Facebookiem w swoich wrogów – czyli (niektórych) feministek metody działania w praktyce

Poetycka tablica seksistów

 
Dziś parę słów o bardzo niecnym procederze jaki praktykują pewne osoby z kręgów feministycznym. Otóż rzecz o wykorzystywaniu mediów społecznościowych do atakowania innych osób w imię swojej ideologii.

 

Maja Staśko listy pisze

Radykalna feministka Maja Staśko stworzyła na Facebooku (oraz Instagramie) „poetycką tablicę seksistów”. Polegało to na tym, że wymieniła z imienia i nazwiska polskich poetów, którzy rzekomo mieli dopuścić seksistowskich czynów. Wszystko to na podstawie anonimowych donosów od innych kobiet. Lista powstała bez żadnych dowodów, w dodatku oskarżonym nie przedstawiono nawet zarzutów o co są oskarżeni. Przypomina to do złudzenia motyw z książki „Proces” Franza Kafki.

Nieważne jakiego przewinienia miał dopuścić się wymieniony na liście poeta, ani czy w ogóle miało miejsce, a nie było efektem czyjejś złośliwości, fałszywego oskarżenia. Wina (nie wiadomo za co) została uznana z góry. Jak wynikło w dyskusji w komentarzach, niektórzy znaleźli się na liście za krytykę sukienki, czy polemikę w sprawie wiersza. W większości przypadków nie wiadomo w ogóle o co chodzi.

Staśko jednak oczekiwała od każdego przyznania się do „winy” i przeproszenia. Nie wiadomo nawet za co, ale masz przeprosić i już. Była nawet oburzona, że ludzie wymienieni przez nią na liście wystąpili wobec niej z pozwem o naruszenia dóbr osobistych

pozew

Poziom absurdu wywalił skalę w kosmos.

Jak widzimy na screenie poniżej, sama Staśko przyznaje, że jej działanie spotkało się z krytyką „mnóstwa” ludzi. I faktycznie, pod jej postem o „tablicy seksistów” pojawiło się wiele krytyczny komentarzy od internautów (spora część już usunięta, ale nie wszystkie):

krytyka Staśko

 
Pomimo tego, niezrażona Maja Staśko stworzyła drugą listę, „dziennikarską tablicę seksistów”. Kryterium tworzenia listy podobne, „co ludzie w komentarzach napiszą”. Tym razem na liście znalazły się również kobiety. Zdarzył się także pewien funny fact. Pierwotną wersję „listy seksistów” udostępniła na swoim profilu Karolina Korwin Piotrowska. Internauci wytknęli jej jednak hipokryzję, twierdząc, że sama powinna znaleźć się na tej liście, przytaczając jej seksistowskie i chamskie wypowiedzi wobec Edyty Herbuś, Michała Szpaka, Natalii Siwiec, Dody, Rafała Maślaka, Magdaleny Ogórek, czy Radka Pestki. I tak też się stało, Korwin Piotrowska dołączyła do tablicy seksistów.

Nadal jednak wiele nazwisk znalazło się na liście z przyczyn niejasnych. Ponownie metody działania Staśko nie spotkały się z aprobatą, i to nawet wśród samych feministek. Co więcej jak czytamy w przytoczonym wcześniej artykule na Wirtualnej Polsce większość z nich nie chciało skomentować sprawy, twierdząc, że… boją się Staśko, ze względu na jej mściwość i skłonność do uznawania za seksistę każdego kto nie popiera jej metod działania (co pokazuje, w jaki sposób mogły powstać obie listy).

Cytując:

Co ciekawe, o pomysłach Mai Staśko na walkę z seksizmem nie chciały z WP rozmawiać znane w środowisku feministki. Dwie z nich odmówiły komentarza. Jedna powiedziała, że po prostu „boi się Staśko, bo ona jest nieprzewidywalna i miała już z nią konflikt, a nie chce następnego„.

Inna autorka feministyczna, mówi WP anonimowo: – Seksizm jest zjawiskiem powszechnym, ale metoda publicznego napiętnowania znanych osób na podstawie anonimowych doniesień to słaby pomysł na jego likwidację. Jest to natomiast rewelacyjny sposób na skłócenie środowiska. I forma autopromocji. Maja Staśko jest w środowisku znana z tego, że biada każdej i każdemu, kto jej podpadnie. Masz wątpliwości co do jej metod? No to jesteś seksistą! To nie ma nic wspólnego z feminizmem! Nazwałabym to raczej rodzajem inkwizycji.

Jedynie Magdalena Środa zgodziła się na komentarz pod swoim nazwiskiem, stwierdzając, że Maję Staśko rozumie, ale jej metod nie popiera. Określiła ją mianem radykalnej feministki. Jeśli nawet prof. Środa określa kogoś mianem zbyt radykalnej feministki, to wiedz, że coś się dzieje. 🙂

 

Dr Sylwia Spurek pisze donosy do pracodawców i… chce naciskać na prawników?

Teraz coś o Sylwii Spurek, byłej Rzeczniczki od (nie)Równego Traktowania i obecnej europosłanki. Jak sama ostatnio oficjalnie przyznała, donosi pracodawcom na temat ludzi, którzy „hejtują” ją w sieci. Fakt, że bycie nazwanym amebą umysłową nie jest miłe, ale czy nie lepiej zwyczajnie zablokować taką osobę? Czy trzeba koniecznie lecieć z tym do pracodawcy tego człowieka. Pachnie to bardziej mściwością niż walką o zachowanie kultury wypowiedzi.

To nie wszystko. Pod wspomnianym w poprzednim akapicie postem Mai Staśko o tym, że została pozwana przez mężczyzn umieszczonych na „tablicy seksistów” Sylwia Spurek umieściła taki oto post:

Sylwia Spurek o prawnikach

Po co pani Spurek nazwiska prawników, którzy wzięli tę sprawę? Czy to ma być jakaś próba nacisków, czy zastraszenia? Trudno to jednoznacznie zinterpretować, ale wygląda to naprawdę niepokojąco.

 

Feminiskra hipokrytka

Feministyczna blogerka Feminiskra w kwietniu 2019 mocno oburzyła się wykopową akcją w sprawie facebookowej grupy „Dziewczyny bez tabu”. W skrócie polegało to na tym, że wykopowicze ujawnili kompromitujące posty z zamkniętej grupy, gdzie kobiety przyznawały się m.in. do zdrady w związku, co było następnie przekazywane zdradzonym partnerom.

No i w zasadzie byłoby OK, Feminiskra wyraziła swoje zdanie. Tylko, że kilka miesięcy później sama przyznała się do donoszenia partnerkom na temat postów, jakie panowie piszą na jej stronie. Trudno powiedzieć o co chodzi, ale same partnerki tych facetów nie dostrzegły niczego złego w ich wypowiedziach. Wszystko to możemy zobaczyć na screenie poniżej:

Feminiskra

 
Jakiś czas później Feminiskra doszła do wniosku, że donoszenie na kogoś jego bliskim to jednak nie jest dobry pomysł, lepszym wyjściem byłoby doniesienie pracodawcy:

Feminiskra 2

Sprawa Johnny’ego Deppa i Amber Heard – aktualizacja

Amber Heard przyznaje się do stosowania przemocy

 
O tej sprawie pisałem już w tym tekście. Dla przypomnienia w skrócie: Amber Heard w trakcie rozwodu oskarżyła Johnny’ego Deppa o stosowanie przemocy. Jednak aktor zebrał obszerny materiał dowodowy wskazujący, że to on był ofiarą przemocy ze strony kobiety. Teraz dowody te w formie nagrań zaczynają wychodzić na światło dzienne.

 

Zakłamanie Amber Heard i ruchu #MeToo

Oskarżenia Amber Heard od początku wyglądały na podejrzane. W obronie Deppa stanęła jego poprzednia partnerka Vanessa Paradis, twierdząc, że nie jest on agresywny, w czasie ich 14-letniego związku nigdy nie poniósł na nią ręki oraz, że jest „wrażliwy i kochający”. Za to Amber Heard była już w przeszłości aresztowana za publiczne pobicie swojej ówczesnej partnerki Tasy Van Ree. Wątpliwości co do oskarżeń Heard miała nawet jej przyjaciółka, Laura Divenere, twierdząc że tuż po rzekomym pobiciu, aktorka nie miała żadnych śladów doświadczenia przemocy.

Mimo to, po oskarżeniu Deppa o przemoc, Heard szybko stała się ikoną ruchu #MeToo. Została nazwana Czempionką Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych. Mianowano ją ambasadorką praw kobiet w American Civil Liberties Union, a L’Oreal Paris zrobił ją swoją globalną ambasadorką marki. Z kolei kariera Johnyy’ego Deppa wyhamowała.

 
W niedawnym czasie wyszło na jaw jednak nagranie, w których Amber Heard przyznaje się do stosowania przemocy wobec Johnny’ego Deppa. A także nagranie, w którym wyśmiała go, gdy miał zamiar powiedzieć przed sądem, że był ofiarą przemocy, twierdząc, że sąd i ławnicy będą po jej stronie, gdyż jest kobietą.

– Powiedz światu, Johnny, powiedz im… Ja, Johnny Depp, mężczyzna, ofiara przemocy domowej… i sprawdź, jak wiele osób w to uwierzy i stanie po twojej stronie – mówiła Heard na opublikowanym nagraniu.

– Jesteś ode mnie większy i silniejszy… Ja byłam 52-kilogramową kobietą… Zamierzasz stanąć przed sądem i powiedzieć: „Ona to zaczęła”? Serio? – mówiła Heard przed finalnym rozstaniem.

