bez jakiekolwiek weryfikacji zawartych w nim informacji. O ile oskarżony w nim Michał Wybieralski, piszący dla Gazety Wyborczej sam przyznał się do zarzucanych mu czynów (mobbing i molestowanie podległych mu pracownic) i publicznie przeprosił za swoje grzechy, o tyle publicysta Krytyki Politycznej Jakub Dymek, który został oskarżony o gwałt zaprzeczył temu zarzutowi. Oskarżenie o gwałt wystosowane przez jego byłą partnerkę Dominikę Dymińską jest tu bardzo wątpliwe, jako że po tym niby gwałcie, jak gdyby nigdy nic weszła z panem Dymkiem w związek, który trwał przez kilka miesięcy. Jednak pomimo braku jakichkolwiek dowodów, oraz wystąpieniu rażących wątpliwości natury logicznej, artykuł jednoznacznie wskazał Dymka jako gwałciciela. W dodatku Jakub Dymek dysponuje dowodem w postaci e-maila, który otrzymał kilka dni przed publikacją artykułu, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, zastępując Janusza Rudnickiego. Adres z którego przyszedł e-mail to adres, który jest kontaktem dla ofiar molestowania i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”.

Za kompletny brak rzetelności, etyki dziennikarskiej i w ogóle jakiejkolwiek etyki na Codziennik Feministyczny posypały się gromy. Wśród krytyków znalazła się nawet część stałych czytelników. Co zrobiła redakcja? Zamiast przyznać się do błędu, panie redaktorki zaczęły na ślepo atakować wszystkich, którzy ich krytykują, oskarżając ich o „wspieranie kultury gwałtu”. A co jeszcze bardziej absurdalne, zaczęły atakować domniemanie niewinności, pisać artykuły o tym jak to domniemanie niewinności jest „fikcją prawną”, w przypadku Dymka i Wybieralskiego „jest niestosowne”, itd. 

Sprawy zaczęły przybierać tak absurdalny obrót, że Codziennik Feministyczny zaczął być ostro krytykowany nawet przez inne lewicowe środowiska, jak np. portal Kultura Liberalna, czy przez Piotra Szumlewicza, którzy nie zostawili na tym feministycznym tabloidzie dosłownie suchej nitki. Powstał również list otwarty ludzi kultury, w którym ponad 90 różnych osób: pisarzy, redaktorów, tłumaczy, dziennikarzy, aktorów, reżyserów wystąpiło w obronie domniemania niewinności i w ramach sprzeciwu wobec stosowania linczu medialnego.

Jaka była odpowiedź od redaktorek Codziennika? Dalsze pójście w zapartę. Określiły tych ludzi mianem „ludzi kultury gwałtu” i wystosowały własny list otwarty, w którym znalazły się tak absurdalne sformułowania jak: „Utrwalaniem kultury gwałtu jest fetyszyzowanie domniemania niewinności i innych pojęć z porządku prawnego. Przenoszenie ich do sfery oceny etycznej, jakby mówienie o krzywdzie miało być możliwe jedynie po uzyskaniu wyroku sądu”. Czy leci z nami pilot?! 

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że ze względów prawnych fragment o rzekomym gwałcie został usunięty z artykułu o „papierowych feministach”, a Jakub Dymek wystąpił z pozwem przeciwko Codziennikowi Feministycznemu. Jak zakończy się ta sprawa, czas pokaże.

 

Żałosna i nieudolna próba ataku na prawicę

Kolejnym wątkiem związanym z całym tym zamieszaniem jest fakt, że wyjątkowo mocno na wizerunku straciła tu lewica. Co złego to wyszło na dziennikarzy lewicowych i feministycznych. Żeby jakoś zmyć te złe wrażenie ze strony lewicowej poszedł atak w stronę prawicy. Konkretnie niejaka Justyna Samolińska z Partii Razem, postanowiła nagle „ni z gruchy, ni z pietruchy” oskarżyć o molestowanie sprzed 2 lat Marka Jakubiaka, posła klubu Kukiz’15 w swoim naprawdę dennym tekście o „obłudzie pornoprawicy”, dla portalu WP opinie.

