Koniec polskiego #MeToo

Game Over

 
O #MeToo pisałem już kilka razy, im dalej było w las tym akcja kompromitowała się coraz bardziej. W końcu przestałem, bo musiałabym chyba co 2-3 miesiące pisać artykuł typu „jeszcze większa kompromitacja już i tak skompromitowanej akcji #MeToo.

Na dzień dzisiejszy sprawa wygląda, tak że Nannette LaRee Hernandez, amerykańska ekspertka w dziedzinie antropologii seksualnej i znana pisarka, ustaliła, że ponad połowa tweetów z hasztagiem #MeToo to plagiatowane historie. Czyli opisy zaczerpnięte z filmów, książek lub z opowieści innych kobiet. I to nie są wszystkie fałszywe historie, ponad połowa z tweetów to same plagiaty, a ile wśród nich było jeszcze po prostu zmyślonych historii? Któż to wie…..

Z kolei jak wynika z danych New York Timesa przez #MeToo pracę straciło około 200 mężczyzn (i 3 kobiety), a tylko kilku z nich postawiono w ogóle zarzuty prokuratorskie. Wciąż nie doczekaliśmy się przypadku, żeby komuś coś udowodniono i został skazany. W dodatku nawet w sprawie Harveya Weinsteina nadal nie dość, że nie znaleziono żadnych dowodów, to ostatnio upadło już trzecie oskarżenie wobec niego, tym razem ze strony Ashley Judd.

Akcja jest bardzo szkodliwa również dla kobiet. Menedżerowie i w ogóle mężczyźni w pracy zaczynają unikać kobiet, co blokuje im kariery, tracą szansę na awans i mentoring ze strony męskiej części kadry zarządzającej. Wpierw ten problem zauważono na Wall Street, a następnie w wielu amerykańskich firmach w ogóle.

 

A jak sprawa wygląda w Polsce?

Polskie #MeToo miało zasadniczo dwie odsłony. Pierwszą było bronienie przez kwiat polskiego feminizmu dziennikarza Gazety Wyborczej Janusza Rudnickiego, źle tratującego kobiety. A drugą był oczywiście artykuł o „Papierowych feministach” w Codzienniku Feministycznym, gdzie w absurdalny sposób przemieszano różne zarzuty typu zatrzaśnięcie drzwi przed nosem z oskarżeniami o molestowanie oraz pomówieniem o gwałt. Na nic nie było żadnych dowodów.

Jedynie Michał Wybieralski przyznał się do chamskich zachowań i przeprosił wszystkich, którzy poczuli się urażeni. Ale już na oskarżenie o gwałt Jakuba Dymka, nie przedstawiono żadnych dowodów. W dodatku było mocno nielogiczne, była partnerka Dominika Dymińska twierdziła, że po gwałcie jakby gdyby nigdy nic weszła z związek ze „sprawcą” i była w nim kilka miesięcy. A Dymek przedstawił opinii publicznej e-maila, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, który przyszedł z adresu, będącego kontaktem dla ofiar przemocy i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”. Pisałem o tym wszystkim w tym tekście.

Do tego wszystkiego dwie z autorek artykułu o „papierowych feministach”, Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż były później bohaterkami zamieszania w Kawiarni Amatorska, gdzie zostały wyproszone za agresywne zachowanie (oficjalny powód wyproszenia to rzucanie w ludzi kapslami), a potem namawiały znajomych do wystawiania kawiarni ocen „1” na Facebooku i wysnuły oskarżenie o molestowanie, którym miało być złapanie za rękę. Przegrały jednak z „Wykop efektem”. Wspominałem o tym, w tym artykule.

Równolegle sprawą „papierowych feministów” zajęła się prokuratura. Dlatego z tekstu na CF zniknął fragment z oskarżeniem o gwałt. Po rocznym śledztwie i przesłuchaniu stu świadków, obaj panowie zostali oczyszczeni z zarzutów. Więcej o sprawie do poczytania w artykule:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1777412,1,sledztwo-w-sprawie-papierowych-feministow-umorzone.read

Reklamy

Jeszcze większa kompromitacja akcji #MeToo

#MeToo

 
Około 2,5 miesiąca temu pisałem o doszczętnej kompromitacji akcji #MeToo, już wtedy akcja wydawała się całkowicie spalona. Jednak wydarzenia, które doszły od tego czasu sprawiają, że to już coś więcej niż kompromitacja. To jest dosłownie masakra. 