– Nigdy nie byłam w stanie przewyższyć cię siłą… Sąd i ławnicy będą widzieli ogromną różnicę między nami – dodała ówczesna żona Deppa, która zrobiła z niego w mediach damskiego boksera, a z siebie ikonę ruchów feministycznych.

Tymczasem kiedy oskarżała Deppa o przemoc twierdziła, że:

Zacznijmy od prawdy, zimnej, twardej prawdy. Kiedy kobieta wychodzi z ukrycia, by mówić o swoim cierpieniu, niesprawiedliwości – zamiast pomocy, szacunku i wsparcia, spotyka się z wrogością, sceptycyzmem i wstydem. Jej motywy są kwestionowane, a prawda ignorowana. Bez względu na to, jak okropna lub przerażająca może być przeżywana trauma, prawda jest taka, że blednie w porównaniu z tym, co stanie się później. Nic dziwnego, że tak wiele z nas uważa, że musimy zachować ciszę lub zadbać o własne bezpieczeństwo, starając się zachować naszą godność poprzez ciche przetrwanie. Strach przed ostracyzmem ze strony społeczności jest najbardziej przerażającą perspektywą na świecie. Ale jestem tutaj, aby powiedzieć, że nie ma potrzeby dokonywania tak okropnej wymiany. Niełatwo jest podnieść głos, stanąć w obronie siebie i swojej prawdy i zrobić to samej, ale nasz świat się zmienia. Stojąc ramię w ramię jako kobiety, stanowimy ogromną armię głosów i nie możemy dłużej akceptować ciszy.

 
Ten uderzający przykład hipokryzji jest doskonałą laurką ruchu #MeToo i współczesnego feminizmu: Mów, że jesteś ofiarą, kiedy jesteś sprawcą, mów że jesteś dyskryminowana, kiedy doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś na pozycji uprzywilejowanej. 

 
Nagrania dowodzące, że Amber Heard była sprawczynią przemocy można odsłuchać m.in. pod tym linkiem.

 

Justice for Johnny Depp

Po wyjściu na jaw przemocy wobec Johnny’ego Deppa, wielu internautów postanowiło wyrazić swoje wsparcie dla aktora.  Dlatego powstał hasztag #JusticeForJohnnyDepp. Zachęciło to także niektórych mężczyzn do opowiedzenia swojej historii, doświadczenia przemocy domowej i niesprawiedliwości systemu.

Absurdalna i groźna kampania Amnesty International

Amnesty International

 
Amnesty International określająca się jako organizacja walcząca o prawa człowieka wystartowała ostatnio z kampanią „Tak to miłość”, propagując zmianę definicji gwałtu jako „braku zgody” i potrzebie pytania o seks za każdym razem. Dlaczego jest to złe podejście, a polskie prawo już teraz uwzględnia każdy rodzaj przemocy seksualnej (art. 197 KK – użycie przemocy lub podstępu, art. 198 KK – wykorzystanie bezradności, art. 199 KK – wykorzystanie zależności) pisałem już dokładnie w artykule „Seksistowskie definicje gwałtu w feministycznych propozycjach”. W tym tekście skupię się głównie na argumentach podawanych przez samą AI i na ogólnej działalności tej organizacji.

 

Polemika z argumentami Amnesty International

Organizacja zamieściła na swojej stronie listę odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania w związku z kampanią. Nie ma tu miejsce na omówienie wszystkich punktów, skupię się tylko na tych, które tyczą się tematyki bloga.

W punkcie pierwszym AI tłumaczy dlaczego skupia się na kobiecych ofiarach, podając, że kobiety padają ofiarą przemocy seksualnej nieporównywalnie częściej niż mężczyźni. Nie podaje jednak na to żadnego źródła. Badania FRA, które widzimy na stronie były przeprowadzane jedynie na kobietach, nie ma w nich żadnej analizy porównawczej pod względem płci. Tymczasem najnowsze badania wykazują, że mężczyźni padają ofiarami przemocy seksualnej niemal równie często jak kobiety. Przy okazji jednak AI przyznała, że autentyczny odsetek kobiet, będących ofiarami gwałtów to 1/20, a nie żadne 1/5 nieustannie przewijające się w feministycznych manipulacjach.

W punkcie czwartym AI twierdzi, że nowa definicja nie narusza zasady domniemania niewinności, jednak pomija możliwości nadużywania prawa. Tak jak stało się w Szwecji, gdzie 27-latek został skazany za „gwałt z nieostrożności” chociaż nic nie wskazywało na to, że kobiecie dzieje się krzywda, a nawet sama zdjęła majtki.

W punkcie piątym Amnesty twierdzi, że nie trzeba podpisywać umowy przed seksem, ale znowu pomija jak to działa w praktyce. W Szwecji, gdzie weszło prawo zgodne z propozycją AI, ludzie autentycznie zaczęli ściągać aplikację na telefon do wyrażania zgody na seks. A w wspomnianej wcześniej sprawie 27-latka, adwokat przyznał, że przy takich przepisach trzeba podpisywać pisemną zgodę, żeby uniknąć skazania, a koledzy po fachu się z nim zgadzają.

W punkcie szóstym AI twierdzi, że zgoda nie musi być wyrażona w sposób werbalny, jednak przez cały tekst przewija się zdanie „W razie wątpliwości, zapytaj”. Czyli nie dość, że sami sobie przeczą, to jeszcze stosują victim blaming w stosunku do ofiar fałszywych oskarżeń o gwałt. Powiedzieć „trzeba było się zapytać” ofierze fałszywego oskarżenia jest równie obrzydliwym jak powiedzieć do ofiary gwałtu: „trzeba było się tak nie ubierać”.

Punkt siódmy to już prawdziwe kuriozum. AI przyznaje wprost, że wprowadzenie ich pomysłów w życie w poszczególnych krajach zaskutkowało ściąganiem przez ludzi aplikacji do wyrażania zgody (widzimy od razu sprzeczność z punktem piątym), ale zamiast wyciągnąć z tego wnioski, brną w temat dalej. Mało tego, stwierdzają, że nawet zgoda wyrażona w aplikacji nie wystarczy, żeby nie móc zostać skazanym. W zasadzie patrząc na to, jak działa to w Szwecji, można mieć nawet nagranie z całym stosunkiem seksualnym, a sąd i tak może subiektywnie uznać, że zgoda nie została wyrażona wystarczająco jasno. Dlatego tak, to prawo to groźny absurd, który nigdy nie powinien powstać.

W punkcie ósmym Amnesty twierdzi, że nie ma dowodów, że fałszywe oskarżenia są powszechne, ani na to, że prawo oparte o brak zgody zwiększa liczbę fałszywych oskarżeń. Obie informacje są nieprawdziwe. Dowody na duży odsetek fałszywych oskarżeń o gwałt (40-65%) istnieją już od lat 80-tych, m. in. w badaniach: Dr Charles’a McDowella i Eugene’a J. Kanina. A najniższy możliwy odsetek fałszywych oskarżeń o gwałt oparty o wieloletnie statystyki zbierane przez FBI w oparciu o analizę DNA, to 25%.

Z kolei wpływ prawa o zgodzie na wzrost fałszywych oskarżeń widać na przykładzie Wielkiej Brytanii. Na początku 2015 r. Alison Saunders, feministka będąca dyrektorką Prokuratury koronnej zaczęła wydawać specjalne wytyczne dla policjantów i prokuratorów, aby za gwałt uważać każdy stosunek bez „świadomej zgody”. W efekcie w styczniu 2018 r. prokurator generalny Jeremy Wright zarządził aby wszystkie sprawy o gwałt z ostatnich lat zostały ponownie rozpatrzone. Wszystko ze względu na bardzo dużą liczbę fałszywych oskarżeń i skandaliczne błędny policji i prokuratury, które doprowadziły nawet do skazywania niewinnych ludzi. Pisałem już o tym, w tym artykule.

Z kolei w Szwecji problem ten istniał jeszcze nawet przed zmianą prawa, o czym swego czasu mówiła publicznie sama Pamela Anderson. Do tego wszystkiego Amnesty w ogóle nie odniosła się do faktu, jak takie prawo zmienia sytuację fałszywie oskarżonego, tj. o ile łatwiej jest mu trafić do więzienia za niewinność.

Punkty dziesiąty i jedenasty to dość wymijające odpowiedzi jak to prawo ma funkcjonować w praktyce, jak udowodnić, „brak zgody”?

I wreszcie w punkcie trzynastym Amnesty International przyznaje, że nie ma dowodów, na to, że to prawo pomaga ofiarom przemocy seksualnej. Czyli nie dość, że prawo jest szkodliwe i niesie ze sobą wiele zagrożeń, to jeszcze jest robione po nic.

 

Kontrowersje wokół Amnesty International

W związku z działaniem tej organizacji już wcześniej wiązało się wiele kontrowersji. W lutym 2019 r. cały zarząd Amnesty podał się do dymisji po opublikowaniu wyników audytu informującego o skandalicznych praktykach w tej organizacji. W 56-stronicowym raporcie przytoczono „niepokojącą” liczbę przypadków zastraszania, rasizmu i seksizmu oraz liczne przypadki, w których menedżerowie publicznie upokarzali personel oraz pozwalali sobie na poniżające i wulgarne komentarze wobec pracowników, co prowadziło nawet do samobójstw. Tego wszystkiego dopuścili się ludzie, niosący na ustach hasła o „prawach człowieka”.

Jak podała Komisja ds. Publicznych w Irlandii Amnesty International przyjęła w sposób bezprawny pieniądze od kontrowersyjnego finansisty George’a Sorosa na kampanię na rzecz liberalizacji prawa aborcyjnego w tym kraju. W dodatku sama kampania AI w Irlandii miała bardzo niesmaczny charakter nawet dla niejednego działacza pro-choice, przedstawiając filmik o irytującej ciąży.