Zdenerwowany oszczerstwem pan Jakubiak złożył przeciwko niej pozew do sądu. Po czym pani Samolińska od razu przyznała się do kłamstwa, wyznając że żadnego molestowania nie było, całkowicie zmieniając wersję na to, że Jakubiak był dla niej tylko trochę niemiły: 

Justyna Samolińska

Pozostaje tylko czekać na wygraną posła Jakubiaka w sądzie. Trzymajmy za to kciuki.

Kobieca pedofilia – istnieje i zdarza się częściej, niż się powszechnie wydaje

Kobieca pedofilia

 

Pedofilem może być nie tylko mężczyzna, ale również kobieta. Jednak temat wykorzystania seksualnego dzieci przez kobiety był przez lata marginalizowany nawet przez samych seksuologów, psychologów i psychiatrów. Najnowsze badania seksuologiczne są tu jednak jednoznaczne: kobieca pedofilia nie jest dużo rzadszym zjawiskiem niż męska pedofilia. Pedofilki są po prostu rzadziej wyłapywane i dłużej działają bezkarnie. Przez lata pokutowało tu błędne koło, seksuolodzy sugerowali się statystykami sądowymi (wyroków skazujących), z kolei sądy przez długi czas nie dowierzały że pedofilem może być kobieta, sugerując się badaniami seksuologów. Przez to właśnie zjawisko kobiecej pedofilii pozostawało drastycznie niedoszacowane. 

 

Przełomowe odkrycie Michele Elliott

Michele Elliott to znana i ceniona brytyjska psycholog dziecięca specjalizująca się w temacie przemocy seksualnej wobec dzieci. Jest także założycielką Kidscape, organizacji charytatywnej zajmującej się ochroną dzieci przed przemocą, której programy nauczania trafiają do tysięcy szkół i innych organizacji. Za swojej zasługi dla pomocy dzieciom Michele Elliott odbierała z rąk brytyjskiej królowej Order Imperium Brytyjskiego.

Początkowo Elliott pisała głównie o męskiej pedofilii. Jednak pewnego dnia w czasie audycji radiowej prezenter poprosił ją aby powiedziała coś o przemocy seksualnej stosowanej przez kobiety. Dość niespodziewanie do radia zaczęła napływać ogromna ilość telefonów od dorosłych ludzi, którzy byli ofiarą kobiecej przemocy seksualnej w dzieciństwie. Po powrocie do biura pani Elliott odebrała kolejną falę zgłoszeń w tej sprawie, obie płcie informowały, że były molestowane przez matkę, ciocię, zakonnicę, czy nauczycielkę. Zdała sobie wówczas sprawę, że problem kobiecej pedofilii jest dużo powszechniejszy niż mogłoby się wydać na pierwszy rzut oka. Postawiła dokładniej zbadać ten temat.

O wynikach swoich badań i lat doświadczeń w sprawie zgłębiania tematu nad kobiecą pedofilią opowiedziała w poniższym wywiadzie (napisy PL):

 

Najważniejszy wniosek jaki nasuwa się z powyższego materiału to to, że kobieca pedofilia praktycznie niczym nie różni się od męskiej pedofilii. W obu przypadkach mamy do czynienia dokładnie z tą samą przyczyną, czyli zarówno pedofile, jak i pedofilki w większości przypadków sami doświadczali przemocy w swoim dzieciństwie. Czysto logicznym i matematycznym wnioskiem jest zatem to, że męskich pedofilów nie może być zdecydowanie więcej niż kobiecych. 

Kolejna sprawa, jak mówi Michele Elliott powszechne stereotypy sprawiają, że pedofilki są dużo bardziej bezkarne. Dłużej działają niezauważone. Pedofilki bardzo często wybierają pracę z dziećmi jako przedszkolanki, nauczycielki, opiekunki, pielęgniarki. Społeczeństwo same daje im tę broń, jaką jest praca z dziećmi, jako że prawie nikt nie podejrzewa kobiet o czyny pedofilskie. Najwięcej jednak ofiar kobiecej przemocy seksualnej to ofiary własnej matki. Kolejną bronią pedofilek jest tu powszechny stereotyp, że „każda matka kocha swoje dziecko”.