 

Rewolucja zjada własne dzieci jak leci

Od samego początku doprawdy tragikomicznym elementem #MeToo jest to, że oskarżenia i to nierzadko bardzo absurdalne i niewiarygodne dosięgają działaczy lewicowych i feministycznych, którzy sami popierali akcję. Przykładami są tu Aziz Ansari, czy Jakub Dymek.

Ostatnio do tego grona dołączył sam premier Kanady Justin Trudeau, który został oskarżony o molestowanie sprzed 18 lat przez dziennikarkę. A do niedawna był gorącym zwolennikiem MeToo, głoszącym takie poglądy: „Molestowanie seksualne to problem systemowy, a kiedy kobiety mówią, mamy obowiązek ich wysłuchać i im wierzyć. Oczywiście moje myśli skierowane są do kobiet, które były molestowane, do ich przyjaciół, rodzin i całej społeczności, solidaryzującej się z nimi”. Wspierał także oskarżenia pod adresem Patricka Browna, które potem okazały się być fałszywe.

 

Wychodzą kłamstwa i nieścisłości w sprawie Harveya Weinsteina

Jak się okazuje nawet w sprawie samego Weinsteina wychodzi na jaw wiele przekłamań. Wpierw okazało się, że Lucia Evans, kobieta która oskarża go o gwałt, w okresie 2013-2017 r. (już po rzekomym gwałcie) wysłała mu ponad 400 e-maili, w których pisze, że go kocha, ma piękne oczy, tęskni za nim, flirtuje z nim itd.

Asia Argento, włoska aktorka, która oskarżyła Weinsteina o gwałt sprzed 20 lat, obecnie sama boryka się z zarzutami wykorzystania seksualnego 17-latka i w ogóle ma wiele złych rzeczy na sumieniu (więcej o tym trochę później). A w sprawie Weinsteina, włoska prasa od początku przedstawiała wątpliwości co do tych zarzutów. Dlaczego Argento opowiada o gwałcie dopiero po 20 latach? I dlaczego już po rzekomym akcie przemocy utrzymywała z nim bardzo przyjacielskie relacje, co zostało uwidocznione na wielu zdjęciach oraz relacjach świadków?

Konserwatywna gazeta „Libero” opublikowała tekst felietonisty Renato Fariny z nagłówkiem: „Najpierw się oddają, a potem biadolą i udają żal”. Dziennikarz Mario Adinolfi stwierdził, że aktorka próbuje „usprawiedliwiać prostytucję w wyższych sferach”. Z kolei polityk i krytyk sztuki Vittorio Sgarbi, przyjaciel byłego męża Argento, „Morgana” Marco Castoldi powtarza za jego zgodą, że ten „ma poczucie, że Weinstein został przez nią zaatakowany”. Morgan ponoć, przez cały czas spędzony z ówczesną żoną nigdy nie odniósł wrażenia, że miałaby ona jakiekolwiek obiekcje do Weinsteina. Był wręcz zdania, że darzyła go pewną sympatią, a stosunki pomiędzy nimi wydawały mu się bardzo poprawne. Argento miała się chwalić, że ten dureń był w niej zakochany, oferował prezenty, a ona go odpychała, ale traktowała to raczej, jako powód do dumy, do potwierdzania swej kobiecej wartości. Według relacji ex partnera Asia to twarda, zimna kobieta, mająca skłonności do przemocy, traktująca bardzo źle związanych z nią mężczyzn. Sam Sgarbi określa ją zarazem, jako bogatą, zdolną do obrony, z uprzywilejowanego środowiska (córka słynnego reżysera, kariera, zachcianki i majątek już od dziecka), a zablokowany przez Argento na Twitterze, pisze:

„Przeżyłem całe moje życie ignorując ją. Cieszę się, że nie muszę dłużej czytać chełpliwej bezsensowności, i nie chodzi denuncjację, ale samozadowolenie z przemocy. Mnóstwo kobiet podziwia współczucie (dla kobiet) i skromność, zupełnie nieobecne w Argento”.