Swój seksizm wobec mężczyzn AI pokazała także w 2014 r. gdzie zachęcała do przyjęcia Konwencji antyprzemocowej przedstawiając plakat z mężczyzną zmywającym krew z podłogi z podpisem: „To nieprawda, że mężczyźni nie robią nic w domu”. W dodatku rozpowszechniając fałszywą informację jakoby 90% ofiar przemocy stanowiło kobiety i dzieci.

Organizacja ta zasłynęła także publicznym odmówieniem zajęcia się sprawą Alfiego Evansa. A także różnych innych spraw. Nawet wśród moich czytelników są osoby, które zgłaszały mi bierność Amnesty w odpowiedzi dotyczących np. dyskryminacji ojców.

Johnny Depp i Amber Heard – czyli jak akcja #MeToo sprzyja sprawcom i poniża ofiary przemocy

Johnny Depp Amber Heard

 
Kiedy Amber Heard oskarżyła Johnny’ego Deppa o stosowanie przemocy domowej, stała się ikoną ruchu #MeToo. Tymczasem Depp przedstawia dowody, że to on był ofiarą przemocy ze strony żony, która teraz próbuje go wrobić.

 

Rozwód z oskarżeniem w tle

W czasie rozwodu między Johnny’m Deppem a Amber Heard, aktorka oskarżyła męża o stosowanie przemocy w związku. Niedługo później stała się ikoną ruchu #MeToo. Jako pierwsza aktorka w historii została nazwana Czempionką Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych. Mianowano ją ambasadorką praw kobiet w American Civil Liberties Union, a L’Oreal Paris zrobił ją swoją globalną ambasadorką marki.

To wszystko działo się pomimo, że oskarżenia od początku wyglądały na szyte grubymi nićmi. W obronie Deppa stanęła jego poprzednia partnerka Vanessa Paradis, twierdząc, że nie jest on agresywny, w czasie ich 14-letniego związku nigdy nie poniósł na nią ręki oraz, że jest „wrażliwy i kochający”. Z kolei Amber Heard była już w przeszłości aresztowana za publiczne pobicie swojej ówczesnej partnerki Tasy Van Ree. No ale wszyscy wiemy, jak działa akcja #MeToo.

W marcu tego roku w sprawie nastąpił jednak zwrot. Johnny Depp wniósł pozew o zniesławienie, domagając się 50 mln dolarów odszkodowania. Co najważniejsze aktor i jego prawnicy przedstawili dowody, nie tylko wskazujące na jego niewinność, ale także na to, że to on był ofiarą przemocy. Trzeba jeszcze poczekać na ostateczny wyrok sądu, ale materiał dowodowy jest tu naprawdę miażdżący, obejmujący 87 nagrań i zeznania 17 świadków.

 

Pozaprocesowy charakter domniemania niewinności

Ta sprawa po raz kolejny przypomina jak ważne jest domniemanie niewinności, także w swoim pozaprocesowym charakterze. Bo nie należy zapominać o tym, że ta zasada obowiązuje nie tylko w postępowaniu karnym, ale także poza nim. Jeśli ktoś zostanie publicznie oskarżony, a jego nazwisko zostaje podawane w mediach, w oczywisty sposób domniemanie niewinności zostaje złamane, ponieważ taki człowiek ponosi konsekwencje, nawet jeśli jest niewinny. Mało tego, żeby oczyścić swoje dobre imię, musi udowadniać swoją niewinność (co często okazuje się zwyczajnie niewykonalne). A bywa, że nawet pomimo tego i tak niektóre osoby uważają go sprawcę. Jest to klasyczny proces Kafki.

Co więcej, sprawca przemocy jest w stanie wykorzystać fałszywe oskarżenie. Wówczas sprawca chowa się za łatkę bezkarności, a ofiara jest taktowana przez część ludzi jako sprawca. Czyli mamy odwrócenie sprawiedliwości.

Dlatego takie sprawy powinien rozstrzygać niezależny sąd w rzetelnym procesie, oskarżeni powinni mieć prawo zachować anonimowości do czasu wydania wyroku, a ludzie nie powinni traktować nikogo jako winnego, do czasu udowodnienia mu winy. Trzeba również przełamać stereotyp traktujący mężczyzn jako sprawców, a kobiet jako ofiar.

Seksistowskie definicje gwałtu w feministycznych propozycjach

Definicja gwałtu

 
Działanie organizacji feministycznych potrafi być niekiedy naprawdę obrzydliwe. W ostatnim czasie po raz kolejny byliśmy tego świadkami w Polsce.

 

Posłanki Nowoczesnej i Feminoteka w natarciu

Zaczęło się od dwóch posłanek partii .Nowoczesna Moniki Rosy i Ewy Lieder i ich propozycji, aby za gwałt uznać „brak świadomej zgody na seks”. Tak poważne przestępstwo jak gwałt musi mieć jasną definicję, żeby nie wsadzać niewinnych ludzi do więzień, więc autorka tego wywiadu starała się uzyskać informację od posłanek na czym miałoby to polegać? Jak uniknąć absurdów jak podpisanie umowy przed stosunkiem, czy nagrywania się na kamerę/dyktafon?

Jednak najwyraźniej posłanki same nie wiedzą co tak naprawdę proponują. W artykule możemy znaleźć takie kwiatki jak: „Gdy przemoc wystąpi w stałym związku, bierze się pod uwagę to, że zgoda “może być bardziej dorozumiana, a nie wypowiedziana”, liczy się kontekst czy mowa ciała. Natomiast w przypadku przelotnych znajomości typu One Night Stand, udowodnienie przez domniemanego sprawcę otrzymania jednoznacznej zgody na współżycie będzie kluczowe dla zadecydowania o poniesieniu przez niego odpowiedzialności karnej”. I jednocześnie: „Zmiana definicji gwałtu nie oznacza zniesienia postępowania dowodowego czy domniemania niewinności. Chodzi o to, żeby zmieniło się podejście do ofiary przemocy seksualnej”. Widzimy logiczne sprzeczności i jakiś dziwny purytanizm, wedle którego seks w stałym związku jest OK, ale już przelotne przygody to jakby domniemany gwałt, wszystko z ust posłanki partii, nazywającej się „Nowoczesna”.

Podejrzewam, że posłankom chodzi o zmianę definicji gwałtu na taką, jaką wprowadzono w Szwecji, której efektem stało się (to nie żart), że ludzie zaczęli ściągać aplikację na telefon z potwierdzeniem zgody na seks, ale o tym więcej napiszę trochę później.

 
Kolejne uderzenie zaserwowała nam ostatnio Fundacja Feminoteka, umieszczając taką petycję w sieci. Tu mamy znowu propozycję, żeby za gwałt uważać niebyt jasne określenie jak „seks bez wyraźnej i świadomej zgody”. I dużą manipulację faktami, jeśli chodzi o podanie pigułki gwałtu, czy celowe upicie czy odurzenie ofiary w celu dokonania gwałtu to już teraz jest uważane za tzw. podstęp i karane jako gwałt z art. 197 KK. Z kolei wykorzystanie bezradności ofiary karane jest z art. 198 KK. Ustawodawca wprowadził dwa osobne paragrafy właśnie dlatego, żeby można było karać za każdy rodzaj przemocy. Czyli karane jest zarówno celowe odurzenie/upicie ofiary, jak i wykorzystanie, że ofiara była nieprzytomna, spała czy była kompletnie pijana. Zmiana prawa nie jest więc w tym względzie potrzebna. Że już nie wspomnę, że to że średnie kary za zgwałcenie są zbyt niskie to powód żeby je podnieść (zwłaszcza dolne granice), a nie zmieniać definicję, co ma w ogóle piernik do wiatraka?

A to jeszcze nie wszystko. W petycji znalazła się także sugestia, żeby gwałt definiować jako „seksualna penetracja bez zgody ofiary”. Oznaczałoby, że aby móc zostać uznanym za ofiarę gwałtu trzeba być stroną penetrowaną, ale już nie penetrującą. W skrócie gwałt kobiety na mężczyźnie nie byłby karany w większości przypadków. Jak pokazują badania z USA, większość gwałtów kobiet na mężczyznach polega właśnie na byciu zmuszonym do penetracji. W tym celu uwzględniono w badaniach takie pojęcie jak „made to penetrate”, czyli „zmuszenie do penetracji”, dzięki czemu odkryto, że liczba męskich ofiar gwałtu jest wyraźnie wyższa niż się powszechnie przypuszcza. Po polsku pisał o tym portal Vice (swoją drogą portal feministyczny) oraz ja w artykule o gwałtach na mężczyznach.

Z kolei w Wielkiej Brytanii funkcjonuje właśnie taka archaiczna definicja gwałtu sprowadzona do bycie penetrowanym wbrew swojej woli, ale nie uznaje za gwałt bycia przymuszonym do penetracji. Dlatego nawet jeśli mężczyzna zostanie zmuszony do seksu przez kobietę np. groźbami użycia niebezpiecznego narzędzia lub zostanie odurzony i wykorzystany, nie jest uznawany za ofiarę gwałtu. Więcej do poczytania na ten temat w poniższym artykule. Dodam tylko, że taka definicja uderza również w kobiety, które padły ofiarą gwałtu ze strony innej kobiety.

 

Wzór z zachodu? Raczej antywzór

Organizacje feministyczne mają w zwyczaju argumentować za danym rozwiązaniem, twierdząc, że przecież tak jest w jakimś innym kraju. Bez oceny jakie przynosi to skutki, bo po prostu inni tak mają, to musi być dobre. To rozumowanie typu: Łagry i psychuszki są złe? No przecież w ZSRR jakoś to funkcjonowało przez dobre kilkadziesiąt lat? OK, no to sprawdźmy jak takie definiowanie gwałtu jako „braku świadomej zgody” działa w praktyce.