Jak widzimy na filmie, badania Michele Elliott są bardzo nie na rękę feministkom, jako że psuje im to teorie o rzekomej korelacji między płcią i przemocą, dlatego starają się bojkotować panią Elliott, która sama kiedyś uważała się za feministkę. Bardzo podobny schemat jak z Erin Pizzey. Więcej w temacie kobiecej pedofilli można przeczytać w książce Michele Elliott: „Female Sexual Abuse of Children The Last Taboo”

 

Inne badania również potwierdzają, że kobieca pedofilia występuje częściej niż się powszechnie wydaje

Na szczęście Wielka Brytania to niejedyny kraj, w którym przełamano ten temat tabu. Doszło do tego również w Niemczech, gdzie powstał wyemitowany przez tamtejszą telewizję publiczną ARD, film dokumentalny, pt. „Mamo przestań”, opowiadający o ludziach, którzy padli w dzieciństwie ofiarą przemocy seksualnej ze strony kobiety. 

To że kobieca pedofilia jest dużo powszechniejsza niż się wydaje opinii publicznej potwierdzają także znawcy tematu z Polski. Z tej strony polecam świetny wywiad z seksuologiem i biegłym sądowym Krzysztofem Koroną, specjalizującym się właśnie w temacie żeńskiej pedofilii.

Obszerny zbiór danych i faktów na temat kobiecej pedofilii, możemy również znaleźć w raporcie Charlotte Philby.

 

Błędne koło przemocy

Przypomnę parę podstawowych faktów. Według badań z Kanady, około 93% męskich gwałcicieli, którzy na swoje ofiary wybierają kobiety sami w przeszłości, zazwyczaj jeszcze w dzieciństwie byli ofiarami przemocy seksualnej ze strony kobiety, najczęściej własnej matki

Według badań z Włoch, około 78% męskich pedofilów było wykorzystywanych w dzieciństwie przez kobiety, także głównie swoje matki.

Kolejne badanie, tym razem z Polski: „Z badań przeprowadzonych w polskich więzieniach wypływa szokujący wniosek: dorośli mężczyźni, którzy w dzieciństwie byli molestowani seksualnie i nie zostali poddani terapii, później sami krzywdzili dzieci. Tylko dwóch na 50 gwałcicieli nie było ofiarami molestowania w dzieciństwie.” (tu również chodzi głównie o przemoc ze strony kobiet, polecam zresztą przeczytać cały artykuł). 

Jak mówiła Michele Elliott gwałcicielki i pedofilki to również są w większości kobiety, które padły w dzieciństwie ofiarą przemocy. Tak właśnie przemoc rodzi przemoc. 

Dlatego tak ważne jest aby starać się przełamywać te błędne koło. O ile męska pedofilia przestaje być tematem tabu, o tyle w kwestii uświadamiania społeczeństwa w temacie kobiecej pedofilii jest jeszcze wiele do zrobienia.  

Gwałty na mężczyznach – temat tabu

Zgwałceni mężczyźni

 

Zazwyczaj kiedy mowa o ofierze gwałtu ludzie automatycznie myślą o kobiecie, koniecznie zgwałconej przez mężczyznę. Tymczasem temat jest dużo bardziej skomplikowany, istnieje również gwałt kobiety na mężczyźnie, mężczyzny na mężczyźnie, jak i kobiety na kobiecie. Dziś pozwolę sobie wziąć na tapetę wyjątkowy temat tabu jakim są męskie ofiary gwałtów

 

Gwałty na mężczyznach to mocno niedoszacowane zjawisko

Podobnie jak z pozostałymi tematami dotyczącymi przemocy wobec mężczyzn mamy problem z niedoszacowaniem zjawiska w oficjalnych statystykach policyjnych i to w wersji skrajnej. Mężczyźni będący ofiarami gwałtów mają ogromne problemy zarówno w zgłaszaniu gwałtów homoseksualnych, jak i heteroseksualnych. To jedne z największych tematów tabu jakie funkcjonują w naszym społeczeństwie.