Jedyną odpowiedzią aktorki na to wszystko było obrażenie się na całe Włochy i demonstracyjne opuszczenie kraju.

 

Feministki i liderki #MeToo oskarżone o przemoc seksualną wobec mężczyzn

Asia Argento, która była pierwszą inicjatorką akcji #MeToo poza fałszywym oskarżeniem Weinsteina o gwałt, obecnie sama zaczęła się borykać z zarzutami wykorzystania seksualnego 17-latka, któremu po cichu zapłaciła 380 tys. dolarów w ramach ugody.

O Argento zrobiło się głośno już wcześniej, to prawdopodobnie przez nią jej partner, słynny amerykański szef kuchni, Anthony Burdain popełnił samobójstwo w czerwcu tego roku. Mało tego, w reakcji na zarzuty co do wykorzystania 17-latka skłamała w oświadczeniu, że do niczego między nimi nie doszło, kłamstwo wyszło na jaw dzięki zdjęciom i sms-om z koleżankami. Do tego jeszcze próbowała przerzucić odpowiedzialność co do zapłacenia ugody własnie na Burdaina. Poziom wyrachowania i makiawelizmu tej kobiety przekracza wszelkie granice.

Przypadek Asii Argento nie był pierwszy, o molestowanie mężczyzny została wcześniej oskarżona Cristina Garcia, czyli liderka #MeToo z Kalifornii. Czy faktycznie coś było na rzeczy, czy nie? Tego nie wiem, ale widzimy jak bezsensownie wygląda to całe #MeToo, gdzie można oskarżać kogo się chce i osoby, które je promowały, same wpadają we własne sidła.

Feministka Avital Ronell, profesor germanistyki i komparatystyki z nowojorskiego uniwersytetu miała się dopuścić seksualnego wykorzystywania studenta. W tym wypadku nie mamy do czynienia z sytuacją słowo przeciwko słowu, znalazły się dowody winy m.in. w postaci e-maili, zostało w tym celu przeprowadzone kilkumiesięczne śledztwo. Sprawa jest bardzo poważna. Ale mimo to wiele feministek zaczęło bronić wykładowczyni przerzucając winę na ofiarę. Feministyczna hipokryzja znowu daje o sobie znać.

Doszczętna kompromitacja akcji #MeToo

Akcja #MeToo

 

O #MeToo pisałem już we wcześniejszym artykule. Jednak tam skupiłem się głównie na poczynaniach Codziennika Feministycznego. A po za tym minęło już trochę czasu i doszły nowe wydarzenia, o których warto wspomnieć. Stąd dzisiejszy wpis.

MeToo jak każda panika moralna i polowanie na czarownice w historii, po kilku miesiącach swojego funkcjonowania zaczyna powoli kończyć się kompletną klapą. To było nietrudne do przewidzenia. I wiele znanych osób od początku przed tym ostrzegało. Wśród nich znalazły się np. Catherine Deneuve, Brigitte BardotLiam NeesonMichael HanekeMatt DamonMarilyn Manson i wielu innych.

Do krytyków MeToo dołączyły nawet osoby z samego mainstreamu, takie jak Agnieszka Holland, Monika Olejnik, czy Magdalena Cielecka. Wśród nich znalazła się nawet wieloletnia ikona feminizmu, czyli Margaret Atwood.

 

Już kiedyś przerabialiśmy MeToo

Zanim na dobre przejdę do tematu na wstępie przypomnę pewien fakt. Otóż taka akcja wcale nie jest niczym nowym. W USA w okresie na przełomie XIX i XX w. gdzie często dochodziło do linczów na czarnoskórych mieszkańcach kraju, stosowano dokładnie tę samą retorykę, czyli zawsze „wierzyć ofiarom”. Polegało to na tym, że jeśli jakaś biała kobieta oskarżyła czarnoskórego mężczyznę o gwałt lub molestowanie, to należało zawsze uwierzyć jej na słowo. Bez żadnego procesu i udowodnienia winy. W ten sposób zlinczowano tysiące niewinnych ludzi. Tego typu akcje były podsycane przez rasistowskie organizacje, takie jak Ku Klux Klan.