Pierwszy wymowny przykład to Wielka Brytania. Pisałem już wcześniej, że definiowanie gwałtu tylko jako przymusowej penetracji utrudnia, a często wręcz uniemożliwia karanie kobiet jako sprawczyń gwałtów zarówno wobec mężczyzn, jak i innych kobiet. Ale to nie wszystko, na początku 2015 r. Alison Saunders, feministka będąca dyrektorką Prokuratury koronnej zaczęła wydawać specjalne wytyczne dla policjantów i prokuratorów, aby za gwałt uważać każdy stosunek bez „świadomej zgody”. Kluczowe jest tu słowo „świadomej”, wystarczy, że np. kobieta napiła się chociaż odrobiny alkoholu i już jej zgoda mogła zostać potraktowana jako „nieświadoma” (w drugą stronę to nie działa, jeśli mężczyzna też pił to nie może być ofiarą, bo nie został „spenetrowany”). Kolejna rzecz, policja i prokuratura zostały ogólnie rzecz mówiąc zindoktrynowane w duchu feministycznej ideologii.

Jakie przyniosło to wszystko efekty? Ano takie, że w styczniu 2018 r. Prokurator generalny Jeremy Wright zarządził aby wszystkie sprawy o gwałt z ostatnich lat zostały ponownie rozpatrzone. Wszystko ze względu na bardzo dużą liczbę fałszywych oskarżeń i skandaliczne błędny policji i prokuratury, które doprowadziły nawet do skazywania niewinnych ludzi. Pisałem już o tym bardzo dokładnie w tym artykule.

 
Kolejny przykład to Szwecja. W lipcu 2018 r. weszło w życie prawo według którego zgoda na seks musi być „jasno wyrażona” inaczej jest to traktowane jako gwałt. W efekcie… powstała aplikacja na telefon do wyrażania zgody na seks. I naprawdę znalazło się wielu ludzi, którzy zaczęli jej używać, popularność ciągle rośnie. Pokazuje to tylko jak ludzie czują się sterroryzowani zasadami prawnymi i kulturowymi w tym kraju.

 

Tymczasem definicja zgwałcenia w polskim prawie jest bardzo dobra

Art. 197 KK

§ 1. Kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

§ 2. Jeżeli sprawca, w sposób określony w § 1, doprowadza inną osobę do poddania się innej czynności seksualnej albo wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

§ 3. Jeżeli sprawca dopuszcza się zgwałcenia:

1. wspólnie z inną osobą,
2. wobec małoletniego poniżej lat 15,
3. wobec wstępnego, zstępnego, przysposobionego, przysposabiającego, brata lub siostry, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

§ 4. Jeśli sprawca czynu określonego w § 1-3 działa ze szczególnym okrucieństwem, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5.

 
Art. 198 KK

Kto, wykorzystując bezradność innej osoby lub wynikający z upośledzenia umysłowego lub choroby psychicznej brak zdolności tej osoby do rozpoznania znaczenia czynu lub pokierowania swoim postępowaniem, doprowadza ją do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

 
Art. 199 KK

§ 1. Kto, przez nadużycie stosunku zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia, doprowadza inną osobę do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

§ 2. Jeżeli czyn określony w § 1 został popełniony na szkodę małoletniego, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

§ 3. Karze określonej w § 2 podlega, kto obcuje płciowo z małoletnim lub dopuszcza się wobec takiej osoby innej czynności seksualnej albo doprowadza ją do poddania się takim czynnościom albo do ich wykonania, nadużywając zaufania lub udzielając w zamian korzyści majątkowej lub osobistej albo jej obietnicy.

 
Te wszystkie definicje przestępstw seksualnych są bardzo dobre, ponieważ:

  1. Są neutralne pod względem płci
  2. Uwzględniają każdą formę przemocy, czyli doprowadzenie do obcowania płciowego wbrew woli ofiary zarówno poprzez przemoc fizyczną, groźbę bezprawną, jak i odurzenie, upicie ofiary, czy wykorzystanie jej bezradności.
  3. Są jasne i klarowne dla każdego, nie ma w nich niejasnych sformułowań typu „świadoma zgoda”, odchodzi problem kiedy obie strony po prostu wypiły trochę alkoholu, ale seks był dobrowolny, czy zgoda nie była wyrażona słownie, ale np. gestem itd.

 
Na koniec dodam tylko, że w ostatnich latach zaszły w Polsce takie zmiany, jak to, że gwałt jest ścigany z urzędu, ofiary muszą być przesłuchiwane w specjalnym pomieszczeniu w obecności psychologa, a całe przesłuchanie jest nagrywane, aby nie było konieczne jego powtórzenie, chyba że akurat wymaga tego postępowanie sądowe. Nie można też dać za gwałt wyroku w zawieszeniu, ponieważ po nowelizacji KK z 1 lipca 2015 r. zawiasy można dać tylko za przestępstwo do maksymalnie 1 roku więzienia. Chyba, że sąd w wyjątkowych okolicznościach takich jak pojednanie ze sprawcą zastosuje nadzwyczajne złagodzenie kary, liczba takich przypadków spadła do 29 rocznie (z około 1200 wyroków). Ale uwaga, te wszystkie zmiany to nie był efekt przyjęcia Konwencji Stambulskiej, jak próbują wszystkim wmawiać organizacje feministyczne. Te zmiany wprowadził Jarosław Gowin, kiedy pełnił funkcję ministra sprawiedliwości. Ten Gowin, który akurat w rządzie PO był całkowicie przeciwny przyjęciu wspomnianej konwencji.

Sylwia Spurek – Rzeczniczka od (nie)Równego Traktowania

Sylwia Spurek

 
Na jesieni 2015 r. nowym Rzecznikiem Praw Obywatelskich został Adam BodnarZ kolei na swojego zastępcę ds. Równego Traktowania mianował feministkę dr Sylwię Spurek, której działanie to praktyczne zaprzeczenie pełnionego przez nią urzędu.

 

„Przemoc ma płeć”

Sylwia Spurek przez pierwsze 2 lata swojej działalności niezbyt zwracała się na siebie uwagę opinii publicznej. W zasadzie mało kto o niej słyszał. Zmieniło się to w 2017 roku. I od razu w negatywny sposób. Zaczęło się od wywiadu dla portalu Onet, gdzie stwierdziła: „Warto powiedzieć o kliku faktach. Przemoc ma płeć. Ofiarami są kobiety i dzieci, a sprawcami są mężczyźni”.

Tymczasem każdy rozsądny człowiek, wie że wśród sprawców przemocy w rodzinie są zarówno mężczyźni, jak i kobiety, więc to oczywiste, że przemoc nie ma płci. O tej wypowiedzi z 7 marca 2017 r. mało kto jednak wiedział przez dobre kilka miesięcy. Wieść rozeszła kiedy sam o tym napisałem na swoim Fanpage, wtedy jeszcze mało znanym, ale szczęśliwie w rozpowszechnieniu informacji wsparli mnie twórcy FP Partia Mężczyzn, którzy mieli wówczas dobre 10 tys. fanów. Zbiegło się to wszystko w czasie (jesień 2017 r.), kiedy Sylwia Spurek wsparła kampanię „16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet”, gdzie dodatkowo zaczęła utrwalać fałszywe stereotypy na temat przemocy domowej. I internauci mieli okazję przekonać, kto sprawuje funkcję zastępcy RPO ds. Równego Traktowania i w jaki sposób to czyni.

W kampanii firmowanej przez Sylwię Spurek absurdy były widoczne gołym okiem. Przykładowo w takim spocie. Na wstępie Spurek mówi, że 19% kobiet w Polsce doświadcza przemocy domowej, a potem jak gdyby nigdy nic dodaje, że skala problemu jest tak naprawdę większa, bo tylko 30% kobiet zgłasza to organom ścigania. Jest to całkowita bzdura, ponieważ te 19% to wynik badań przedstawionych przez Agencję Praw Podstawowych, oparty na podstawie anonimowych ankiet, a nie zgłoszonych spraw. W dodatku patrząc na metodologię tamtych badań, gdzie przyjęto bardzo szerokie definicje przemocy wynik tak na dobrą sprawę był zawyżony. Mało tego, pomimo tak restrykcyjnego podejścia, według tych badań Polska i tak odnotowała najmniej przemocy wobec kobiet w całej UE.

Co jeszcze bardziej bije po oczach, to twierdzenie, że 90% ofiar domowej to kobiety. Źródła informacji rzecz jasna brak. Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn pisał nawet w tej sprawie do samego Rzecznika Praw Obywatelskich dr Adama Bodnara z pytaniem o źródło tej informacji. I sam Bodnar nie był w stanie go podać. Jak widzimy w odpowiedzi podał tylko dane oparte na Niebieskich Kartach, wedle których kobiety stanowią 71-73% ofiar.

Tu się chwilę zatrzymajmy. Faktycznie nawet w statystykach NK nie ma żadnej informacji o 90%. Jak podaje nam najnowsze sprawozdanie z 2017 r., kobiety miały stanowić 73,47% ofiar, mężczyźni – 11,92%, małoletni – 14,61%.

Spotykam się czasami z manipulacją mówiącą, że 90% ofiar to „kobiety i dzieci”. Tak jakby dzieci nie miały płci. Tymczasem nawet w powyższym sprawozdaniu NK z 2017 r. mamy informację, że wśród małoletnich ofiar 6800 to dziewczęta, a 6715 to chłopcy.