Tymczasem jak pokazują badania z USA, w samych tylko więzieniach więcej mężczyzn pada ofiarą gwałtu w ciągu roku, niż kobiet w całym społeczeństwie. A to dopiero wierzchołek góry lodowej, gwałty nie zdarzają się przecież tylko w więzieniach.

Jak się jednak okazuje głównymi sprawcami gwałtów na mężczyznach nie są inni mężczyźni, tylko kobiety. Odsyłam do bardzo interesujących badań przeprowadzonych przez Larę Stemple, prodziekan na wydziale prawa w Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. 

„Stemple w swoich badaniach od dłuższego czasu skupia się na tym, jak często przemoc seksualna wobec mężczyzn pozostaje utajona. W 2014 roku opublikowała pracę na temat męskich ofiar napaści, w której poddała analizie kilka ogólnokrajowych ankiet. Odkryła, że jeśli wziąć pod uwagę przypadki, gdy mężczyzna został „zmuszony do spenetrowania” drugiej osoby, wskaźniki kontaktów seksualnych odbytych bez obopólnej zgody były niemal takie same u obu płci. 1,267 miliona mężczyzn przyznało, że padło ofiarami przemocy seksualnej, w porównaniu do 1,270 miliona kobiet.

Kategoria „zmuszony do penetracji” nie przychodzi od razu na myśl, gdy mowa o napaści na tle seksualnym, jak napisała Hanna Rosin z magazynu „Slate” w komentarzu od pracy Stemple w 2014 roku. Może jednak nieść podobne psychologiczne i fizyczne skutki, w tym seksualne dysfunkcje, depresję, utratę poczucia własnej wartości i długoterminowe problemy z nawiązywaniem międzyludzkich relacji.” 

„Nowe, szeroko zakrojone studium Stemple ukazuje wyniki ostatniej telefonicznej ankiety CDC, która wykazała, że 68,6 procent męskich ofiar przemocy seksualnej jako sprawców wskazuje kobiety. Tak samo w przypadku 79,2 procent mężczyzn zmuszonych do penetracji (czyli „tej formy seksu przy braku obopólnej zgody, jakiej mężczyźni doświadczają w swoim życiu”, jak można przeczytać w pracy).”

Dalej w przytoczonym artykule na Vice.com na temat badań Lary Stemple możemy przeczytać, że więźniowie płci żeńskiej dużo częściej są wykorzystywane seksualnie przez współwięźniarki, niż mężczyzn zatrudnionych w więzieniu. W dodatku, pośród osadzonych mężczyzn zgłaszających nadużycia na tle seksualnym ze strony personelu, 80 procent wskazało jako sprawców wyłącznie kobiety, a w przypadku nieletnich ten odsetek wynosił aż 89,3 procent. Kolejny dowód na to, że gwałcicieli płci żeńskiej jest dużo więcej niż się powszechnie wydaje.

Przypominam również o badaniach z Kanady, które przytaczałem w artykule o błędnym kole przemocy. Otóż około 93% męskich gwałcicieli w przeszłości padło ofiarą przemocy seksualnej ze strony kobiety. Jest zatem matematycznie niemożliwe ażeby sprawców przemocy seksualnej było zdecydowanie więcej wśród płci męskiej, niż żeńskiej.  

 

Dlaczego kwestia gwałtu kobiety na mężczyźnie to tak wielki temat tabu?

Problemem jest to, że wielu ludzi (w tym również samych mężczyzn) nie bardzo potrafi sobie wyobrazić jak kobieta może zgwałcić mężczyznę. Pokutuje tu brak wiedzy o podstawowym fakcie, otóż większość gwałtów nie jest dokonywanych „dla seksu” tylko w celu skrzywdzenia i poniżenia ofiary. Tak samo jest z gwałtami dokonywanymi na kobietach, jak i na mężczyznach.