Jedną z najbardziej szokujących spraw była historia Emmetta Tilla z Mississippi. Był to 14-letni, czarnoskóry chłopiec, który został fałszywie oskarżony o molestowanie przez białą kobietę Carolyn Bryant. W następstwie został brutalnie zamordowany. Po wielu latach kobieta przyznała się do kłamstwa. Pamiętajcie o tym, kiedy zobaczycie feministyczny transparent z napisem „Believe women”. Feministki po prostu przejęły metody działania po rasistach, tyle że zamiast w Murzynów, celują w mężczyzn.

 

Poradnik „Jak zniszczyć mężczyznę?”

Pewnej feministce znudziło się udawanie i wydała własną książką pt. „How to Destroy A Man Now (DAMN)”. Jest to książka nawiązująca do akcji #MeToo, opisująca porady w jaki sposób wykorzystać fałszywe oskarżenia do zniszczenia wybranego mężczyzny.

Taka gra w otwarte karty przez feministki nie jest niczym nowym. Wykorzystywanie fałszywych oskarżeń przeciwko mężczyznom w feministycznym slangu nazywa się „polowaniem na skalpy”. W poniższym artykule mamy przykład takiego polowania na programistów z branży open source.

 

Niezła draka w „Kawiarnii Amatorska” – jak feministki przegrały z Wykopem

W kwietniu tego roku doszło do dość kuriozalnej sytuacji w warszawskiej „Kawiarnii Amatorska”. Dwie feministki Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż zostały wyproszone z lokalu za agresywne zachowanie. Oficjalny powód wyproszenia to zabawa w rzucanie w ludzi kapslami.

Jednak dziewczyny obrażone na cały świat namówiły swoje feministyczne koleżanki i białorycerskich kolegów do hejtowania kawiarni na Facebooku i wystawiania oceny „1”. W tle poszło oskarżenie o „molestowanie”, którym miało być złapanie za rękę. Ale sprawa została szybko podchwycona przez internautów. Temat znalazł się na Wykopie. Prosty „Wykop efekt” sprawił, że liczba pozytywnych recenzji i ocen „5” znacznie przebiła liczbę feministycznego hejtu.

Przy okazji, te dwie feministki były współautorkami tekstu o „papierowych feministach”. Jego wiarygodność zatem poszła w górę jak nie wiem co. W dodatku Patrycja Wieczorkiewicz to jest dokładnie ta osoba, która atakowała Monikę Płatek w swoim tekście za to, że ośmieliła się stanąć w obronie domniemania niewinności. Jak dla mnie to kolejne potwierdzenie schematu. Feministki, które atakują domniemanie niewinności i naciskają na wierzenie „ofiarom” bez dowodów robią to właśnie po to, aby móc wykorzystywać fałszywe oskarżenia dla własnych prywatnych zemst. I tak przy okazji, nie jestem lekarzem, ale leki, do brania których przyznała się w tym artykule pani Wieczorkiewicz to zdaje się są leki, które bierze się w leczeniu schizofrenii i choroby afektywnej dwubiegunowej. Jeśli się mylę, niech ktoś poprawi mnie w komentarzu.

 

Netta Barzilai zwycięża w konkursie Eurowizji

Tegoroczną Eurowizję wygrała reprezentantka Izraela z piosenką, o wyjątkowo mizoandrycznej treści. Można zobaczyć sobie tłumaczenie na język polski na portalu tekstowo.pl. Jeśli chodzi o wykonanie…. cóż, oceńcie sami:

 
Jakim więc sposobem taki gniot wygrał? Powodem jest to, że Netta Barzilai jest feministką. A sama piosenka nawiązuje do akcji #MeToo. Barzilai jako twarz MeToo? No cóż, jaka akcja, taka twarz.