Z kolei jeśli chodzi o same dorosłe ofiary przemocy domowej, według powyższego sprawozdania kobiety stanowiłyby 86% ofiar, a mężczyźni 14%.

I w końcu najważniejsze. Niebieskie Karty nie oddają nam pełnego obrazu na temat faktycznego rozkładu płci wśród ofiar przemocy domowej. Nawet nam go nie przybliżają, a właściwe to nas od niego oddalają. Po pierwsze mężczyźni rzadziej zgłaszają przemoc będąc ofiarami, bojąc się, że w zemście kobieta wytnie ich z kontaktu z dziećmi, sami padną ofiarą fałszywych oskarżeń albo zwyczajnie odczuwają wstyd, ze względu na panujące w społeczeństwie stereotypy. Sylwia Spurek sama wspomniała o „ciemnej liczbie” wskazując, że tylko 30% kobiet będących ofiarami zgłasza przemoc, ale całkowicie pominęła fakt, że tylko 15% męskich ofiar zgłasza przemoc.

Po drugie Niebieskie Karty nie wskazują jeszcze kto jest sprawcą przemocy, przedstawiają tylko podejrzenie, że mogło dojść do przemocy. Często są nadużywane, głównie przez kobiety przy sprawach rozwodowych. Co najmniej 30% przypadków założenia Niebieskiej Karty stanowią fałszywe oskarżenia. Tymczasem bardziej rzetelne badania na temat płci i przemocy istnieją i są powszechnie dostępne. Przejdźmy więc do ich omówienia.

 

Co naprawdę mówią badania na temat przemocy w rodzinie?

Wyniki badań TNS OBOP z 2010 r. przygotowane na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej na temat przemocy domowej wskazały, że 61% ofiar to kobiety, a 39% to mężczyźni. Dokładniejsze wyniki możemy poczytać w tym dokumencie.

Do tych samych badań oraz kilku innych nawiązuje również to opracowanie, przygotowane przez Zakład Psychologii Stosowanej, Uniwersytet Medyczny w Lublinie z 2015 r. Poza tym, że mężczyźni stanowią około 39% ofiar, możemy również poczytać o tym, że na przemoc kobiet wobec mężczyzn istnieje większe społeczne przyzwolenie, niż w odwrotnej konfiguracji. Oraz, że dla mężczyzn jest to wstydliwy problem i przejawiają niechęć do zgłaszania takich spraw na policję.

 
Z kolei badania CBOS z 2012 r. pokazały, że, ze strony swoich partnerów:

  • przemocy fizycznej padło 11% kobiet i 10% mężczyzn
  • przemocy psychicznej padło 16% kobiet i 20% mężczyzn
  • przemocy fizycznej lub psychicznej padało 21% kobiet i 20% mężczyzn

 
W innych krajach zjawisko przemocy wobec mężczyzn zostało zbadane jeszcze dokładniej. Prym wiodą tu zwłaszcza Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, gdzie badania nad przemocą domową z uwzględnieniem obojga płci są przeprowadzane regularnie przez wielu badaczy.

Jednym z najbardziej znanych jest Murray Strauss z Uniwersytetu w New Hampshire, który już  w 1985 r. na podstawie Ogólnokrajowych Badań nad Przemocą w Rodzinie (National Family Violence Survey) przedstawił  obserwacje dotyczące ogólnych prawidłowości dotyczących tego rodzaju przemocy. W 1985 roku okazało się, że na 495 par, w których kobieta zgłaszała co najmniej jeden przypadek przemocy, mężczyzna był jej wyłącznym sprawcą w blisko 26% badanych par, z kolei kobieta – wyłączną sprawczynią w 25,6% par objętych badaniami. W 48,4% z nich do przemocy odwoływali się oboje partnerzy (przemoc fizyczna wzajemna). Autor wywnioskował, że minimalny szacunek przypadków przemocy, które nie mogły być działaniem w obronie własnej, ponieważ w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie przemoc stosowały wyłącznie kobiety, wynosi około 25–30%. Podobne wyniki co do przemocy wyłącznie ze strony kobiet wykazały sondaże przeprowadzone w ramach innego programu badawczego: Ogólnokrajowego Badania Rodzin i Gospodarstw Domowych (National Survey of Families and Households).

Skoro już mowa o przemocy wzajemnej, to przypomnę, że Erin Pizzey, założycielka pierwszego na świecie schroniska dla kobiet doświadczających przemocy w rodzinie w Chiswick podawała, że 62 na pierwsze 100 kobiet, które zgłosiły do jej ośrodka, była równie agresywna, co mężczyźni, od których odeszły. A kiedy ofiarą jest tylko jedna strona, ofiar po stronie kobiet, jak i mężczyzn jest mniej więcej po równo. Pisałem o niej już osobny artykuł.

Suzanne Steinmetz, autorka pojęcia „syndrom maltretowanego męża” w swojej książce „The battered husband syndrome” podała, że w USA co roku około 250 tysięcy mężów jest maltretowanych przez żony. Jej zdaniem mężczyźni równie często co kobiety padają ofiarą przemocy w rodzinie.

Prawdziwym wyjadaczem w temacie jest psycholog społeczny z Kalifornijskiego Uniwersytetu Stanowego, Martin S. Fiebert. Od ponad 30 lat prowadzi systematyczny przegląd amerykańskich i międzynarodowych badań dotyczących problematyki przemocy stosowanej przez kobiety. Jego metaanaliza nosi tytuł References examining assaults by women on their spouses or male partners: An annotated bibliography (Doniesienia z badań nad aktami przemocy fizycznej kobiet wobec mężów i męskich partnerów: bibliografia z przypisami). Opracowanie to obejmuje lata 1980–2011, omawiając 282 badania akademickie, 218 sondaży zrealizowanych przez inne podmioty niż uczelnie wyższe, a także 64 analizy i recenzje na ten temat. Wspólnym mianownikiem komentowanych przez M.S. Fieberta komunikatów naukowych jest teza, że kobiety w relacjach ze swoimi małżonkami i partnerami dopuszczają się przemocy fizycznej, a nawet bywają bardziej agresywne niż mężczyźni. W dniu 2 maja 2011 r. łączna wielkość próby we wszystkich przywołanych przez M.S. Fieberta badaniach przekroczyła już całe 369 800 osób.

Brytyjska organizacja pozarządowa monitorująca zjawiska związane z funkcjonowaniem rodzin, Campaign Group Parity w raporcie z 2010 r. przedstawiła dane, według których przemoc kobiet wobec mężczyzn stanowi więcej niż 40% przypadków przemocy domowej w Anglii. Podobny rezultat pokazują dane Office Home (brytyjski odpowiednik polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych) oraz rezultaty ostatnich sondaży przeprowadzonych w ramach British Crime Survey.

Więcej przykładów tego typu badań można znaleźć w książce Mariana Cabalskiego, „Przemoc stosowana przez kobiety. Studium kryminologiczne”.

 

Inne przypały Sylwii Spurek

Będąc zastępczynią RPO ds. Równego Traktowania Sylwia Spurek nieustannie pisze w swoich social mediach pod hasztagiem #trzymamstronekobiet. I to nie tylko w czasie kampanii „16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet”, ale przez cały czas. Trudno o bardziej wymowny przykład kompromitowania sprawowanej przez siebie funkcji.

Mało tego w styczniu tego roku niejaka Karolina Hammer zamieściła swoje zdjęcie na Facebooku z Sylwią Spurek wzywając do wprowadzenia matriarchatu w ciągu 7 lat.

matriarchat

Sylwia Spurek w odpowiedzi pod tym zdjęciem niczego nie zdementowała, nie skrytykowała koleżanki. Odpowiedziała za to bardzo przychylnym komentarzem:

sylwia spurek

 
Spurek wspomina również często o potrzebie „natychmiastowej” izolacji „sprawcy” od „ofiary”. Według niej decyzję w tej sprawie powinien być podejmować nie tylko sąd jak jest teraz, ale także zwykły policjant, wydając nakaz opuszczenie lokalu np. na okres 14 dni. W jaki sposób miałoby się to odbywać, aby nie prowadziło to do nadużyć, gdzie fałszywa ofiara, sama będąca nierzadko sprawcą nie mogła tego wykorzystywać do krzywdzenia partnera „na legalu”? Nie wiadomo, Spurek powiedziała tylko w jednym z wywiadów, że takie rozwiązania byłoby stosowane jedynie „w wyjątkowych okolicznościach” (ale jakie to okoliczności i co je definiuje?) oraz, że takie rozwiązanie jest rzekomo standardem w Austrii.

Próbowałem szukać informacji na temat tego jak działa system przeciwdziałania przemocy domowej w Austrii, ale nic o tym rodzaju izolacji nie znalazłem. W zasadzie to w ogóle pierwsze słyszę żeby gdziekolwiek stosowano takie rozwiązania. W każdym cywilizowanym kraju normą jest sądowa kontrola nad działaniem policji, to jedna z podstaw demokratycznego państwa prawa i praw obywatelskich. To sąd wydaje decyzje w takich sprawach jak eksmisja z mieszkania, zakaz zbliżania czy nakaz przeszukania lokalu.

Wiem tylko, że jak w Hiszpanii przekombinowano, tak że niemal automatycznie można każdego zatrzymać na 48h pod zarzutem bycia sprawcą przemocy domowej, doprowadziło to do bardzo dużej liczby fałszywych oskarżeń, o czym pisałem w tym tekście, podobnie stało się również w Izraelu. A w Polsce nawet przy obecnych zasadach fałszywe oskarżenia o przemoc są powszechną zagrywką przy rozwodach, zwaną przez prawników „metodą na bitą żonę”. Takie pomysły jakie prezentuje Sylwia Spurek były już wcześniej przedstawiane przez Centrum Praw Kobiet, nie zostały przyjęte, ani nawet podjęte pod głosowanie nie tylko w czasie rządów PO, ale nawet SLD.