Większość gwałtów na mężczyznach ze strony kobiet ma charakter brutalny. W sytuacji gdy sprawcą gwałtu jest kobieta, 95,7% męskich ofiar i 47% kobiecych ofiar odnosi poważne obrażenia. Wynika to z faktu, że mężczyźni są silniejsi. Kiedy kobieta decyduje się na gwałt na mężczyźnie używa do tego czynu narzędzi. Więcej na ten temat w artykule na Newsweeku, a w nim dokładne ujęcie tematu przez znanego seksuologa prof. Lwa-Starowicza i kryminologa prof. Brunona Hołysta

Wampir z Zielonej Góry – słynny seryjny gwałciciel….. który nigdy nie istniał

Wampir z Zielonej Góry

 

W Zielonej Górze i w ogóle w całym woj. lubuskim swego czasu (około roku 2010) panowała psychoza strachu. Policja szukała groźnego seryjnego gwałciciela, który napadł już niejedną kobietę, media co i rusz o tym trąbiły. Mieszkanki lubuskiego bały się wychodzić z domu, panika trwała i ciągle się nakręcała. Gwałciciel zyskał pseudonimy takie jak „Wampir z Zielonej Góry” czy „Brzytwiarz”. Jak się ostatecznie okazało słynny już w całej Polsce gwałciciel…. nie istnieje.

Cała afera wybuchła za sprawą zwykłej plotki, kilkanaście kobiet po prostu zgłosiło fikcyjne zawiadomienie o gwałcie. Wystarczy że poszła plotka w mediach, że grasuje groźny przestępca i kolejne kobiety zaczęły zgłaszać kolejne fikcyjne zgłoszenia. Dlaczego? Jak to określił słynny kryminolog prof. Brunon Hołyst: „Dla osiągnięcia pewnej satysfakcji, że są ofiarami gwałcicieli, że mogą zaistnieć w percepcji społeczeństwa miejscowego, że ta sprawa doda im jakiejś chwały.” Teraz tym kobietom grozi do kilku lat więzienia za składanie fałszywych zeznań. 

Więcej o tej sprawie:
https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/gwalciciela-z-zielonej-gory-nie-bylo,131006.html

 

Wnioski z całej sytuacji

Jakiej lekcji udzieliła nam ta sprawa? Wnioski nasuwają się same. Po pierwsze każde zgłoszenie gwałtu należy bardzo dokładnie sprawdzić i znaleźć dowody na jego potwierdzenie. Jak widać są kobiety, które potrafią kłamać w tej sprawie nawet z bardzo błahych powodów, takich jak chęć bycia w centrum uwagi. Po drugie nie należy wierzyć we wszystko co mówi się w mediach i nie ulegać psychozie strachu.

I niech każdy teraz pomyśli sobie o akcjach typu #MeToo czy różnych publicznych oskarżeniach. Jak łatwo wśród prawdziwych ofiar mogą się znaleźć zwyczajnie osoby, które tylko szukają atencji albo prywatnej zemsty? Ilu niewinnym osobom może to zniszczyć życie? Ile szkód może przynieść społeczeństwu nakręcenia paniki? Jak obniża to wiarygodność prawdziwych ofiar gwałtu czy molestowania? Także pamiętajmy wszyscy: przestępstwa zgłaszamy na policji, nie w mediach czy na Facebooku. I nie wierzymy w żadną wersję z góry i „na słowo” bez dowodów. A od zbierania dowodów jest prokuratura, na której to zgodnie z prawem leży obowiązek udowodnienia winy (ciężar dowodu). Z kolei od wydawania wyroków są sądy, po przeprowadzeniu rzetelnego procesu. 

Fałszywe oskarżenia o gwałt

Fałszywe oskarżenie o gwałt

 

Powody dla których kobieta może fałszywie oskarżyć mężczyznę o gwałt mogą być różne: zemsta, nienawiść, szantaż, próba osiągnięcia korzyści materialnej z odszkodowania, próba pozbycia się konkurenta (np. w pracy lub biznesie) czy zwykła chęć zwrócenia na siebie uwagi otoczenia (tak jest np. w przypadku zaburzeń osobowości typu borderline).