Po raz kolejny widzimy też, że Eurowizja to żaden konkurs muzyczny, a zwykły polityczny folwark. Netta Barzlilai w dodatku postanowiła dodatkowo zaszokować tekstem: „Za rok w Jerozolimie”. Co było naprawdę bardzo „rozsądne” zważywszy na obecnie napiętą sytuację w tym regionie świata.

 

Fałszywe oskarżenie Morgana Freemana o molestowanie

Z całego repertuaru wymyślnych oskarżeń typu „właśnie sobie przypomniałam, że ten pan 20 lat temu poklepał mnie po plecach” w ostatnich dniach istny szczyt żenady osiągnęło oskarżenie wystosowane w stosunku do Morgana Freemana. Rzekome „molestowanie” wyglądało tak:

 
W dodatku telewizja CNN do całej sprawy dołożyła własnego fake newsa. Inne kobiety, które rzekomo miały być ofiarami molestowania, same temu zaprzeczyły. Teraz Morgan Freeman będzie się domagał od CNN przeprosin i być może odszkodowania.

W sprawie Morgana Freemana dochodzi jeszcze motyw polityczny. Freeman to czarnoskóry, ceniony aktor, który znany jest ze swojego sprzeciwu wobec poprawności politycznej i lewicowej retoryki.

 
Tak właśnie wygląda MeToo w praktyce, próba niszczenia niewygodnych ludzi. I tu możemy już postawić kropkę.

Sprawa Jakuba Dymka, #MeToo i kompromitacja Codziennika Feministycznego

#MeToo

 

Wstrzymywałem się z opisaniem tej sprawy, do czasu aż sytuacja trochę się rozwinie. Obecnie wyszło już tyle wątków i niuansów, że serio jest o czym napisać. No to lecimy.

 

Tło sprawy: Akcja #MeToo i sprawa Janusza Rudnickiego

Tłem sprawy po pierwsze była oczywiście słynna akcja #MeToo. Która jest niczym innym jak kolejnym już w historii przykładem paniki moralnej, takiej jak niegdyś czas Makkartyzmu w USA, kiedy masę ludzi oskarżono o bycie sowieckim szpiegiem (niemal nikt nie okazał się być szpiegiem naprawdę), czy Satanic Panic, gdzie z tysięcy ludzi oskarżonych o wykorzystywanie dzieci do satanistycznych rytuałów jedynie kilka osób okazało się być przestępcami, w dodatku niepowiązanymi z okultystycznymi rytuałami. A wszystko w efekcie wybuchnięcia po latach afery Harveya Weinsteina, która jak to zwykle bywa, miała taką charakterystyczną cechę, że „wszyscy wszystko wiedzieli”. Ale mieli to gdzieś, dopóki tolerowanie wybryków tego pana było potrzebne do robienia kariery w Hollywood. Łącznie z Oprah Winfrey, przyjaciółką Weinsteina, którą już mainstream rozważa jako kandydatkę na prezydenta USA. Trochę śmieszno, trochę straszno. 

Jedyne rezultaty jakie przyniosło #MeToo to:

Ale to nie wszystko, drugą częścią tła, była sprawa Janusza Rudnickiego, pisarza i publicysty Gazety Wyborczej, który okazał się być wyjątkowo wulgarny i chamski w stosunku do kobiet, łącznie ze spokojnym nazywaniem ich określeniem na „k” prosto w oczy. Co niesamowite, wielu polskich celebrytów oraz znanych feministek, zaczęło go bronić. Spotkało się to wszystko z konsternacją opinii publicznej. I aż się prosiło, żeby te środowiska, głównie lewicowe i feministyczne jakoś postarały się zrehabilitować…. a no właśnie.

 

Artykuł o „papierowych feministach” na Codzienniku Feministycznym

I jak tu wybrnąć z takiej wpadki, jak z panem Rudnickim, która ośmieszyła środowisko lewicowo-feministyczne w Polsce? Próbę podjął Codziennik Feministyczny artykułem o „papierowych feministach”, gdzie kilka kobiet opisało jak to doświadczyły przemocy, molestowania czy chamstwa ze strony niby feministów, czyli mężczyzn, którzy są feministami tylko na papierze, dużo mówią o prawach kobiet, a w życiu postępują wobec pań dokładnie odwrotnie.