Trzeba również pamiętać, że to mogłoby nie tylko prowadzić do nadużywania fałszywych oskarżeń, ale także do nadużyć policji wobec obywateli. Sprawy Igora Stachowiaka, Tomasza Komendy czy Tomasza Krajewskiego z Nawsia Brzosteckiego pokazują do czego mogą prowadzić nadużycia funkcjonariuszów policji wobec zwykłych ludzi.

Tu też kłania się taka feministyczna „logika”. Według wielu feministek w policji na ogół pracują źli ludzie, podobno źle traktują np. ofiary gwałtów. Ale ci sami „źli ludzie” nie będą nadużywać uprawnień przy wyrzucaniu ludzi z mieszkań. Sama zresztą Sylwia Spurek dość często wrzuca na swoich social mediach informacje, że ktoś został niesłusznie aresztowany albo zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, bo dokładnie takim sprawami zajmuje się biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. A sam Adam Bodnar zaapelował ostatnio do Ministra Sprawiedliwości o potrzebę zmiany prawa, aby ludzie mogli łatwiej uzyskiwać odszkodowanie za niesłuszne oskarżenia.

Takich logicznych nieścisłości w działaniu pani Spurek jest więcej. Przykładowo prowadzi kampanie według których dawanie klapsa dziecku to przemoc. Ale nie przeszkadza jej to w twierdzeniu, że przemoc ma płeć męską, chociaż to matki dają dzieciom klapsy częściej od ojców. Potrafi w tym samym wywiadzie stwierdzić, że wielu mężczyzn nie zgłasza przemocy ze względu na społeczne stereotypy i jednocześnie powołać się na statystyki oparte na zgłoszonych sprawach (w dodatku z błędem, powielając mit 90%). Mówi o tym, że przemocy doświadczają kobiety, jak i dzieci, mężczyźni, osoby starsze i osoby niepełnosprawne. Ale wszystkie kampanie o przemocy domowej z jej strony poświęcone są tylko kobietom jako ofiarom. Potrafi odnieść się do mężczyzn w niby bardziej przyjazny sposób, mówiąc, że większość mężczyzn nie stosuje przemocy i zachęca ich do współdziałania przeciw przemocy, ale potem sama ich dyskryminuje i pomija, i dziwi się, że mężczyźni nie chcą z nią współpracować.

Na koniec dodam taki troszkę mniej istotny fakt. Sylwia Spurek była w przeszłości także wykładowczynią Gender studies na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Polskiej Akademii Nauk. O kontrowersjach tyczących się tej dziedziny wiedzy, pisałem w ostatnim artykule.

 

Społeczny odbiór i reakcja na działalność Sylwii Spurek

Jak już pisałem, mniej więcej w końcówce 2017 r. Spurek w końcu zwróciła na siebie uwagę opinii publicznej. Dużo ludzi zareagowało ostrym sprzeciwem. Zarówno w internecie, jak i realnym świecie. Początkowo głosy krytyki można było znaleźć na Facebooku. Następnie temat trafił na bardzo podatny grunt w serwisie Wykop. Znaleziska z nią w roli głównej (w negatywnym tego słowa znaczeniu) biją rekordy popularności. Dla przykładu ten wpis ma już ponad 4100 głosów na plus i zaledwie 34 na minus, a liczba wyświetleń przekroczyła liczbę 84 tys.

Poza internetem zostały również podjęte kroki w świecie rzeczywistym. Sabina Gatti, od lat zajmująca się obalaniem stereotypów dotyczących płci i przemocy domowej napisała list otwarty do samej Sylwii Spurek, a także pisma w tej sprawie do Rzecznika Praw Obywatelskich i Ministra Sprawiedliwości. Następnie napisała również drugi list otwarty do Sylwii Spurek, jako że na pierwszy nie dostała odpowiedzi, pomimo upomnienia w tej sprawie ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości.

Maciej Wójcik, działający jako Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn w Polsce również podjął działanie w tej sprawie pisząc list otwarty do Rzecznika Praw Obywatelskich, z wnioskiem o odwołanie Sylwii Spurek. Adam Bodnar w odpowiedzi odmówił dymisji pani Spurek, udzielił też dość wymijających odpowiedzi na pytania dotyczące dyskryminacji mężczyzn w Polsce, które padły przy okazji.

W sieci można znaleźć również petycję w sprawie odwołania Sylwii Spurek, zachęcam wszystkich do jej podpisania.

Temat w pewnym stopniu przebił się również do mass mediów, wpierw wspomniał o tym dziennikarz RMF FM, a ostatnio o krytyce Spurek przez Społecznego Rzecznika Praw Mężczyzn napisał portal Wirtualna Polska.

 
Z kolei dnia 7 marca 2019 r. w Warszawie odbędzie się Manifestacja w sprawie odwołania Sylwii Spurek ze stanowiska. Więcej szczegółów poniżej:
https://www.facebook.com/events/258592068191344/

Podwójne standardy w kwestii samobójstwa rozszerzonego i kiepski poziom dziennikarstwa w Polsce

Sprawa Tomasza M.

 
Na początek ważna informacja. Nic nie usprawiedliwia zabicia niewinnego dziecka. Ten artykuł nie jest pisany w tym celu, a wszelkie wypowiedzi w tym tonie osobiście potępiam.

Ale przechodząc do rzeczy, dziś pozwolę sobie poruszyć tragiczną sprawę Tomasza M., który na terenie sali zabaw na warszawskim Bemowie miał otruć siebie i syna. Prawdopodobnie było to tzw. samobójstwo rozszerzone.

 

Czym jest samobójstwo rozszerzone?

Samobójstwo rozszerzone to sytuacja, w której człowiek pod wpływem silnego zaburzenia depresyjnego lub psychotycznego postawiania nie tylko zabić siebie, ale także jakąś bliską osobę. Motywacja do samobójstwa rozszerzonego wynika z chęci oszczędzenia cierpień najbliższym, niezależnie od racjonalności tego założenia. W skrócie osoba dokonująca samobójstwa rozszerzonego postrzega świat jako miejsce samych cierpień, stąd postanawia „zabrać ze sobą” jakąś bliską osobę lub kilka osób, najczęściej z własnej rodziny. Np. matka zabija dzieci i popełnia samobójstwo, syn zabija rodziców i popełnia samobójstwo itd.

Tak prawdopodobnie było w sprawie Tomasza M., który walczył o kontakt ze swoimi dziećmi. Jego żona po tym jak postanowiła odejść do nowego partnera starała się możliwie ograniczyć jego kontakty z dziećmi, łamiąc postanowienia sądu, oskarżając go przemoc, a nawet molestowanie dzieci. Ojciec napisał łącznie kilkadziesiąt pism i listów do różnych instytucji w Polsce z prośbą o pomoc. Na niewiele to się zdało. W ostatnich z listów pisał, że czuje się coraz bardziej zrozpaczony i wykończony. Ostatecznie doszło do tragedii, 25 listopada minionego roku Tomasz M. wraz ze swoim synem w czasie realizacji kontaktów pod okiem kuratora na terenie placu zabaw udali się na chwilę to łazienki, następnie znaleziono ich nieprzytomnych obok pustych pojemników po truciźnie. Pomimo natychmiastowej reanimacji, obydwoje zmarli w szpitalu, sekcja zwłok potwierdziła że przyczyną śmierci była niewydolność krążeniowo-oddechowa. Prawdopodobnie ojciec otruł siebie i syna. O całej sprawie możemy poczytać na portalu Wirtualna Polska.

Tekst na WP to niemalże jedyny artykuł, który opisał tę sprawę całościowo. W innych artykułach możemy tylko poczytać o „ojcu mordercy”, „ojciec zabił siebie i syna” itd. Jednak kiedy samobójstwa rozszerzonego dopuszcza się kobieta, zwłaszcza matka, wówczas artykuły wyglądają troszkę inaczej. Pisze się np.:

„Dwa zabójstwa dzieci w Lubinie. Kobieta przeszła załamanie? NOWE FAKTY”

„Samobójstwo rozszerzone – to główna hipoteza śledczych dotycząca dramatu, jaki w sobotę wydarzył się w jednym z mieszkań w Gdyni”

„Matka i troje dzieci nie żyją. Śledczy: Najbardziej prawdopodobne jest samobójstwo rozszerzone”

„Temat numeru: Matka zabiła dzieci i skończyła ze sobą. Dramat polskiej rodziny na Wyspach”

„LUBIN: Matka zabiła dzieci. Miała rozpocząć leczenie psychiatryczne”

 

Wykorzystanie tragedii do ataku na organizacje ojcowskie

W związku ze sprawą w Gazecie Wyborczej okazał się niniejszy artykuł. Co do Dzielnego Taty, w pełni uzasadnione jest potępienie wypowiedzi typu „dał życie to i je zabrał” (chociaż odnoszę wrażenie, że to jakaś prześmiewcza parafraza feministycznych powiedzonek typu „moje ciało, moja sprawa”, a nie zdanie wypowiedziane na poważnie, ale to i tak słabe). Jednak ten artykuł odniósł się agresywnie nie dość, że do całej organizacji (pomimo wpisów ojców, którzy jasno podkreślali, że nic nie usprawiedliwia zabicia dziecka czy wypowiedzi, że może tam w ogóle nie było samobójstwa, a ojciec i syn zostali zamordowali przez kogoś innego) to w dodatku do ogółu organizacji ojcowskich, których w Polsce poza Dzielnym Tatą jest kilka, czy nawet kilkanaście.