Co na to prawo? Jaka grozi kara? Artykuł 234 k.k. stanowi:

„Kto, przed organem powołanym do ścigania lub orzekania w sprawach o przestępstwo, w tym i przestępstwo skarbowe, wykroczenie, wykroczenie skarbowe lub przewinienie dyscyplinarne, fałszywie oskarża inną osobę o popełnienie tych czynów zabronionych lub przewinienia dyscyplinarnego, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.

Krótko mówiąc kara jest niska, zwłaszcza że sądy nie są takie znowu chętne do wymierzania maksymalnej kary. W innych krajach też nie wygląda to lepiej. Tymczasem skutki jakie przynosi fałszywe oskarżenie są tragiczne: może skończyć się skazaniem niewinnego człowieka do więzienia, często prowadzi do samobójstwa pomówionego, a nawet przy uniewinnieniu potrafi zniszczyć życie, karierę, reputację o traumie na całe życie nie wspominając.

 

Przykładowe historie

Dla zobrazowania tematu kilka mocnych historii:


Przykład z Polski:

27-letni Dawid Stalmach został pomówiony przez 16-latkę o gwałt. Pomimo braku jakichkolwiek dowodów oraz pomimo badania DNA z wynikiem na jego korzyść, został zamknięty w areszcie. Tam popełnił samobójstwo.


Historia z Wielkiej Brytanii:

17-letni Jay Cheshire został oskarżony o gwałt przez swoją koleżankę. Następnie został uniewinniony. Dochodzenie policji skończyło się dwa tygodnie po tym, jak domniemana ofiara wycofała zarzut. Pomimo to, ze względu na załamanie nerwowe popełnił samobójstwo. Rok późnej jego matka z rozpaczy również popełniła samobójstwo. Dziewczyna składająca fałszywe oskarżenia de facto zabiła dwie niewinne osoby. 


Historia z Niemiec:

Nauczyciel spędził 5 lat w więzieniu za gwałt, którego nie popełnił. Wszystko przez kłamstwo zaburzonej psychicznie koleżanki z pracy. Po wyjściu z więzienia mężczyzna utrzymywał się z zasiłku, po czym zmarł na zawał serca. Kobieta, która go fałszywie oskarżyła została skazana na 5,5 roku więzienia. 


Historia Briana Banksa:

Brian Banks Kalifornii, był obiecującym młodym footballistą, miał przed sobą całą karierę. Jednak w wieku 16 lat został fałszywie oskarżony o porwanie i gwałt przez koleżankę ze szkoły Wanettę Gibson. Ze względu na to, że teoretycznie groziło mu nawet do 41 lat więzienia za radą adwokata zgodził się podpisać ugodę z prokuratorem (tzw. plea bargain). Miał spędzić 18 miesięcy w więzieniu, przesiedział jednak 6 lat. Po wyjściu na wolność udało mu się oczyścić swoje imię, jako że spotkał się z dziewczyną, która go pomówiła i udało mu się nagrać jej słowa, potwierdzające, że kłamała. Lat młodości spędzonych w więzieniu ani zniszczonej kariery jednak mu już nikt nie zwróci.


Historia Scotta Espinosy:

Scott Espinosa to dobry człowiek. Kiedy spotkał na swojej drodze młodą kobietę Lindsay Peterson, która przedstawiła się jako bezdomna postanowił jej pomóc. Dał jej miejsce na pobyt dopóki nie stanie na nogi. Nie spodziewał się jednak tego co się wydarzy później. Kobieta oskarżyła go o porwanie, uwięzienie i gwałty dokonywane rzekomo przez Scotta wraz z dziesięcioma innymi mężczyznami. Kobieta dosłownie kłamała jak z nut, zmyśliła nawet własny wiek, podając się za 14-latkę, podczas gdy miała 23 lata. Espinosa został wpierw niesłusznie skazany na 35 lat więzienia. Następnie został uniewinniony po interwencji swojej adwokatki, po spędzeniu 18 miesięcy w więzieniu. W międzyczasie jego matka popełniła samobójstwo myśląc, że jej syn naprawdę jest groźnym przestępcą.