Tylko, że ten tekst został napisany w sposób całkowicie nierzetelny, bez jakiekolwiek weryfikacji zawartych w nim informacji. O ile oskarżony w nim Michał Wybieralski, piszący dla Gazety Wyborczej sam przyznał się do zarzucanych mu czynów (mobbing i molestowanie podległych mu pracownic) i publicznie przeprosił za swoje grzechy, o tyle publicysta Krytyki Politycznej Jakub Dymek, który został oskarżony o gwałt zaprzeczył temu zarzutowi. Oskarżenie o gwałt wystosowane przez jego byłą partnerkę Dominikę Dymińską jest tu bardzo wątpliwe, jako że po tym niby gwałcie, jak gdyby nigdy nic weszła z panem Dymkiem w związek, który trwał przez kilka miesięcy. Jednak pomimo braku jakichkolwiek dowodów, oraz wystąpieniu rażących wątpliwości natury logicznej, artykuł jednoznacznie wskazał Dymka jako gwałciciela. W dodatku Jakub Dymek dysponuje dowodem w postaci e-maila, który otrzymał kilka dni przed publikacją artykułu, w którym był szantażowany zostaniem nową twarzą polskiego #MeToo, zastępując Janusza Rudnickiego. Adres z którego przyszedł e-mail to adres, który jest kontaktem dla ofiar molestowania i został zamieszczony pod tekstem na CF o „papierowych feministach”.

Za kompletny brak rzetelności, etyki dziennikarskiej i w ogóle jakiejkolwiek etyki na Codziennik Feministyczny posypały się gromy. Wśród krytyków znalazła się nawet część stałych czytelników. Co zrobiła redakcja? Zamiast przyznać się do błędu, panie redaktorki zaczęły na ślepo atakować wszystkich, którzy ich krytykują, oskarżając ich o „wspieranie kultury gwałtu”. A co jeszcze bardziej absurdalne, zaczęły atakować domniemanie niewinności, pisać artykuły o tym jak to domniemanie niewinności jest „fikcją prawną”, w przypadku Dymka i Wybieralskiego „jest niestosowne”, itd. 

Sprawy zaczęły przybierać tak absurdalny obrót, że Codziennik Feministyczny zaczął być ostro krytykowany nawet przez inne lewicowe środowiska, jak np. portal Kultura Liberalna, czy przez Piotra Szumlewicza, którzy nie zostawili na tym feministycznym tabloidzie dosłownie suchej nitki. Powstał również list otwarty ludzi kultury, w którym ponad 90 różnych osób: pisarzy, redaktorów, tłumaczy, dziennikarzy, aktorów, reżyserów wystąpiło w obronie domniemania niewinności i w ramach sprzeciwu wobec stosowania linczu medialnego.

Jaka była odpowiedź od redaktorek Codziennika? Dalsze pójście w zapartę. Określiły tych ludzi mianem „ludzi kultury gwałtu” i wystosowały własny list otwarty, w którym znalazły się tak absurdalne sformułowania jak: „Utrwalaniem kultury gwałtu jest fetyszyzowanie domniemania niewinności i innych pojęć z porządku prawnego. Przenoszenie ich do sfery oceny etycznej, jakby mówienie o krzywdzie miało być możliwe jedynie po uzyskaniu wyroku sądu”. Czy leci z nami pilot?! 

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że ze względów prawnych fragment o rzekomym gwałcie został usunięty z artykułu o „papierowych feministach”, a Jakub Dymek wystąpił z pozwem przeciwko Codziennikowi Feministycznemu. Jak zakończy się ta sprawa, czas pokaże.