Osobiście smutno mi z powodu, że Dzielny Tata dał się tak podłożyć. Pomimo kontrowersji organizacja kojarzyła mi się raczej pozytywnie. Pamiętam jak na DT-TV w serwisie bambuser było nagranie gdzie członkowie Dzielnego Taty rozmawiali na spokojnie z panią sędzią sądu rodzinnego, która również przyszła na manifestację, bo sama na co dzień dostrzega wady obecnego systemu. Organizacja pomaga także kobietom, czego przykładem jest Joanna Niciejewska. Mieli również pierwszy wymierny sukces jakim było zniesienie automatycznego ograniczenia władzy rodzicielskiej jednemu z rodziców po rozstaniu (prawie zawsze był to ojciec), które nastąpiło w sierpniu 2015 r. To była w ogóle pierwsza instytucja w Polsce, z której czerpałem pierwsze informacje na temat dyskryminacji ojców w naszym kraju. Czy uda im się odbudować zaufanie ludzi i pogonić oszołomstwo ze swoich szeregów, czas pokaże, wszystko zależy od ich samych.

Wracając do artykułu, tak jak już mówiłem poza DT w Polsce istnieje wiele innych organizacji walczących o prawa ojców. Natomiast artykuł odniósł się lekceważąco do samej idei walki z dyskryminacją ojców w sądach rodzinnych, sugerując wręcz, że nawet film „Tato” z Bogusławem Lindą nie pokazywał nam prawdy o tym zjawisku. Tymczasem Marek Michalak, będący do niedawna Rzecznikiem Praw Dziecka podawał, że rocznie trafia do niego przeszło 25 tys. spraw dotyczących problemu alienacji rodzicielskiej, przez większość kadencji to był główny problem, z którym musiał się zmierzyć, dlatego prowadził tego typu kampanie. O tym problemie od dawna mówi wielu ekspertów, jak znana psycholog dziecięca dr Aleksandra Piotrowska, pod linkiem do posłuchania jej rozmowa z Markiem Michalakiem, bardzo dużo faktów na temat.

O powszechności fałszywych oskarżeń o pedofilię przy rozwodach mówią czołowi polscy seksuolodzy, psychiatrzy i biegli sądowi, jak prof. Lew Starowicz, dr Ewa Milewska, czy dr. Barbara Gujska, do poczytania na temat.

To, że wysokość alimentów w Polsce jest przyznawana na widzimisię sądów na podstawie „możliwości zarobkowych” to również jest prawda, bo przecież nie ma u nas tabeli alimentacyjnej, takiej jak np. w Niemczech. A pieniądze niekoniecznie idą na dzieci. Polecam artykuł doświadczonej adwokatki opisującej jak to wygląda naprawdę.

Te wszystkie informacje są ogólnodostępne. Ale cóż, kiedy założyciel strony Społeczny Rzecznik Praw Mężczyzn zadał pytanie autorce artykułu na temat Tomasza M. i Dzielnego Taty, czy jest w stanie napisać rzetelny artykuł na temat ruchów ojcowskich czy ruchów praw mężczyzn odpowiedziała tak:

Wiktoria Beczek

 

Inne serwisy internetowe nie wypadły lepiej

Co zrobiło wiele innych portali internetowych? Przekleili tezy z artykuły na Gazecie Wyborczej niemalże metodą copy-paste. Stąd właśnie napisałem w tytule o kiepskim poziomie polskiego dziennikarstwa. Objawia się to tym, że kiedy jeden portal coś napisze, inne bezrefleksyjnie powielają informację. Tak było np. z Grą w Wielkiego Wieloryba, która miała nakłaniać młodzież do wykonywania różnych zadań, a ostatecznie do popełnienia samobójstwa. Sprawa w Polsce zrobiła się na tyle głośnia, że zaangażowało się w nią Kuratorium Oświaty i prokuratura (i słusznie bo lepiej sprawdzić taką informację zanim dojdzie do tragedii). Jak się jednak okazało, coś takiego jak gra „Niebieski Wieloryb” zwyczajnie nie istnieje. Plotka rozeszła się prostą metodą „głuchego telefonu”. Wpierw napisała o nim rosyjska Novaya Gazeta w bardzo mało rzetelnym artykule, potem brytyjski The Sun, następnie masa polskich portali, kopiując jedne od drugich. Ten sam schemat był ze słynną „zabawą w słoneczko”, której źródłem były wypowiedzi pisane dla jaj na jednym z polskich forów.

Tak samo można znaleźć artykuły, których źródłem są zagraniczne portale, oficjalnie zamieszczające fejkowe historie dla humoru. Albo na podstawie troll-wątków na kafeterii. Dlatego polecam zawsze sprawdzać informacje, które zobaczycie w internecie, jak i w czołowych mediach.

Jeszcze większa kompromitacja akcji #MeToo

#MeToo

 
Około 2,5 miesiąca temu pisałem o doszczętnej kompromitacji akcji #MeToo, już wtedy akcja wydawała się całkowicie spalona. Jednak wydarzenia, które doszły od tego czasu sprawiają, że to już coś więcej niż kompromitacja. To jest dosłownie masakra. 

 

Rewolucja zjada własne dzieci jak leci

Od samego początku doprawdy tragikomicznym elementem #MeToo jest to, że oskarżenia i to nierzadko bardzo absurdalne i niewiarygodne dosięgają działaczy lewicowych i feministycznych, którzy sami popierali akcję. Przykładami są tu Aziz Ansari, czy Jakub Dymek.

Ostatnio do tego grona dołączył sam premier Kanady Justin Trudeau, który został oskarżony o molestowanie sprzed 18 lat przez dziennikarkę. A do niedawna był gorącym zwolennikiem MeToo, głoszącym takie poglądy: „Molestowanie seksualne to problem systemowy, a kiedy kobiety mówią, mamy obowiązek ich wysłuchać i im wierzyć. Oczywiście moje myśli skierowane są do kobiet, które były molestowane, do ich przyjaciół, rodzin i całej społeczności, solidaryzującej się z nimi”. Wspierał także oskarżenia pod adresem Patricka Browna, które potem okazały się być fałszywe.

 

Wychodzą kłamstwa i nieścisłości w sprawie Harveya Weinsteina

Jak się okazuje nawet w sprawie samego Weinsteina wychodzi na jaw wiele przekłamań. Wpierw okazało się, że Lucia Evans, kobieta która oskarża go o gwałt, w okresie 2013-2017 r. (już po rzekomym gwałcie) wysłała mu ponad 400 e-maili, w których pisze, że go kocha, ma piękne oczy, tęskni za nim, flirtuje z nim itd.

Asia Argento, włoska aktorka, która oskarżyła Weinsteina o gwałt sprzed 20 lat, obecnie sama boryka się z zarzutami wykorzystania seksualnego 17-latka i w ogóle ma wiele złych rzeczy na sumieniu (więcej o tym trochę później). A w sprawie Weinsteina, włoska prasa od początku przedstawiała wątpliwości co do tych zarzutów. Dlaczego Argento opowiada o gwałcie dopiero po 20 latach? I dlaczego już po rzekomym akcie przemocy utrzymywała z nim bardzo przyjacielskie relacje, co zostało uwidocznione na wielu zdjęciach oraz relacjach świadków?

Konserwatywna gazeta „Libero” opublikowała tekst felietonisty Renato Fariny z nagłówkiem: „Najpierw się oddają, a potem biadolą i udają żal”. Dziennikarz Mario Adinolfi stwierdził, że aktorka próbuje „usprawiedliwiać prostytucję w wyższych sferach”. Z kolei polityk i krytyk sztuki Vittorio Sgarbi, przyjaciel byłego męża Argento, „Morgana” Marco Castoldi powtarza za jego zgodą, że ten „ma poczucie, że Weinstein został przez nią zaatakowany”. Morgan ponoć, przez cały czas spędzony z ówczesną żoną nigdy nie odniósł wrażenia, że miałaby ona jakiekolwiek obiekcje do Weinsteina. Był wręcz zdania, że darzyła go pewną sympatią, a stosunki pomiędzy nimi wydawały mu się bardzo poprawne. Argento miała się chwalić, że ten dureń był w niej zakochany, oferował prezenty, a ona go odpychała, ale traktowała to raczej, jako powód do dumy, do potwierdzania swej kobiecej wartości. Według relacji ex partnera Asia to twarda, zimna kobieta, mająca skłonności do przemocy, traktująca bardzo źle związanych z nią mężczyzn. Sam Sgarbi określa ją zarazem, jako bogatą, zdolną do obrony, z uprzywilejowanego środowiska (córka słynnego reżysera, kariera, zachcianki i majątek już od dziecka), a zablokowany przez Argento na Twitterze, pisze:

„Przeżyłem całe moje życie ignorując ją. Cieszę się, że nie muszę dłużej czytać chełpliwej bezsensowności, i nie chodzi denuncjację, ale samozadowolenie z przemocy. Mnóstwo kobiet podziwia współczucie (dla kobiet) i skromność, zupełnie nieobecne w Argento”.

Jedyną odpowiedzią aktorki na to wszystko było obrażenie się na całe Włochy i demonstracyjne opuszczenie kraju.

 

Feministki i liderki #MeToo oskarżone o przemoc seksualną wobec mężczyzn

Asia Argento, która była pierwszą inicjatorką akcji #MeToo poza fałszywym oskarżeniem Weinsteina o gwałt, obecnie sama zaczęła się borykać z zarzutami wykorzystania seksualnego 17-latka, któremu po cichu zapłaciła 380 tys. dolarów w ramach ugody.