 

Seryjne fałszywe oskarżenia

Kolejnym szokującym zjawiskiem są kobiety które fałszywe oskarżenia składają seryjnie. Co pokazuje jak system sobie nie radzi z problem fałszywych oskarżeń. Dla zobrazowania takie trzy przykłady:


Przykład pierwszy:

Kobieta na przestrzeni 8 lat fałszywie oskarżyła 5 byłych chłopaków o gwałt, dopiero za 5-tym razem została skazana na dwa lata więzienia. 


Przykład drugi:

Elizabeth Jones z Wielkiej Brytanii w ciągu 9 lat fałszywie oskarżyła o gwałt 11 różnych mężczyzn. Za 11-tym razem dostała w końcu wyrok…. 16 miesięcy więzienia. 


Przykład trzeci:

Ponownie sprawa z Wielkiej Brytanii. Dwudziestopięcioletnia Jemma Beale fałszywie oskarżyła kolejno…. 15 mężczyzn. Z czego jeden został niesłusznie skazany na 7 lat więzienia (odsiedział 2 lata). Ostatecznie sama za składanie fałszywych zeznań została skazana na 10 lat.

 

Jak często oskarżenia są fałszywe?

Nikt nie jest w stanie dokładnie tego stwierdzić, bo nikt nie posiada czarodziejskiej kuli, która dokładnie i na 100% pokaże, które oskarżenia były prawdziwe, a które fałszywe. Najwięcej badań, których celem jest oszacowanie jak częste jest zjawisko fałszywych oskarżeń o gwałt przeprowadza się w USA.

Popularne raporty FBI wskazują na około 8-10%, jednak dane te są mocno zaniżone, uwzględnia się tu tylko sprawy gdzie znalazł się ewidentny dowód na kłamstwo. Na tyle, że sprawa została odrzucona już na wstępnym etapie przez policję i nie trafiła nawet do prokuratury. 

Jednym z najbardziej znanych badań jakie przeprowadzono w tej sprawie to tzw. badanie Kanina z 1994 r. Eugene J. Kanin z Uniwersytetu Purdue zbadał sprawy fałszywych oskarżeń o gwałt wniesionych w ciągu 9 lat w pewnej małej społeczności miejskiej w środkowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych (70 000 mieszkańców). Fałszywe oskarżenia okazały się stanowić 41% wszystkich wniesionych oskarżeń. Każde oskarżenie uznane za fałszywe zostało dokładnie sprawdzone, w tym celu użyto zarówno wariografu, jak i za fałszywe oskarżenie uznano tylko te, gdzie oskarżająca osoba sama przyznała się do kłamstwa a jej wersja wydarzeń (po zmianie zeznań na prawdziwe) pasowała do wersji zdarzeń osoby oskarżonej. Wyniki wykazały, że główne przyczyny fałszywych zeznań to: chęć uzyskania alibi, zemsta lub próba zwrócenia na siebie uwagi. 

Inne interesujące badanie przeprowadził Dr Charles McDowell, w czasie swojej pracy w Siłach Powietrznych USA. Jak się okazało 27% kobiet zatrudnionych w Siłach Powietrznych, które twierdziły, że padły ofiarą gwałtu przyznało się od razu do kłamstwa po zaproponowaniu badania wariografem. Analizując przypadki fałszywych oskarżeń udało się następnie opracować 35 kryteriów odróżniających fałszywe oskarżenia od prawdziwych. Trzech niezależnych sędziów zbadało pozostałe przypadki. Tylko jeśli wszyscy trzej recenzenci niezależnie stwierdzili, że pierwotne zarzuty dotyczące gwałtu były fałszywe, uznali je za „fałszywe”. Ostateczny odsetek fałszywych oskarżeń sięgnął 65%.