 

Żałosna i nieudolna próba ataku na prawicę

Kolejnym wątkiem związanym z całym tym zamieszaniem jest fakt, że wyjątkowo mocno na wizerunku straciła tu lewica. Co złego to wyszło na dziennikarzy lewicowych i feministycznych. Żeby jakoś zmyć te złe wrażenie ze strony lewicowej poszedł atak w stronę prawicy. Konkretnie niejaka Justyna Samolińska z Partii Razem, postanowiła nagle „ni z gruchy, ni z pietruchy” oskarżyć o molestowanie sprzed 2 lat Marka Jakubiaka, posła klubu Kukiz’15 w swoim naprawdę dennym tekście o „obłudzie pornoprawicy”, dla portalu WP opinie.

Zdenerwowany oszczerstwem pan Jakubiak złożył przeciwko niej pozew do sądu. Po czym pani Samolińska od razu przyznała się do kłamstwa, wyznając że żadnego molestowania nie było, całkowicie zmieniając wersję na to, że Jakubiak był dla niej tylko trochę niemiły: 

Justyna Samolińska

Pozostaje tylko czekać na wygraną posła Jakubiaka w sądzie. Trzymajmy za to kciuki.

Wampir z Zielonej Góry – słynny seryjny gwałciciel….. który nigdy nie istniał

Wampir z Zielonej Góry

 

W Zielonej Górze i w ogóle w całym woj. lubuskim swego czasu (około roku 2010) panowała psychoza strachu. Policja szukała groźnego seryjnego gwałciciela, który napadł już niejedną kobietę, media co i rusz o tym trąbiły. Mieszkanki lubuskiego bały się wychodzić z domu, panika trwała i ciągle się nakręcała. Gwałciciel zyskał pseudonimy takie jak „Wampir z Zielonej Góry” czy „Brzytwiarz”. Jak się ostatecznie okazało słynny już w całej Polsce gwałciciel…. nie istnieje.

Cała afera wybuchła za sprawą zwykłej plotki, kilkanaście kobiet po prostu zgłosiło fikcyjne zawiadomienie o gwałcie. Wystarczy że poszła plotka w mediach, że grasuje groźny przestępca i kolejne kobiety zaczęły zgłaszać kolejne fikcyjne zgłoszenia. Dlaczego? Jak to określił słynny kryminolog prof. Brunon Hołyst: „Dla osiągnięcia pewnej satysfakcji, że są ofiarami gwałcicieli, że mogą zaistnieć w percepcji społeczeństwa miejscowego, że ta sprawa doda im jakiejś chwały.” Teraz tym kobietom grozi do kilku lat więzienia za składanie fałszywych zeznań. 

Więcej o tej sprawie:
https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/gwalciciela-z-zielonej-gory-nie-bylo,131006.html

 

Wnioski z całej sytuacji

Jakiej lekcji udzieliła nam ta sprawa? Wnioski nasuwają się same. Po pierwsze każde zgłoszenie gwałtu należy bardzo dokładnie sprawdzić i znaleźć dowody na jego potwierdzenie. Jak widać są kobiety, które potrafią kłamać w tej sprawie nawet z bardzo błahych powodów, takich jak chęć bycia w centrum uwagi. Po drugie nie należy wierzyć we wszystko co mówi się w mediach i nie ulegać psychozie strachu.

I niech każdy teraz pomyśli sobie o akcjach typu #MeToo czy różnych publicznych oskarżeniach. Jak łatwo wśród prawdziwych ofiar mogą się znaleźć zwyczajnie osoby, które tylko szukają atencji albo prywatnej zemsty? Ilu niewinnym osobom może to zniszczyć życie? Ile szkód może przynieść społeczeństwu nakręcenia paniki? Jak obniża to wiarygodność prawdziwych ofiar gwałtu czy molestowania? Także pamiętajmy wszyscy: przestępstwa zgłaszamy na policji, nie w mediach czy na Facebooku. I nie wierzymy w żadną wersję z góry i „na słowo” bez dowodów. A od zbierania dowodów jest prokuratura, na której to zgodnie z prawem leży obowiązek udowodnienia winy (ciężar dowodu). Z kolei od wydawania wyroków są sądy, po przeprowadzeniu rzetelnego procesu.