O Argento zrobiło się głośno już wcześniej, to prawdopodobnie przez nią jej partner, słynny amerykański szef kuchni, Anthony Burdain popełnił samobójstwo w czerwcu tego roku. Mało tego, w reakcji na zarzuty co do wykorzystania 17-latka skłamała w oświadczeniu, że do niczego między nimi nie doszło, kłamstwo wyszło na jaw dzięki zdjęciom i sms-om z koleżankami. Do tego jeszcze próbowała przerzucić odpowiedzialność co do zapłacenia ugody własnie na Burdaina. Poziom wyrachowania i makiawelizmu tej kobiety przekracza wszelkie granice.

Przypadek Asii Argento nie był pierwszy, o molestowanie mężczyzny została wcześniej oskarżona Cristina Garcia, czyli liderka #MeToo z Kalifornii. Czy faktycznie coś było na rzeczy, czy nie? Tego nie wiem, ale widzimy jak bezsensownie wygląda to całe #MeToo, gdzie można oskarżać kogo się chce i osoby, które je promowały, same wpadają we własne sidła.

Feministka Avital Ronell, profesor germanistyki i komparatystyki z nowojorskiego uniwersytetu miała się dopuścić seksualnego wykorzystywania studenta. W tym wypadku nie mamy do czynienia z sytuacją słowo przeciwko słowu, znalazły się dowody winy m.in. w postaci e-maili, zostało w tym celu przeprowadzone kilkumiesięczne śledztwo. Sprawa jest bardzo poważna. Ale mimo to wiele feministek zaczęło bronić wykładowczyni przerzucając winę na ofiarę. Feministyczna hipokryzja znowu daje o sobie znać.

Doszczętna kompromitacja akcji #MeToo

Akcja #MeToo

 

O #MeToo pisałem już we wcześniejszym artykule. Jednak tam skupiłem się głównie na poczynaniach Codziennika Feministycznego. A po za tym minęło już trochę czasu i doszły nowe wydarzenia, o których warto wspomnieć. Stąd dzisiejszy wpis.

MeToo jak każda panika moralna i polowanie na czarownice w historii, po kilku miesiącach swojego funkcjonowania zaczyna powoli kończyć się kompletną klapą. To było nietrudne do przewidzenia. I wiele znanych osób od początku przed tym ostrzegało. Wśród nich znalazły się np. Catherine Deneuve, Brigitte BardotLiam NeesonMichael HanekeMatt DamonMarilyn Manson i wielu innych.

Do krytyków MeToo dołączyły nawet osoby z samego mainstreamu, takie jak Agnieszka Holland, Monika Olejnik, czy Magdalena Cielecka. Wśród nich znalazła się nawet wieloletnia ikona feminizmu, czyli Margaret Atwood.

 

Już kiedyś przerabialiśmy MeToo

Zanim na dobre przejdę do tematu na wstępie przypomnę pewien fakt. Otóż taka akcja wcale nie jest niczym nowym. W USA w okresie na przełomie XIX i XX w. gdzie często dochodziło do linczów na czarnoskórych mieszkańcach kraju, stosowano dokładnie tę samą retorykę, czyli zawsze „wierzyć ofiarom”. Polegało to na tym, że jeśli jakaś biała kobieta oskarżyła czarnoskórego mężczyznę o gwałt lub molestowanie, to należało zawsze uwierzyć jej na słowo. Bez żadnego procesu i udowodnienia winy. W ten sposób zlinczowano tysiące niewinnych ludzi. Tego typu akcje były podsycane przez rasistowskie organizacje, takie jak Ku Klux Klan.

Jedną z najbardziej szokujących spraw była historia Emmetta Tilla z Mississippi. Był to 14-letni, czarnoskóry chłopiec, który został fałszywie oskarżony o molestowanie przez białą kobietę Carolyn Bryant. W następstwie został brutalnie zamordowany. Po wielu latach kobieta przyznała się do kłamstwa. Pamiętajcie o tym, kiedy zobaczycie feministyczny transparent z napisem „Believe women”. Feministki po prostu przejęły metody działania po rasistach, tyle że zamiast w Murzynów, celują w mężczyzn.

 

Poradnik „Jak zniszczyć mężczyznę?”

Pewnej feministce znudziło się udawanie i wydała własną książką pt. „How to Destroy A Man Now (DAMN)”. Jest to książka nawiązująca do akcji #MeToo, opisująca porady w jaki sposób wykorzystać fałszywe oskarżenia do zniszczenia wybranego mężczyzny.

Taka gra w otwarte karty przez feministki nie jest niczym nowym. Wykorzystywanie fałszywych oskarżeń przeciwko mężczyznom w feministycznym slangu nazywa się „polowaniem na skalpy”. W poniższym artykule mamy przykład takiego polowania na programistów z branży open source.

 

Niezła draka w „Kawiarnii Amatorska” – jak feministki przegrały z Wykopem

W kwietniu tego roku doszło do dość kuriozalnej sytuacji w warszawskiej „Kawiarnii Amatorska”. Dwie feministki Patrycja Wieczorkiewicz i Sara Czyż zostały wyproszone z lokalu za agresywne zachowanie. Oficjalny powód wyproszenia to zabawa w rzucanie w ludzi kapslami.

Jednak dziewczyny obrażone na cały świat namówiły swoje feministyczne koleżanki i białorycerskich kolegów do hejtowania kawiarni na Facebooku i wystawiania oceny „1”. W tle poszło oskarżenie o „molestowanie”, którym miało być złapanie za rękę. Ale sprawa została szybko podchwycona przez internautów. Temat znalazł się na Wykopie. Prosty „Wykop efekt” sprawił, że liczba pozytywnych recenzji i ocen „5” znacznie przebiła liczbę feministycznego hejtu.

Przy okazji, te dwie feministki były współautorkami tekstu o „papierowych feministach”. Jego wiarygodność zatem poszła w górę jak nie wiem co. W dodatku Patrycja Wieczorkiewicz to jest dokładnie ta osoba, która atakowała Monikę Płatek w swoim tekście za to, że ośmieliła się stanąć w obronie domniemania niewinności. Jak dla mnie to kolejne potwierdzenie schematu. Feministki, które atakują domniemanie niewinności i naciskają na wierzenie „ofiarom” bez dowodów robią to właśnie po to, aby móc wykorzystywać fałszywe oskarżenia dla własnych prywatnych zemst. I tak przy okazji, nie jestem lekarzem, ale leki, do brania których przyznała się w tym artykule pani Wieczorkiewicz to zdaje się są leki, które bierze się w leczeniu choroby afektywnej dwubiegunowej lub schizofrenii. Jeśli się mylę, niech ktoś poprawi mnie w komentarzu.

 

Netta Barzilai zwycięża w konkursie Eurowizji

Tegoroczną Eurowizję wygrała reprezentantka Izraela z piosenką, o wyjątkowo mizoandrycznej treści. Można zobaczyć sobie tłumaczenie na język polski na portalu tekstowo.pl. Jeśli chodzi o wykonanie…. cóż, oceńcie sami:

 
Jakim więc sposobem taki gniot wygrał? Powodem jest to, że Netta Barzilai jest feministką. A sama piosenka nawiązuje do akcji #MeToo. Barzilai jako twarz MeToo? No cóż, jaka akcja, taka twarz.

Po raz kolejny widzimy też, że Eurowizja to żaden konkurs muzyczny, a zwykły polityczny folwark. Netta Barzlilai w dodatku postanowiła dodatkowo zaszokować tekstem: „Za rok w Jerozolimie”. Co było naprawdę bardzo „rozsądne” zważywszy na obecnie napiętą sytuację w tym regionie świata.

 

Fałszywe oskarżenie Morgana Freemana o molestowanie

Z całego repertuaru wymyślnych oskarżeń typu „właśnie sobie przypomniałam, że ten pan 20 lat temu poklepał mnie po plecach” w ostatnich dniach istny szczyt żenady osiągnęło oskarżenie wystosowane w stosunku do Morgana Freemana. Rzekome „molestowanie” wyglądało tak:

 
W dodatku telewizja CNN do całej sprawy dołożyła własnego fake newsa. Inne kobiety, które rzekomo miały być ofiarami molestowania, same temu zaprzeczyły. Teraz Morgan Freeman będzie się domagał od CNN przeprosin i być może odszkodowania.

W sprawie Morgana Freemana dochodzi jeszcze motyw polityczny. Freeman to czarnoskóry, ceniony aktor, który znany jest ze swojego sprzeciwu wobec poprawności politycznej i lewicowej retoryki.

 
Tak właśnie wygląda MeToo w praktyce, próba niszczenia niewygodnych ludzi. I tu możemy już postawić kropkę.

Erin Pizzey ujawnia prawdę o przemocy domowej

Erin Pizzey to założycielka pierwszego na świecie schroniska dla kobiet doświadczających przemocy domowej w Chiswick w Londynie w 1971 r. Od początku wiedziała, że kobiety również potrafią stosować przemoc wobec mężczyzn i dzieci, a większość przypadków przemocy domowej to przemoc wzajemna (obie strony stosują przemoc wobec siebie nawzajem), dlatego chciała pomagać również męskim ofiarom. A także zwrócić uwagę, na to że dzieci doświadczające przemocy, gdy dorosną często same stosują przemoc, zarówno mężczyźni, jak i kobiety.

Za głoszenie niewygodnej prawdy od lat jest bojkotowana przez środowiska feministyczne. Za to udało się jej nawiązać owocną w współpracę z ruchami broniącymi praw mężczyzn, w celu wspólnego obalania stereotypów na temat przemocy domowej. Poniższy film to fragment filmu „The Red Pill”, autorstwa Cassie Jaye własnie na ten temat:

 
Polecam także przeczytać moje artykuły: o Erin Pizzey i filmie „The Red Pill”.